PAP: Zacznijmy od samego początku. Kiedy przyjechała Pani do Polski? Jak wyglądały pierwsze dni, miesiące pobytu w Warszawie?
Diana Karpenko-Tyszkiewicz, menadżerka kultury, koordynatorka projektów społeczno-kulturalnych: - W Polsce znalazłam się 25 lutego 2022 roku, a więc dzień po inwazji. Kiedy przekraczałam granicę, nie miałam sprecyzowanego planu, co dalej. Po prostu ratowałam dzieci. Napisałam post na Facebooku z pytaniem, gdzie moglibyśmy się zatrzymać. Odezwała się do Wiktoria - znajoma, którą poznałam zaledwie pół roku wcześniej na projekcie Erasmus w Gruzji. Napisała, że znalazła nam na miesiąc mieszkanie w Warszawie. To było z jej strony bardzo miłe, bo wtedy nie byłyśmy jeszcze bliskimi przyjaciółkami. Początkowo myślałam, że pobyt w Polsce będzie tylko krótkim epizodem. Byłam przekonana, że inwazja to jakaś straszna pomyłka i że cały ten koszmar zaraz się skończy i szybko wrócimy do domu. Kiedy po miesiącu stało się jasne, że tak nie będzie, zaczęłam się zastanawiać, co dalej - zostać w Polsce czy jechać na Zachód? Postanowiłam zostać. Po pierwsze mam polskie korzenie - moja babcia ze strony mamy i pradziadek ze strony taty byli Polakami, a ja jako nastolatka uczyłam się języka w Domu Polskim w Kijowie. Po drugie polski jest dla nas naturalnie bliższy niż języki zachodnie, a moje dzieci już po miesiącu sporo rozumiały i podejmowały pierwsze próby samodzielnej komunikacji. Najważniejszym argumentem za pozostaniem byli ludzie. Spotkałam się z wielką empatią i zrozumieniem.
Właściciel mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy, okazał się wspaniałym człowiekiem. Do dziś się przyjaźnimy, pomaga mojej córce w nauce matematyki. Dzieci zostały bez problemu przyjęte do szkoły waldorfskiej. Choć to placówka prywatna, do końca roku nie musiałam płacić czesnego. Wychowawczyni mojej córki bardzo jej pomogła. Zostawała z nią po lekcjach, by ułatwić jej adaptację. Przychodziła do nas także nauczycielka z pobliskiej szkoły publicznej. Bezinteresownie pomagała dzieciom w nauce języka, zaś później poświęciła swój czas, by przygotować najstarszą córkę do egzaminu ósmoklasisty. Bardzo zżyłyśmy się z Wiktorią. W kilka tygodni po inwazji zorganizowała projekt wsparcia dla Ukraińców przejeżdżających przez Warszawę i zaprosiła mnie do jego koordynowania. Stworzyłyśmy przestrzeń, w której mogli zjeść posiłek, uczyć się polskiego na zorganizowanych przeze mnie kursach podstawowych czy wziąć udział w grupach terapeutycznych. Z Wiktorią zaprzyjaźniłyśmy się tak bardzo, że na Wielkanoc 2022 roku zaprosiła nas z dziećmi do domu swoich rodziców. Doświadczyliśmy tam tak wielkiej serdeczności, że miałam poczucie, że spędzam święta z bliską rodziną. Nie żałowałam, że zostałam w Polsce. Od przyjaciół, którzy pojechali dalej na zachód Europy, często słyszałam, że musieli tłumaczyć kontekst wojny. W Polsce nie musiałam nigdy niczego wyjaśniać. To właśnie głębokie moralne wsparcie, solidarność i nieobojętność Polaków sprawiły, że zdecydowałam, iż Warszawa stanie się naszym nowym domem.
Eskalacja sporu polsko-ukraińskiego
PAP: Czy eskalacja polsko-ukraińskiego sporu o historię wpłynęła na Pani codzienne życie?
