Szwajcarzy tak się przyzwyczaili, że nigdzie na świecie nie znajdą więcej bezpieczeństwa i stabilności niż we własnym kraju, że wielu nadal nie może uwierzyć w to, co dzieje się na ich oczach. Na wielu oddziałach intensywnej terapii każde łóżko jest zajęte.

Reklama

Tymczasem liczba zakażeń nadal rośnie, choć wszyscy zakładali, że w grudniu ostatecznie spadnie. Liczba nowych zakażeń na 100 000 mieszkańców w ciągu siedmiu dni wyniosła ostatnio 348. Dla porównania: w Niemczech jest to obecnie 185.

Druga fala koronawirusa

Publicysta "Spiegla" zauważa, że "w świetle tych liczb szczególnie szokujące jest oglądanie konferencji prasowych Rady Federalnej w Bernie. Minister zdrowia Alain Berset, który byłby odpowiedzialny za walkę z pandemią, wykorzystuje te konferencje przede wszystkim do wyrażenia zdziwienia".

Na początku było zdziwieniem, że druga fala rozpoczęła się tak wcześnie i gwałtownie w Szwajcarii - teraz Berset jest zaskoczony, że stosunkowo łagodne środki, jakie ostatecznie udało się zastosować nie przyniosły oczekiwanego efektu.

Jednak rząd w Bernie nie chciał do tej pory ogólnokrajowej blokady, na jaką zdecydowały się Niemcy. Restauracje, tereny narciarskie, domy publiczne, baseny rekreacyjne i duże domy towarowe są otwarte prawie wszędzie - zauważa "Spiegel". I dodaje, że "Radzie Federalnej, siedmioosobowemu rządowi Szwajcarii, brakuje odwagi do podjęcia decyzji. Ale w końcu będzie musiał ją podjąć".

Ostrzejsze środki

Rada Federalna może już w piątek ogłosić dalsze, ostrzejsze środki. I po raz pierwszy rządy kantonów prawdopodobnie nie sprzeciwią się temu, inaczej niż w ostatnich tygodniach, kiedy głośno wyrażały oburzenie na możliwe nakazy z Berna. W dodatku wiele kantonów żąda teraz od rządu federalnego zdecydowanych środków, chociaż same mogły je narzucić wcześniej.

Ale to, co słychać w kręgach rządowych o bardziej rygorystycznych środkach, wciąż nie oznacza twardego zamknięcia kraju: sklepy prawdopodobnie pozostaną otwarte, możliwe, że zamknięte zostaną tylko restauracje i muzea - zauważa "Spiegel".

To, co jest trudne do zrozumienia dla zewnętrznych obserwatorów, ale także dla wielu szwajcarskich ekspertów w dziedzinie medycyny i badań, można wyjaśnić, patrząc na system polityczny kraju - pisze tygodnik - 26 kantonów cieszy się dużą autonomią - większą nawet niż niemieckie kraje związkowe. Doprowadziło to do silnych regionalnych różnic w walce z koronawirusem: wymagania dotyczące maseczek, godzina policyjna i inne przepisy, które zostały wprowadzone tu czy tam, mogą już nie obowiązywać kilka kilometrów dalej.

W dobrych czasach ten federalizm tworzy bardzo solidną politykę lokalną. Koronawirus działa jednak na innych zasadach. Radośnie przeskakuje z jednego kantonu do drugiego. Ci, którzy tylko chełpili się, że mają małą liczbę przypadków i w związku z tym rozpromieniali swoich mieszkańców oświadczeniem, że "pilne zalecenia" z Berna nie są dla nich ważne, szybko stawali się kolejnym punktem zapalnym - zauważa "Spiegel".

Innym słabym punktem szwajcarskiej polityki jest duży wpływ firm, banków i stowarzyszeń biznesowych na proces decyzyjny. Biznesowi lockdown się po prostu nie opłaca.

Po części dzięki demokracji bezpośredniej, Szwajcaria ma dużo praktyki w negocjowaniu między sobą różnych interesów. Często zdarzają się długotrwałe procesy, w których wszyscy są wysłuchani - na końcu jest wyważony kompromis, z którym każdy może żyć - pisze "Spiegel" - Działa to dobrze, gdy jest wystarczająco dużo czasu. W kryzysie wymagającym szybkiego i elastycznego działania zasada ta jest raczej przeszkodą.