Dopóki kardiolodzy ze Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie zarabiali po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, przychodzili codziennie do szpitala i leczyli ludzi. Ale gdy tylko zagrożono im obcięciem pensji, złożyli wypowiedzenia.
Szpital w Gorzowie ma ponad 300 milionów złotych długów. Mimo że to jedna z najbardziej zadłużonych klinik w całej Polsce, jej poprzedni dyrektor Leszek Wakulicz
dał lekarzom z kardiologii podwyżki sięgające 90, a nawet 140 procent dotychczasowej pensji! Dzięki temu w tym upadającym szpitalu medycy mogli zarabiać po kilkanaście tysięcy miesięcznie -
pisze "Fakt".
Gdy obecny dyrektor szpitala Wojciech Martula zarządził obniżenie wynagrodzeń, kardiolodzy z ordynatorem na czele oburzyli się. Nadal chcieli zarabiać po kilkanaście tysięcy złotych, nie bacząc na coraz większe długi, w jakie popadał ich szpital.
Ale dyrektor Martula był nieugięty i zaczął kolejno zmieniać umowy lekarzom, wracając do poprzednich zarobków. A wtedy w odwecie 12 lekarzy oddziału kardiologicznego, w tym także ordynator Tomasz M., złożyło wypowiedzenia! Z dnia na dzień porzucili kilkudziesięciu chorych po zawałach lub tych, którzy w gorzowskiej klinice czekali na operacje.
"Kardiologię trzeba było zamknąć" - mówi "Faktowi" załamany dyr. Wojciech Martula. "Lżej chorych wypisać do domów, cięższe przypadki przenieść na inne oddziały, razem z salowymi i pielęgniarkami" - dodaje. Wciąż wierzy, że lekarze, którzy dla zysku porzucili szpital, opamiętają się i wrócą do swych pacjentów.
Gdy obecny dyrektor szpitala Wojciech Martula zarządził obniżenie wynagrodzeń, kardiolodzy z ordynatorem na czele oburzyli się. Nadal chcieli zarabiać po kilkanaście tysięcy złotych, nie bacząc na coraz większe długi, w jakie popadał ich szpital.
Ale dyrektor Martula był nieugięty i zaczął kolejno zmieniać umowy lekarzom, wracając do poprzednich zarobków. A wtedy w odwecie 12 lekarzy oddziału kardiologicznego, w tym także ordynator Tomasz M., złożyło wypowiedzenia! Z dnia na dzień porzucili kilkudziesięciu chorych po zawałach lub tych, którzy w gorzowskiej klinice czekali na operacje.
"Kardiologię trzeba było zamknąć" - mówi "Faktowi" załamany dyr. Wojciech Martula. "Lżej chorych wypisać do domów, cięższe przypadki przenieść na inne oddziały, razem z salowymi i pielęgniarkami" - dodaje. Wciąż wierzy, że lekarze, którzy dla zysku porzucili szpital, opamiętają się i wrócą do swych pacjentów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|