Zginęły, wymijając zwalone drzewo
Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Dwie 28-letnie przyjaciółki jechały z Wolbromia do Olkusza. Za oknem szalał huragan i lał deszcz. Nagle w miejscowości Pazurek, koło Olkusza, przed ich
wozem wyrósł zwalony przez podmuch wiatru konar. Kobiety próbowały ominąć przeszkodę. Ich opel wpadł na sąsiedni pas ruchu. Pech chciał, że z naprzeciwka zbliżała się skoda. Auta
zderzyły się czołowo. Dwie kobiety zginęły na miejscu. Kierowca skody walczy o życie na oddziale intensywnej terapii - pisze "Fakt".
Zmiażdżyło go drzewo
50-letni kierowca tira zginął w Kostrzynie pod Poznaniem. W przednią szybę renault, którym kierował, uderzyło złamane przez wiatr drzewo. Mężczyzna nie miał szans. Konar z drzewa wyrwanego
z ogrodu położonego nieopodal szosy, przygniótł go śmiertelnie.
Śmierć dopadła 30 metrów nad ziemią
Michał O. z Tychów siedział w kabinie dźwigu, 30 metrów nad ziemią, gdy zerwał się potężny wiatr. Po chwili ogromny dźwig złożył się niczym domek z kart. Mężczyzna runął na ziemię
wraz z metalową konstrukcją. Uwięziony w małej kabinie zginął na miejscu. Michał O. nigdy nie lubił wchodzić do dźwigowej kabiny. Kilkugodzinne przebywanie w małej klatce 30 m nad ziemią
zawsze napawało go strachem.
"Człowiek czuje się tam na górze, jakby jednocześnie miał klaustrofobię i lęk przestrzeni" - żartował w rozmowach z rodziną. Michał nie miał jednak wyjścia. Kurs
operatora dźwigu zrobił ze względu na rodzinę. Dźwigowym na wysokościach dobrze płacą, a on miał żonę i dwójkę małych dzieci na utrzymaniu, 6-letniego synka i 12-letnią córeczkę.
Żona bała się o niego panicznie, nigdy wcześniej nie miał jednak żadnego wypadku. Dopiero teraz. Wichura przewróciła dźwig, akurat, kiedy zmienił kolegę na budowie w Katowicach.
Wichura zerwała dach
Tuż po północy wiatr zerwał dach na nowym osiedlu na obrzeżach Krakowa. Najpierw huragan targał blachą, jakby to było kartonowe pudełko. Deski
i wata szklana z ocieplenia stropu fruwały po całym podwórku. Do jednego z mieszkań runął ceglany komin. Gipsowy strop zawalił się nad kuchnią i łazienką. Domownicy stali przerażeni pod
oknem, akurat obserwowali błyskawice na niebie. Chwilę wcześniej pili herbatę w kuchni, która w jednej sekundzie zamieniła się w gruzowisko. "Cud, że żyjemy! Mieszkanie wygląda jak
po bombardowaniu" - załamują ręce Magda Hodas i Kuba Prokopowicz.
Żywioł zabrał im ojca
Jan Staszewski, ojciec dwanaściorga dzieci, zginął przygnieciony cegłami z zerwanego dachu. Tragedia wydarzyła się w Zaborowie pod Płońskiem w piątek o 22.30. "O 22 zgasło
światło w naszym domu. Młodsze rodzeństwo spało. Nagle usłyszeliśmy, że na poddaszu otworzyło się okno. Okiennica zaczęła uderzać o dach. Tata razem z bratem Krzyśkiem poszedł je
zamknąć" - opowiada "Faktowi" Tomek Staszewski.
Mężczyzna wdrapał się po drabinie. Nagle rozległ się potworny huk. Trąba powietrzna, która właśnie przeszła nad Zaborowem, zerwała dach z parterowego domu. Jan Staszewski krzyczał:
Uciekajcie! Bierzcie dzieci i uciekajcie! "Musiał zobaczyć, że dach wzlatuje, dlatego nas ostrzegł" - domyśla się Tomek. Wtedy na jego ojca runęły zwały cegieł.