Minister uznał tragedię za swoją porażkę i przyznał, że jedną z okoliczności tej "niepotrzebnej śmierci" jest kwestia zawiezienia przez policjantów dyrektora jego
resortu, z Warszawy do domu w Siedlcach.
Ale to było jedyne przyznanie się do jakiejkolwiek winy. Dalej minister już tylko odpierał zarzuty.
Owszem, były "pewne błędy" w informowaniu mediów, ale nie było dezinformowania - mówił Dorn. I zapewnił, że w trakcie poszukiwań wszystkie służby porozumiewały się ze
sobą doskonale.
Owszem, komendant komisariatu kolejowego, który kazał policjantom odwieźć do domu byłego już dyrektora MSWiA Tomasza Serafina, zwlekał dwie godziny z zawiadomieniem o zaginięciu, ale za to
sam ich w tym czasie szukał.
Owszem, rzecznik prasowy mówił mediom o rzekomym wyjeździe Serafina za granicę, ale to było tylko nieporozumienie.
Owszem, ktoś powiedział dziennikarzom, że policjanci pojechali do Siedlec z "misją specjalną", ale nie wiadomo, kto tak kłamał. A już na pewno nikt z ministerstwa.
Minister Dorn tłumaczył też wypowiedź Serafina dla dziennika.pl, gdzie były dyrektor wietrzył spisek. "To były wypowiedzi człowieka w szoku, który próbuje się bronić" -
mówił Dorn i zapewnił, że nastąpiło to bez wiedzy i zgody resortu.