Włodzimierz Grabowski jest rolnikiem. Nadwyrężył sobie biodro podczas pracy w polu. Uraz okazał się bardzo poważny. "Lekarz powiedział, że trzeba natychmiast operować. Żebym
mógł normalnie żyć i wrócić do pracy w gospodarstwie, muszę trafić na stół" - opowiada mężczyzna. "Ze skierowaniem zgłosiłem się więc do szpitala. I tam aż mi mowę
odjęło, gdy usłyszałem wyznaczony mi termin: marzec 2009 rok! A co ja mam robić do tego czasu? Jak żyć? Z tymi kulami niewiele mogę zrobić. Jestem kaleką" - mówi
"Faktowi" załamany.
Jeszcze trzy lata temu na oddziale ortopedycznym w olsztyńskim szpitalu wykonywano tygodniowo 15 operacji wszczepienia endoprotezy stawu biodrowego. Dzisiaj tylko pięć. I nie dlatego, że brakuje
specjalistów.
"Wszystkiemu winne są narzucone przez NFZ limity" - mówi Halina Sarul, dyrektorka szpitala w Giżycku, gdzie pacjentów także zapisuje się już na 2009 rok. "Dopóki Narodowy Fundusz Zdrowia będzie nam wydzielał w kontraktach liczbę zabiegów i operacji, dopóty będziemy odsyłać chorych z kwitkiem na dwa lata do przodu. Doskonale wiem, że nie jest to normalne. To po prostu kpina służby zdrowia z pacjentów" - rozkłada bezradnie ręce.