RAFAŁ WOŚ: Czuje się pani terrorystką?

MAGDALENA KOPP*: Nie (długie wahanie). Wszyscy mnie o to pytają, wskazują dowody winy, z którymi się nawet zgadzam, ale... ale właściwie nie. Terrorystką? Nie.

Czy to możliwe? Przecież latami dobrowolnie żyła pani u boku najbardziej poszukiwanego terrorysty świata, Ilicza Ramireza Sancheza zwanego Carlosem lub Szakalem, który doprowadził do śmierci przeszło 80 osób. Wiedziała pani, czym się zajmuje. Co więcej, pomagała mu pani, fałszując paszporty, przewożąc materiały wybuchowe, pertraktując z finansującymi was komunistycznymi specsłużbami.

Tak, jestem odpowiedzialna za wiele z tego, co się stało, ale nie za wszystko. Nie wszystko było dla mnie wówczas jasne.

Żałuje pani?

Oczywiście. Było wiele takich momentów, kiedy mogłam powiedzieć dość. Nie zrobiłam tego. To moja wielka wina. Nad konsekwencjami wielu moich ówczesnych posunięć wcale nie myślałam.

Nie myślała pani o tym, że łamie prawo, że żyje z człowiekiem, który jest odpowiedzialny za wiele bardzo złych rzeczy? Zbrodni? Że pomaga mu!

Zdanie „nie myślałam o tym wtedy” dość dobrze opisuje moje ówczesne nastawienie. W grupie takiej jak Carlosa panowała dyscyplina. Te kilka osób było jak oddział wojskowy. On wydawał rozkazy, ja je wykonywałam. On mówił: musisz jechać gdzieś i ukraść francuskie paszporty, a ja jechałam, choć nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Mówił: trzeba przewieźć materiały wybuchowe, a ja wsiadałam w auto i jechałam. Wiem, to żadne wytłumaczenie, ale tak właśnie było.

Jak to się stało, że pani, Niemka z Badenii-Wirtembergii, znalazła się w najbliższym otoczeniu Wenezuelczyka, który w latach 70. i 80. był najbardziej poszukiwanym terrorystą świata?

To długa historia. W czasie studenckiej rebelii 1968 r. trafiłam do Frankfurtu do środowiska lewicowych aktywistów. Wszyscy wtedy byli bardzo rozpolitykowani i chcieli zmieniać świat. To środowisko dobrze znało się między sobą. Mieszkaliśmy na przykład w komunie z ludźmi, którzy mieli kontakty z Ulrike Meinhof, przywódczynią RAF. Wtedy jednak radykalizm i przemoc wydawały mi się czymś zupełnie absurdalnym i godnym potępienia. Chcieliśmy służyć sprawie inaczej.

Razem z przyjaciółmi założyliśmy drukarnię i podziemną organizację Czerwone Komórki (organizacja niemieckich lewaków odżegnująca się od akcji zbrojnych - przyp. RW). Mieliśmy kontakty z podobnymi organizacjami z innych krajów. Kiedyś pojechałam do Londynu i tam spotkałam pewnego grubawego, ale energicznego faceta. Był w moim wieku, czyli trochę przed trzydziestką, ale miał twarz podrostka. W porównaniu z mężczyznami z Niemiec nosił się dziwacznie, jak grzeczny studencik: sztywny kołnierzyk, równy przedziałek. Mimo to otaczało go coś w rodzaju kultu. Przedstawił się jako Johnny, ale naprawdę nazywał się Ilicz Sanchez Ramirez. "Carlos” był jednym z jego pseudonimów.

Jakie było pani pierwsze wrażenie?

Jestem fotografką. Gdy się o tym dowiedział, prosił, żebym pokazała mu ciemnię. Natychmiast zorientowałam się, że nie interesuje go robienie zdjęć. Zaczął mnie obłapiać. Nie podobało mi się to. Miałam wówczas chłopaka, którego kochałam. Wróciłam do Frankfurtu. Krótko potem usłyszałam w radiu, że ten sam Johnny vel Carlos wziął w Wiedniu ministrów państw OPEC jako zakładników i zażądał okupu, samolotu i możliwości przekazania światu wiadomości o rządzącym światem amerykańsko-żydowskim spisku, którego pierwszą ofiarą jest naród palestyński. "Jakie to szczęście, że go spławiłam” - pomyślałam z ulgą i szybko zapomniałam o całej sprawie. Miałam wtedy inne zmartwienia. Mój chłopak, Johannes Weinrich, który był związany z lewicowymi radykałami, został właśnie zwolniony z więzienia.

