Przekonali się o tym boleśnie pan Mieczysław Kałużny i jego syn Jarosław - pisze "Fakt". Obaj panowie jeszcze leczą rany po policyjnej pałce policjantki i zapowiadają, że się zemszczą. "Gdy tylko zakończymy leczenie, złożymy skargę w prokuraturze. Policjanci nie mogą być jak bandyci" - uważają Kałużni.
Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia pan Jarosław zauważył jakiegoś mężczyznę kręcącego się koło parkingu jego firmy. Nie wiedział, że to przedstawiciel firmy leasingowej, z którą kiedyś prowadził interesy. Po chwili przyjechali policjanci. A to właśnie nieoczekiwany gość ich wezwał, bo wydawało mu się, że naczepa, która stoi na placu pana Jarosława, jest kradziona.
"Odwróciłem się, by przynieść z biura dokumenty, bo naczepę kupiłem legalnie, a policjanci na mnie skoczyli" - wspomina Jarosław Kałużny. "Chcieli mnie koniecznie zakuć w kajdanki".
Najbardziej agresywna była właśnie policjantka Milena R - pisze "Fakt". Tak przydusiła przedsiębiorcę, że ten omal nie zemdlał. W tym czasie partner Mileny R. zakładał kajdanki na nadgarstki pana Jarosława.
"Krzyczałem, że naczepa jest moja, że ją kupiłem, że mam dokumenty. Ale nikt mnie nie słuchał" - opowiada "Faktowi" pan Jarosław. Akcję zobaczył jego ojciec, 70-letni Mieczysław. Wybiegł na plac, gdy syn już był w radiowozie. Dopytywał się, gdzie i za co zabierają jego syna.
"Wtedy policjantka Milena nie wytrzymała. Wyskoczyła z wozu i zaczęła pałować go tonfą - twardą policyjną pałką" - pisze "Fakt".
"Pamiętam, że ciosy mnie zamroczyły. Wpadłem do rowu z wodą" - mówi pan Mieczysław. Wezwano pogotowie. Pan Mieczysław trafił do szpitala, a syn na komisariat. Cztery godziny musiał tłumaczyć, że naczepy nie ukradł.
Został zwolniony do domu. Krewka policjantka nie próbowała nawet przepraszać pobitego mężczyzny ani jego syna. "Nikt z policji nie próbował wytłumaczyć najścia" - mówią "Faktowi" Kałużni. "Mamy obdukcje lekarskie i teraz będziemy dochodzić sprawiedliwości". Sprawa trafiła do prokuratury.