Dziennik Gazeta Prawana logo

Strzelać każdy może, czyli strzelnica w każdej gminie. Orliki dobrej zmiany

19 lutego 2017, 10:05
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
wiczenia na strzelnicy
wiczenia na strzelnicy/Shutterstock
Strzelnica w każdej gminie. To hasło, za sprawą ministerialnych pomysłów, bije rekordy popularności. Dla jednych to piękny sport, dla drugich element tradycji, dla kolejnych sposób na poprawę obronności kraju. Zapanowało pospolite ruszenie.

Pistolet Glock ginie w dłoni instruktora. Sprawnie napełnia magazynek, ładuje, wymierza. –– mówi spokojnie. Każe założyć okulary, potem słuchawki. Staram się pamiętać, by nie złapać pistoletu instynktownie w garść. Palec wskazujący musi być wyprostowany, wzdłuż lufy. Na spust powędruje tuż przed strzałem. Przodem do tarczy, lekko pochylona, w małym rozkroku. Ręce wyciągnięte, lewe oko zmrużone, prawym usiłuję namierzyć tarczę. I w duchu trzymam za siebie kciuki: żeby tylko nie wystraszyć się wystrzału i nie upuścić broni. – – mówi instruktor, jakby czytając w myślach. W końcu strzelam i... nie było tak źle. Przeciwnie. Adrenalina robi swoje.

Jeszcze niedawno na budynku strzelnicy przy ul. Marymonckiej w Warszawie wisiało hasło:. Miało swój cel: odczarować miejsca takie, jak to. Pokazać, że nie są dziś zamkniętymi obiektami, do których chodzą tylko tajemniczy panowie. Dziś na strzelnicę można wejść prosto z ulicy.

Rząd jednak chce iść dużo dalej i równolegle z tworzeniem Wojsk Obrony Terytorialnej rozwinąć sieć strzelnic. Skojarzenia z orlikami nasuwają się same, ale najwyraźniej nie o sam sport tu chodzi. – czytamy w wyjaśnieniach Ministerstwa Sportu i Turystyki. Nad programem pochyla się także MON. Strzelnica byłaby miejscem treningów dla żołnierzy Obrony Terytorialnej i budowania w nas postawy patriotycznej. Tylko, czy tędy droga?

Człowiek z zacięciem

Mimo że jest środek dnia, na strzelnicy przy ul. Marymonckiej panuje tłok. Nic dziwnego, to jeden z najstarszych i największych tego typu obiektów w kraju. Tutaj Renata Mauer-Różańska, dwukrotne złota medalistka olimpijska, uczyła się strzelać. Inny wychowanek i olimpijczyk, Piotr Kosmatko, jest trenerem kadry narodowej Hiszpanii. Dziś przyszły postrzelać klasy z pobliskiej szkoły. Dziewczyny i chłopcy komentują się nawzajem. – – mówi nastolatek. – – słyszy w odpowiedzi. Anka zajmuje już pozycję do strzału, na leżąco, na przygotowanym kocu. Mimo mrozu nikt nie narzeka. Jest zabawa.

– przekonuje Eugeniusz Bednarz, prezes Związkowego Klubu Strzeleckiego. Ale zaraz zastrzega, że komentuje sam pomysł, do polityki się nie miesza. Polski Związek Strzelectwa Sportowego zrzesza w Polsce 22 tys. osób, z czego prawie 10 proc. należy do tego klubu. –

Jeden z argumentów przeciwników budowy strzelnic brzmi, że kraju nie stać na taką inwestycję. Lepiej dbać o orliki, które kosztowały po milion złotych sztuka, niż wydawać teraz pół miliona na jedną strzelnicę. Przy założeniu, że mamy w Polsce ponad 2,4 tys. gmin, rachunek jest prosty.