Ten sam Johannes Weinrich, który potem był prawą ręką Carlosa, a dziś odsiaduje dożywocie?

Tak, Hannesa poznałam w Czerwonych Komórkach. Dla niego zawsze najważniejsza była rewolucja. Wkrótce wyjechał do Algierii. Gdy przyjechałam go odwiedzić, okazało się, że mieszka razem z Carlosem. Poprosili mnie, żebym się do nich przyłączyła. Odmawianie nigdy nie było moją mocną stroną.

Co panią pociągało w takich facetach?

To byli zupełnie różni mężczyźni. Weinrich był wpatrzony w Carlosa jak w obraz. Nie zrobiło mu nawet różnicy, gdy odeszłam od niego i zaczęłam dzielić łóżko z Carlosem. To Carlos był szefem.

A więc władza?

Tak naprawdę Carlos miał władzę jedynie nad maleńką grupką zapaleńców. Był mistrzem autokreacji. Potrafił stworzyć wrażenie, że jest wszechpotężny. W jego świecie nie było innych reguł poza jego rozkazami. To był dziwny człowiek. Pozbawiony empatii. Zupełnie niezwracający uwagi na to, co myślą i czują inni. Egocentryk. Swoją bezwzględnością i gotowością na wszystko potrafił jednak bez trudu wymusić całkowite posłuszeństwo. Nikt nie pytał "po co” i "dlaczego”. Czasem przemykała mi myśl "co ja wyprawiam”. Szybko jednak znikała.

Czy Carlos imponował jako mężczyzna, kochanek?

To było imponujące, jak potrafił roztoczyć wokół siebie wrażenie wszechmocy. Umiał odnaleźć się w każdej sytuacji. Kiedy trzeba kulturalny i szarmancki. Innym razem zimny i bezwzględny. Im był szerzej znany, tym bardziej rósł jego egocentryzm.

Jednak będąc z nim, opływała pani w dostatki.

To nie tak. Gdybym chciała mieć pieniądze, zostałabym w Niemczech. Moje życie u boku Carlosa oznaczało ciągłe podróże po krajach komunistycznych: Algieria, Syria, Irak, Węgry, Rumunia. Wszędzie tolerowano nas przez jakiś czas, czasem dawano pieniądze. Carlos miał dolary. Wtedy w krajach bloku wschodniego każdy, kto miał dolary, mógł sobie pozwolić na najlepsze hotele i restauracje. Choć trzeba pamiętać, że poziom życia w nich był nieporównywalny z dzisiejszym. Ale prawda, było to dobre życie.

Kim był Carlos? Ideowym komunistą walczącym o prawa Palestyńczyków metodami terrorystycznymi czy cynicznym graczem, który uwłaszczył się na zbrodni?

Carlos był przekonanym marksistą. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Ale wie pan, wielkie idee to tylko teoria, którą trzeba wypełnić treścią. W konkretach zdawaliśmy się na niego. On planował i decydował, co jest dopuszczalne, a co nie.

Była pani posłuszna, nawet gdy mówił do pani, w końcu Niemki, że trzeba walczyć z żydowskim imperializmem?

Ach, znów ten zarzut antysemityzmu... Nie widzieliśmy tego wówczas w taki sposób. Z naszej perspektywy Palestyńczycy byli ofiarami. Zostali wypędzeni ze swej ojczyzny. To było niesprawiedliwe. Państwo Izrael uciskało ich. Nie postrzegaliśmy tego przez pryzmat Holocaustu. Oczywiście, nie odmawialiśmy Izraelczykom prawa do życia. Czy byliśmy faszystami, potomkami nazistów? Raczej naiwniakami, którzy dawali się wykorzystać.

