W wywiadzie dla PAP Tomczykiewicz deklaruje również, że jeśli PO utrzyma po wyborach władzę, nie podniesie podatków, będzie zmierzać do przywrócenia 22-procentowego VAT-u. Szef klubu liczy, że malejąca przewaga PO nad PiS w sondażach zmobilizuje elektorat Platformy do udziału w wyborach.

Reklama

PAP: Niepokoi Pana malejący dystans między PO i PiS w przedwyborczych sondażach?

T.T.: Sądzę, że dla naszego elektoratu ma to otrzeźwiające i mobilizujące znaczenie. Przy dużej różnicy może wydawać się, że wszystko jest rozstrzygnięte i można nie iść do wyborów, że inni za nas oddadzą głos. W tym sensie sondaże działają mobilizująco - pokazują, że nic nie jest rozstrzygnięte i każdy wynik może się zdarzyć.

PAP: Zatem poważnie bierze Pan pod uwagę możliwość przegranej?

T.T.: Przeciwnie, jestem przekonany, że wygramy. Wewnątrz partii duch jest bojowy, ale towarzyszy mu świadomość, że nie wygramy wyborów wyłącznie głosami naszych członków. Nasz optymizm i wiarę w sukces musimy przekazać wyborcom, stąd nasza duża aktywność w terenie. Wierzymy, że wynik będzie dla nas korzystny, mimo malejącej przewagi nad PiS w sondażach. Jesteśmy przekonani, że wyborcy dobrze ocenią cztery lata naszego rządzenia; potrafią też sobie wyobrazić co nas czeka i kto może te oczekiwania zrealizować. Wierzę, że zagłosują na nas.

PAP: Podziela Pan opinię premiera, że PO +nie powinna ubiegać się o tworzenie nowego rządu+, jeśli nie wygra wyborów? To powszechne przekonanie w Platformie?

T.T.: Pamiętam, kiedy rozpadała się koalicja PiS-LPR-Samoobrona. Wszyscy namawiali Platformę do stworzenia koalicji przeciwko PiS. Nie doszło do tego dzięki intuicji premiera Donalda Tuska i jego stanowczemu +nie+. W efekcie odbyły się wcześniejsze wybory, które dały nam zwycięstwo i dwupartyjną koalicję. Wybrana wtedy droga okazała się słuszna. Jestem przekonany, że także obecna deklaracja premiera wynika z jego politycznej intuicji, a jednocześnie oddaje sprawiedliwość demokracji, w której rząd powinna tworzyć partia uzyskująca największe poparcie wyborców.

PAP: Jednak drugi wynik wyborczy nie oznacza braku zdolności do stworzenia większościowej koalicji. Przyjmując przed wyborami na swoje listy Joannę Kluzik-Rostkowską czy Bartosza Arłukowicza tłumaczyliście, że Platformie po drodze ze wszystkimi, którzy podobnie widzą przyszłość Polski. Dlaczego nie przenieść tego rozumowania do przyszłego rządu, rozmawiając o koalicji nie tylko z PSL, ale także SLD i - jeżeli znajdą się w Sejmie - PJN i Ruchem Palikota?

Reklama

T.T.: Jeżeli nie wygramy wyborów, będzie pewne, że koalicję i nowy rząd trzeba byłoby budować co najmniej z trzech partii. Tymczasem przychodzą bardzo trudne czasy, być może jeszcze trudniejsze niż dotąd. W takim okresie rządy trójkoalicji muszą skończyć się źle. Już dziś wiemy, że przy koalicji dwóch partii trudno realizować własny program, a co dopiero w koalicji trzech partii w rządzie; taka koalicja nie byłaby efektywna. Będzie piekielnie trudno. Dlatego namawiamy do pójścia na wybory i zagłosowania na Platformę, by nie rozważać mniej korzystnych dla państwa scenariuszy.

PAP: Dotyczy to również potencjalnej współpracy z PJN czy Ruchem Palikota?

T.T.: Nie sądzę, aby te ugrupowania weszły do parlamentu. Sondaże, które dają im takie szanse, są oparte przede wszystkim na dużych miastach, a mniej uwzględniają wsie i małe miasteczka, gdzie np. Janusz Palikot nie ma co liczyć na poparcie, głównie z powodu swojej ostrej antykościelnej retoryki.

PAP: A czy wizja szerokiej koalicji rządowej z udziałem PO, o której spekulowały media, wydaje się Panu możliwa do realizacji? Na szefa takiego rządu wskazywano np. Aleksandra Kwaśniewskiego...

T.T.: Przy każdych wyborach pojawiają się mrzonki o ponadpartyjnym rządzie. W praktyce takich wariantów w świecie nie ma, za wyjątkiem szczególnych sytuacji. U nas wydaje się to niemożliwe. Nie sądzę, aby Aleksander Kwaśniewski widział się w tej roli. Premier musi mieć silne zaplecze polityczne - tylko taki szef rządu jest w stanie sprostać zadaniom, które czekają nowy gabinet.

PAP: Wiele z tych zadań skupia się w sferze gospodarczej, głównie w obszarze finansów państwa i ograniczania długu publicznego. Konkurenci wzywają PO do jasnego określenia się w sprawie podatków. Po podwyżce VAT-u politycy Platformy z reguły mówią o przyszłych podatkach dość ostrożnie...

T.T.: Przeciwnie, nasze stanowisko jest bardzo jasne. Minister finansów Jacek Rostowski zapowiedział wprost, że nie będzie podwyższenia podatków. W naszym programie również wprost jest zapisane, że chcemy w 2014 r. powrócić do stawki VAT w wysokości 22 proc., czyli obniżyć ten podatek. Oczywiście w sytuacjach, gdyby miało to zagrażać stabilności finansów państwa, nikt takiego ruchu nie zrobi. Ale polityka i zarządzanie polegają także na prognozowaniu pewnych zjawisk gospodarczych. Na dziś - na dzień wyborów - ta prognoza wydaje się całkiem niezła, choć widzimy przecież, jak szaleje burza gospodarcza, szczególnie na południu Europy.



PAP: Powiedział Pan, że również w koalicji dwóch partii trudno było realizować program. Jaką ocenę wystawia Pan koalicji z PSL?

T.T.: Mieliśmy pecha rządzić w szczególnie trudnych okolicznościach: światowy kryzys, katastrofa smoleńska i naturalne katastrofy, które nawiedziły Polskę - to wszystko nie sprzyjało realizacji programu, który obiecaliśmy wyborcom. W tych trudnych warunkach z pewnością należy się rządowi czwórka z plusem.

PAP: Jeżeli w nowej kadencji będzie szansa na powtórną koalicję PO i PSL, będziecie dążyć do przejęcia ważniejszych resortów przez polityków Platformy? Głośno mówi się o chęci "odbicia" ludowcom resortu gospodarki...

T.T.: Żeby o tym rozmawiać, należy zaczekać na rozstrzygnięcia wyborcze. Na pewno będziemy oczekiwać, że zostanie zrealizowana ustawa przewidująca, iż spółki Skarbu Państwa - także te będące dziś w gestii resortów gospodarki czy infrastruktury - zostaną skupione w ministerstwie skarbu. Najwyższy czas, by nadzór oraz odpowiedzialność za majątek i sprawność działania spółek Skarbu Państwa znalazł się w jednym ręku.

PAP: Spodziewa się Pan dużych zmian w rządzie, jeżeli ponownie będzie go tworzyła PO? Będzie okazja, by pozbyć się niepopularnych ministrów, jak np. Cezary Grabarczyk...

T.T.: To zawsze jest osobista decyzja premiera Donalda Tuska. Na pewno jakieś odświeżenie będzie, to rzecz naturalna w nowej kadencji, gdy zaczynamy coś od nowa. To także dodatkowy zastrzyk energii dla rządu. Minister Grabarczyk stał się swoistym symbolem niedokończonych dróg czy sytuacji na kolei, ale nie brak nam argumentów, by bronić jego działań. Każdy kto uczestniczy w jakichkolwiek inwestycjach wie, że nie jest to łatwy proces, a opóźnienia to w jakimś sensie naturalna rzecz. Przy takiej skali prac udało się zrobić naprawdę bardzo wiele, więc potępianie Grabarczyka w czambuł jest z pewnością nieuprawnione.

PAP: Nowa kadencja przyniesie także zmiany w klubie parlamentarnym. Liczy Pan na zachowanie stanowiska szefa klubu?

T.T.: Jestem do dyspozycji premiera, w którego kompetencji jest desygnowanie kandydata. Wszystko przed nami.

Rozmawiał: Marek Błoński