D.K.: - Przez pierwsze trzy lata praktycznie nie spotkałam się z wrogością czy ksenofobią. Raz pewien pijany mężczyzna nawrzeszczał na mnie na ulicy zirytowany, że nie mówię do dzieci po polsku. Najzabawniejsze było jednak to, że krzyczał do nas po rosyjsku. Potraktowałam to jako incydent. Pomyślałam sobie, że jest pewnie sfrustrowany własnym życiem i szuka kogoś, na kim mógłby wyładować negatywne emocje. Emigranci są zawsze najłatwiejszym celem dla takich ludzi. Rok temu zauważyłam, że antyukraińskie nastroje zaczęły się nasilać. Pewnego dnia moja córka spacerowała z przyjaciółką po Starym Mieście. Kiedy zatrzymała się przy targu staroci, starszy sprzedawca zapytał, skąd pochodzą. – Z Ukrainy – odpowiedziała, na co on rzucił: „Idź na front!”. Uważam, że mówienie czegoś takiego 17-latce to okrucieństwo i głupota. Szczególnie, że pada to z ust dorosłego człowieka, który na oczy nie wydział wojny. We wrześniu zeszłego roku z agresją spotkał się też mój 10-letni wówczas syn. To było w nowej szkole. Kiedy grał z kolegami w piłkę, chłopiec z równoległej klasy popchnął go, chcąc zapewne przejąć boisko dla własnej paczki. Syn nie dał za wygraną. Chłopiec zaczął krzyczeć: „Walić Ukraińców!”. Najbardziej bolesne było to, że dzieciaki – w tym te, które syn uważał za przyjaciół – nie stanęły po jego stronie i zbyły to milczeniem. Syn nie dał po sobie poznać, że go to dotknęło. Został na boisku, jego drużyna wygrała mecz, a on ograł tamtego chłopca. Po powrocie do domu emocje jednak wzięły górę: rozpłakał się i zapowiedział, że więcej do tej szkoły nie pójdzie. Jeszcze tego samego dnia zgłosiliśmy tę sytuację, pisząc do nauczycielki na portalu Librus. Ponieważ Polska jest państwem prawa, reakcja szkoły była błyskawiczna. Nauczycielka przekazała sprawę szkolnemu psychologowi i poinformowała o tym dyrekcję. Już następnego dnia chłopiec, który wzywał do „walenia Ukraińców”, przeprosił mojego syna. Wszystko skończyło się dobrze – syn świetnie sobie radzi w szkole. Jest jedynym Ukraińcem w klasie, ale ma wielu przyjaciół i nie spotyka się z wrogością. Ten incydent skłonił mnie do smutnej refleksji. Ów 10-latek musiał nauczyć się niechęci do ludzi odmiennej narodowości w domu. Nastawianie dzieci przeciwko innym uważam za rzecz niedopuszczalną.
Agresja wobec Ukraińców w miejscach publicznych
PAP: Obawia się pani mówić po ukraińsku w miejscach publicznych? Spotyka się pani z przejawami niechęci? Z aktami agresji słownej?
D.K. - Nie powiedziałabym, że się obawiam. Nigdy nie będę ukrywać swojego pochodzenia. Nie przestanę mówić w moim ojczystym języku, bo to fundament mojej tożsamości. Odpowiadając na drugą część pytania - tak, niestety, w tym roku kilkukrotnie spotkałam się z chamstwem tylko dlatego, że mówiłam po ukraińsku. Przyznam, że jest to dla mnie trudne do zniesienia, choćby dlatego, że jako naród walczymy o prawo do mówienia po ukraińsku nawet w we własnym domu, w swojej ojczyźnie. Boli mnie podwójnie to, że agresją słowną za mówienie po ukraińsku spotykam się w kraju, który udzielił ci schronienia przed wojną, w której jako naród niszczeni jesteśmy między innymi za to, że chcemy zachować własny język i kulturę. Staram się jednak nie brać tego do siebie i traktować te incydenty jako wyraz frustracji jednostek, a nie postawę całego społeczeństwa polskiego.
PAP: Jak radzą sobie z tym dzieci? Rozważa pani wyjazd z Polski?
D.K.: - Prawdę mówiąc, dzieci radzą sobie świetnie. Spędziły w Polsce znaczna część dzieciństwa, formacyjne lata. Młodszy syn poszedł w Polsce do pierwszej klasy. Mają mnóstwo przyjaciół, w przeważającej większości Polaków. Z powodu incydentów, o których wspominałam wcześniej, zaczęłam z nimi rozmawiać na temat ewentualnego wyjazdu z Polski, zastrzegając, że to najgorszy z możliwych scenariuszy. Absolutnie nie chciały tego słuchać. Warszawa stała się dla nich domem. To, że dzieci tak mocno trzymają się życia w Polsce, jest zasługą otaczających nas ludzi - przyjaciół, znajomych, otwartych, empatycznych i postępowych osób. To oni sprawiają, że w Polsce czujemy się bezpiecznie. Mimo kilku gorzkich doświadczeń, nasza codzienność jest pełna ludzkiej życzliwości.
UPA i Bandera w domowych rozmowach Ukraińców
PAP: Czy w Pani rodzinnym domu rozmawiało się o UPA, Banderze?
D.K.: - W moim domu rodzinnym takich rozmów właściwie nie było. Pochodzę z Kijowa, gdzie za czasów mojego wczesnego dzieciństwa ten temat w ogóle nie istniał. W szkole średniej mieliśmy lekcje o Ukraińskiej Powstańczej Armii, bo UPA była w programie nauczania. Przyznam, że nie była to jakaś wyjątkowa, wybijająca się kwestia – po prostu jeden z tematów przerabianych w kontekście historii II wojny światowej. Z lekcji historii wyniosłam świadomość tragedii narodu ukraińskiego, który w XX wieku był rozdzielony pomiędzy różne państwa, przez co Ukraińcy walczyli po różnych stronach i w różnych armiach. Uczono mnie, że UPA walczyła zarówno przeciwko nazistom, jak i armii radzieckiej, bo i jedni, i drudzy byli okupantami. Jeśli chodzi o moje dzieci, z młodszymi w ogóle o tym nie rozmawiamy. Uważam, że poruszanie tak trudnych kwestii z dziećmi, które nie są dojrzałe emocjonalnie i nie są w stanie zrozumieć skomplikowanego kontekstu, byłoby po prostu szkodliwe. O trudnej historii dyskutujemy z najstarszą córką, która kończy właśnie liceum. Chodzi o to, by zrozumiała, do czego prowadzi skrajny nacjonalizm i nietolerancja. Uważam, że nie wolno traktować zbrodni wojennych popełnianych przez poszczególne oddziały UPA na Wołyniu czy Armii Krajowej we Wschodniej Galicji, na Chełmszczyźnie i Podlasiu jako winy całego narodu - z jednej czy z drugiej strony. Uczę dzieci stawiać trudne pytania i tego, by nie oczekiwały na nie prostych, czarno-białych odpowiedzi. Sama zastanawiam się czasem, jak to się stało, że moja polska babcia zdecydowała się założyć rodzinę z moim ukraińskim dziadkiem, zaledwie kilkaset kilometrów od miejsc, w których zaledwie dziesięć lat wcześniej, rozgrywały się tak straszne wydarzenia? Historia służy po to, by wyciągać z niej wnioski. Dziś jedynym państwem, które nie wyciągnęło żadnych wniosków z lekcji II wojny światowej, jest Rosja. Jestem przekonana, że społeczeństwa polskie i ukraińskie są już daleko ponad dawnymi podziałami. Jesteśmy dziś dwoma dojrzałymi narodami. Zamiast wracać do wzajemnych oskarżeń, powinniśmy skupić się na współpracy i budowaniu bezpiecznej przyszłości.
Polityczny populizm dla bieżących korzyści
PAP: Co poradziłaby Pani politykom z Polski i Ukrainy, gdyby mogła Pani w jakikolwiek sposób wpłynąć na ich decyzje i zachowanie w sprawach, które nas dzielą?
D.K.: - Żeby przestali przestać grać na emocjach. I żeby nie uciekali się do krótkowzrocznego populizmu dla bieżących korzyści wyborczych. Politycy często zapominają, że decyzje podejmowane w gabinetach przekładają się bezpośrednio na życie zwykłych ludzi na ulicach, w szkołach, w relacjach sąsiedzkich. Kiedy pojawiają się trudne tematy: czy to gospodarcze, czy historyczne, oczekiwałabym od liderów odwagi mówienia prawdy, prowadzenia głębokiego dialogu, zamiast szukania tanich sensacji, które polaryzują społeczeństwa. Poradziłabym też naszym liderom, aby inwestowali w przyszłość. A w obliczu realnego zagrożenia ze strony Rosji przyszłość naszych krajów zależy od naszej solidarności, zdolności do pragmatycznej współpracy i wzajemnego szacunku. Zamiast szukać tego, co nas dzieli, politycy powinni skupić się na tym, co nas łączy – na budowaniu silnej, bezpiecznej Europy Środkowej. Mamy historyczną szansę, jakiej nasze narody nie miały od wieków. Nie zmarnujmy jej.
Rozmawiał: Jacek Pawlicki
Dziennikarz, redaktor i korektor z wieloletnim doświadczeniem. Przez lata publikował teksty, głównie kulturalne, w rozmaitych mediach, takich jak Gazeta Wyborcza, Wprost, Wirtualna Polska. W Dziennik.pl od 2017 roku, obecnie jako wydawca i redaktor newsroomu.