Czy Carlos panią wykorzystał?

Początkowo wierzyłam w jego miłość. Jak w każdym związku przymykałam oko na złe chwile. Szukałam jego drugiego oblicza. Wierzyłam. Robiłam, co mi mówił. Chciałam, żeby był zadowolony. Potem, gdy po jednej z akcji trafiłam do więzienia, zrozumiałam, że byłam dla niego tylko narzędziem.

Gdy siedziała pani we Francji za kratkami, Carlos dokonał serii krwawych i spektakularnych zamachów, domagając się uwolnienia "swoich żołnierzy". Jak się pani z tym czuła?

Nie miałam z tym nic wspólnego. Znając przerośnięte ego Carlosa, jestem pewna, że bardziej niż nasze uwolnienie liczył się dla niego efekt propagandowy i rosnąca sława.

Skoro już wtedy wiedziała pani, że Carlos traktował panią jak pionek w grze, to dlaczego w 1985 po odsiedzeniu trzyletniego wyroku natychmiast pani do niego wróciła?

Zaraz po wyjściu pojechałam do domu mojej matki na przedmieściach Ulm. Miałam 37 lat. Wcześniej, decydując się na wolne i podróżnicze życie, dobrowolnie zrzekłam się prawa do opieki nad córką. Nie wiedziałam, co robić dalej. Po kilku dniach spędzonych u matki w środku nocy zadzwonił telefon. To był Carlos. "How are you?" - zapytał tym swoim niecierpiącym sprzeciwu głosem. I już wiedziałam, że muszę do niego wrócić, bo w jego świecie nie ma miejsca na dezercję. Spakowałam się i pojechałam do Syrii. Na lotnisku przywitał mnie chłodno. Wyrwał mi z ręki paszport, dał fałszywy jemeński. Znów miałam pomagać w realizacji jego planów. To było jak zły sen. Znów jednak zostałam.

Mimo tych zastrzeżeń spędza pani z Carlosem kolejne lata. Rodzi mu pani córkę Rosę. Czy to była miłość?

Żadna miłość. No, może trochę. Najlepszy czas jest wtedy, kiedy można dokądś pójść, nic nie myśleć. Niczego się nie bać. Po prostu żyć. Tego, poza nielicznymi momentami, nie mieliśmy nigdy.

Po upadku Związku Radzieckiego zniknął największy patron Carlosa. Kolejne kraje coraz mniej chętnie przyjmowały marksistowskich rewolucjonistów. A francuskie i amerykańskie specsłużby zaczęły wam deptać po piętach. Wtedy wasze drogi się rozeszły. Dlaczego?

Razem z córką wyjechałam do rodziców Carlosa do Wenezueli, on nadal podróżował z kraju do kraju.

W 1994 władze Sudanu wydały Carlosa w ręce Francuzów. Podobno goszczących go islamistów gorszył jego żywot playboya. Czuła pani zazdrość?

Nigdy nie był wierny. Po moim wyjeździe szybko znalazł sobie młodą Palestynkę, która umilała mu żywot. Uważam jego zachowanie wobec kobiet za bezwstydne i bezczelne. Bez respektu. Carlos to osoba pozbawiona wszelkich wartości, skrajny hedonista, który robi, co chce. Co gorsza, on wykorzystał wszystkie kobiety, jakie stanęły na jego drodze. Niedawno zaręczył się ze swoją adwokatką Isabelle Coutant-Perle. Myślę, że ją też wykorzystuje.

Czuje pani wściekłość na Carlosa, że zmarnował pani życie?

Sama jestem odpowiedzialna za moje życie. Sama się w to wpakowałam.

*Magdalena Kopp, 59 lat. Należała do środowiska aktywnych politycznie niemieckich lewaków, którzy w latach 70. zaangażowali się w partyzancką działalność na rzecz niepodległej Palestyny. W latach 1977 - 1994 związana z najbardziej poszukiwanym terrorystą świata Iliczem Ramirezem vel Carlosem. W 1986 r. urodziła mu córkę Rosę. Dziś mieszka w Niemczech