Zdaniem Eugeniusza Bednarza, strzelnica w każdej gminie, z pewnymi zastrzeżeniami, to realny pomysł. Bo elementarne zasady można poznać też na przykładzie broni pneumatycznej. Taka strzelnica nie wymaga wielkiego zachodu, można ją rozstawić nawet w szkolnej sali gimnastycznej. Załóżmy, że tworzymy pięć stanowisk na 10 metrów. Jedna broń kosztuje kilkaset złotych. Do tego naciągi, tarcze. Wszystko powinno zamknąć się w 15 tys. zł. Jest jeszcze kwestia znalezienia osoby, która w takiej strzelnicy prowadziłaby zajęcia. Najtaniej byłoby przeszkolić nauczycieli wf. Pytanie, czy każdy odnalazłby się w nowej roli. – – mówi Bednarz. Oczywiście, można było mieć zastrzeżenia do nauczycieli przedmiotu, których w większości rekrutowano spośród oficerów rezerwy. Jedni mieli większe zacięcie dydaktyczne, drudzy niekoniecznie.

Strzelnica to nie boisko. Wymaga większych nakładów bezpieczeństwa. Bo jak ktoś ukradnie piłkę, tragedii nie ma. Co jednak, gdy zniknie karabin czy amunicja? – – słyszę w odpowiedzi od instruktorów. Poza monitoringiem i ochroną jest jeszcze zdrowy rozsądek i czujność. Czyli? Gdy człowiek zachowuje się nerwowo, nie zostanie obsłużony. Podobnie, jeśli alkomat wykaże cokolwiek powyżej zera.

W klubie przy Marymonckiej działa wiele sekcji, w tym – jedna z najlepszych w Polsce – sekcja strzelania dynamicznego. Odnosi spore sukcesy. Ściągają do niej pasjonaci. Ustawiają tory przeszkód, przesłony, przeszkody, bujaki. Albo gwiazdy sześcioramienne, na każdym metalowe kółko. Gdy oddasz strzał do pierwszego – odpada, a pozostałe zaczynają wirować. Żeby strącić pozostałe, trzeba przewidzieć ich ruch. Dwa razy w miesiącu odbywają się tu zawody. Uczestnicy ustalają zasady: tu nie wolno strzelać, tu nie można wystawić nogi. Ma to imitować rzeczywistość bojową. Nie można np. wyrzucić magazynku, w którym znajduje się choćby jeden nabój, bo trafi on w ręce wroga. Taka zabawa w wojnę dla dużych chłopców? – – mówią sami zainteresowani.

Teraz klub chce podpisać umowę z pobliską szkołą sportową. Dyrektor planuje otworzyć klasę o profilu strzeleckim. –– mówi Bednarz.

Efekt broni

Z każdym rokiem w Polsce przybywa pasjonatów broni i strzelania. Działają dziesiątki klubów. Niektóre, tak jak warszawska Legia, mają blisko 3 tys. zrzeszonych członków, w innych stan osobowy można policzyć na palcach jednej ręki. W sieci nie brakuje portali i blogów poświęconych tej tematyce. Można czasem odnieść wrażenie, że zapanowało pospolite ruszenie: o ile ludzi apelujących o powszechny dostęp do broni nie brakuje, o tyle zdeklarowanych pacyfistów jak na lekarstwo. Dlaczego? W końcu o tym, że obcowanie z bronią rodzi agresywne skojarzenia, pisali już w psychologii społecznej Leonard Berkowitz i Anthony LePage. Przeprowadzili nawet eksperyment. Okazało się, że bodźce z nią związane uruchamiają w głowie negatywne skojarzenia, co nazwano zjawiskiem. Czy to oznacza, że budowanie strzelnic nie jest jednak najlepszym pomysłem?

– mówi Marzena Kocurek z antyprzemocowej Fundacji Pozytywnych Zmian. Jej zdaniem, skoro uważamy, że komputerowe strzelanki mogą mieć katastrofalny wpływ na rozwój dzieci, to danie im broni do ręki jest pójściem o krok dalej. Milowy krok.

