Jak wskazał, w rosyjskich placówkach dyplomatycznych są trzy grupy osób – prawdziwi dyplomaci, udający ich szpiedzy ze służby bezpieczeństwa, dawniej KGB, obecnie FSB, oraz szpiedzy z wywiadu wojskowego GRU. - Dla niemal połowy personelu dyplomatycznego Rosji głównym zajęciem nie jest dyplomacja, lecz szpiegostwo. Nie mogę z całą pewnością stwierdzić, jak to jest w innych krajach, ale z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że w rosyjskich ambasadach odsetek personelu, który faktycznie zajmuje się szpiegostwem jest najwyższy na świecie – powiedział Suworow.

Reklama

Suworow przypomniał, że sam w latach 70. pełnił służbę w sowieckim przedstawicielstwie przy europejskiej siedzibie ONZ w Genewie – gdzie prowadzone były wówczas bardzo istotne negocjacje w sprawie rozbrojenia nuklearnego – i połowę dyplomatów stanowili funkcjonariusze KGB i GRU.

Dyplomaci w podwójnej roli

Jak wyjaśnia, wykorzystywanie dyplomatów w podwójnej roli ma w Rosji długą tradycję, bo zaczęło to być powszechnie stosowane od momentu powstania Związku Sowieckiego. - Gdy komuniści przejęli władzę w 1917 r., Lew Trocki powiedział, że rewolucja przetrwa tylko, jeśli się będzie rozszerzać na cały świat. Od tego momentu, jeśli tylko były jakieś stosunki dyplomatyczne, używano dyplomatów jako przykrywki do nielegalnej działalności – mówi Suworow.

Reklama

Wskazuje, że nieco zmniejszyło się to po rozpadzie Związku Sowieckiego, za prezydentury Borysa Jelcyna, bo z jednej strony sam jego upadek był dla wszystkich szokiem i nikt nie wiedział co będzie dalej, a z drugiej – nowi ludzie, którzy doszli do władzy chcieli, by Rosja stała się takim samym krajem jak wszystkie inne. Przypomniał, że ostatni szef KGB Wadim Bakatin powiedział nawet Amerykanom, że w ich nowo wybudowanej ambasadzie w Moskwie została zainstalowana aparatura podsłuchowa, przez co Amerykanie ją zburzyli, ale ten okres szpiegowskiej odwilży był krótki. "Wkrótce potem KGB przejęło władzę, a jego reprezentant Władimir Putin zasiadł na Kremlu, więc czego można się spodziewać po takim kraju?" – mówi Suworow.

Zaznacza on, że bardziej niebezpieczni od szpiegów, którzy pracują pod przykrywką działalności dyplomatycznej, ale mają wcześniej sowieckie, a obecnie rosyjskie paszporty, są ci nielegalni, głęboko zakamuflowani, którzy udają – nierzadko przez wiele lat – obywateli innych krajów. Przypomniał on postać Richarda Sorge, który przez kilkanaście lat – do śmierci w 1944 r. – pracował dla sowieckiego wywiadu udając niemieckiego dziennikarza.

Reklama

Rosja słabą kopią Związku Sowieckiego

Suworow uważa, że zdecydowana reakcja, jaką niedawno zaprezentowały Czechy w reakcji na ujawnienie faktu, iż rosyjscy agenci byli zaangażowani w wybuch w składzie amunicji w 2014 r., jest właściwą drogą postępowania. - Rosja jest z jednej strony silnym krajem, ale z drugiej – jest zaledwie bardzo słabą kopią Związku Sowieckiego. Związek Sowiecki realnie był militarnym supermocarstwem, podczas gdy Rosja jest potęga z kartonu, przegniłą, ale też z tego powodu jest niebezpieczna. Jest tylko jedna metoda, by odpowiadać na aktywność Kremla – pokazywać siłę. Jeśli pokażesz siłę, wygrasz – przekonuje Suworow.

Przypomina, że po II wojnie światowej Stalin zażądał od zachodnich państw, by przekazali obywateli Związku Sowieckiego, którzy walczyli na Zachodzie przeciwko komunizmowi i większość z nich to zrobiła. Wyjątkiem okazał się malutki Liechtenstein, którego władze odpowiedziały, że nie i Stalin przyjął to do wiadomości. Jak podkreśla Suworow, ten sposób myślenia i rozumienie jedynie twardej siły się na Kremlu nie zmienił.

Wiktor Suworow jest rosyjskim pisarzem, publicystą i autorem książek historycznych. W przeszłości służył w sowieckiej armii, a następnie w wywiadzie wojskowym GRU, ale w 1978 r. zbiegł do Wielkiej Brytanii, w której mieszka od tego czasu.