Wydawało się, że po kilkunastu godzinach negocjacji szefostwo Poczty Polskiej zaczęło spuszczać z tonu. Dyrekcja chciała dać listonoszom 87 złotych podwyżki na głowę. To więcej niż do tej pory, ale i tak prawie dwa razy mniej niż chcą doręczyciele. Dlatego z porozumienia nic nie wyszło.
Gdy dyrekcja Poczty i protestujący związkowcy siadali do stołu rozmów, szefostwo firmy było gotowe wyłożyć na podwyżki 150 milionów złotych. Listonosze chcieli ponad 200 milionów. Rozmowy trwały, były przekładane i przedłużane.
Aż wreszcie coś drgnęło. Poczta wysupłała dodatkowe 15 milionów złotych na podwyżki. Te pieniądze byłyby wypłacane w bonach. Pod jednym warunkiem. Nie wszyscy dostaliby po tyle samo. Ci, którzy teraz zarabiają najmniej, mają dostać pensje wyższe aż o 160 złotych. A to oznacza, że ci, którzy jak na razie mają najwyższe wynagrodzenia, mogliby liczyć tylko na 60 złotych dodatku do wypłaty.
Propozycja padła. Jednak do porozumienia nie doszło.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl