Jarosław G. razem z kolegą, już po zamknięciu bazaru, rozpoczął remont zakładu fryzjerskiego. Przy silnym wietrze iskry ze szlifierki sypały się na lewo i prawo. Pech chciał, że większość spadała akurat na pobliskie stoisko z fajerwerkami. Tak doszło do eksplozji.
Kiedy obaj robotnicy skończyli robotę, byli tak przemarznięci, że poszli rozgrzać się do pobliskiego baru. Gdyby zostali, może zauważyliby tlące się opakowania od fajerwerków? 1500
straganów zamieniło się w zgliszcza. Towar za kilka milionów złotych poszedł z dymem. Ponad sześć tysięcy ludzi z dnia na dzień straciło pracę.
"Wybaczcie, bo nie chciałem tego dramatu, wiem, jak to jest stracić wszystko..." - prosi teraz ludzi, którzy stracili dorobek całego życia, Jarosław G. "W życiu bym
nie pomyślał, że jedna mała iskra może spowodować tak wielkie nieszczęście" - mówi zdruzgotany mężczyzna.
Najbardziej poszkodowani właściciele spalonych straganów ze Słubic wybaczają podpalaczowi. "Staram się zrozumieć dramat tego człowieka" - mówi właściciel stanowiska z
ubraniami Seweryn Wójcik. "Wybaczam mu, bo nie zrobił tego specjalnie. Po prostu miał ogromnego pecha" - dodaje człowiek, który po stracie dobytku zamierza teraz wyjechać do
Irlandii. "Czas zacząć wszystko od nowa" - wzdycha Seweryn Wójcik.
Jarosławowi G. i jego koledze, 46-letniemu Edwardowi Z., postawiono już zarzut nieumyślnego spowodowania zagrożenia życia i zdrowia ludzi.