Marzena Kocurek przekonuje, że dziś w Polsce ludzie bywają sfrustrowani, przybywa ataków na tle rasistowskim. Dlatego zamiast mówić o krzewieniu kultury strzeleckiej, lepiej tonować nastoje. A wyciągany przez niektórych argument, że przez osiem lat nie było powszechnego obowiązku wojskowego i teraz, dla dobra ogółu, trzeba nadrobić zaległości? Szkolenia prowadzone w ramach Obrony Terytorialnej czy klasy strzeleckie nic nie dadzą. Ich uczestnicy nie mają żądnych szans w starciu z profesjonalnym żołnierzem. – – mówi. – Rośnie pokolenie, dla którego wojna staje się atrakcyjną grą. Robienie ze strzelania sportu narodowego tylko podsyca ten styl myślenia. Koszulki z napisami „Polacy do broni” są nieświadomym parciem do wojny, pokazywaniem jej jako czegoś pozytywnego.

Fakt, bractwa kurkowe i związki strzeleckie są elementem naszej tradycji. – – ucina. I przekonuje, że zamiast myśleć o strzelaniu, rząd powinien skoncentrować się na wdrażaniu np. sensownych programów edukacyjnych dotyczących radzenia sobie z agresją.

Na razie strzelnice powstają oddolnie, z inicjatywy klubów i miłośników. Jeszcze kilka lat temu było ich niespełna 200. Teraz ponad 330. Wiele z nich znajduje się w dyspozycji Ligi Obrony Kraju, inne są w rękach prywatnych. W sieci gęsto od porad, jak załatwić formalności. Wystarczy, że wójt zaakceptuje regulamin, a obiekt będzie spełniał kilka wymogów: kulochwyt za tarczą (najczęściej chodzi o wał ziemny), lustro wód gruntowych głębiej niż metr pod powierzchnią. Do tego strzelnicy nie można budować na terenie parku czy rezerwatu. Ograniczeniem są też pieniądze: żeby pójść na strzelnicę, trzeba mieć w kieszeni ok. 100 zł. Tyle kosztuje amunicja, średnio 1,5 zł za sztukę.

Oko i dłonie w ojczyzny obronie

Za sprawą Ministerstwa Sportu i MON do tablicy wywołane zostały także bractwa kurkowe. Czyli pochodzące ze średniowiecznej Europy Zachodniej organizacje strzeleckie uczące mieszczan posługiwania się bronią na wypadek konieczności obrony murów miejskich. Tyle mówi skrócona definicja encyklopedyczna. Jerzy Wypych, starszy Bractwa Strzelców Kurkowych w Kaliszu, mógłby opowiadać na ten temat dużo, dużo dłużej. Ale ostatnie pomysły ministerstw ocenia krótko: nic nowego. Za czasów poprzednich szefów obrony narodowej też podpisywano umowy o współpracy wojskowej. Bo niemal każde bractwo w Polsce ma swoją strzelnicę (bywa, że korzysta z niej policja), współpracuje ze szkołami, z klasami mundurowymi.

Bractwa mają wielowiekową tradycję. Narodziły się w Hiszpanii podczas rekonkwisty. Chrześcijanie walczyli o wyparcie Maurów z Półwyspu Iberyjskiego. Władcy rozumieli, że na spaloną ziemię musi wrócić życie, trzeba odbudować miasta. Do powrotów zachęcali, dając więcej praw i samorządności. Ludzie bronili wolności, tworząc stowarzyszenia zaprzysiężone. Łączyły ich dane słowo i obowiązek. Nie wystarczyło mieć domu w mieście, trzeba było jeszcze posiadać broń i w razie konieczności umieć się nią posłużyć, gdy wróg stanie u bram. W Polsce bractwa kurkowe pojawiły się wraz z upowszechnianiem prawa miejskiego wzorowanego na prawie miast Magdeburga i Lubeki.

Tyle skróconej lekcji historii. Ale czy przyświecające braciom hasłoma jeszcze rację bytu? Dla Jerzego Wypycha sprawa jest oczywista. Wystarczy wspomnieć historię Kalisza. W sierpniu 1914 r. wojska niemieckie zbombardowały, a potem podpaliły bezbronne miasto. Obywatele Kalisza w 1918 r. rozpoczęli przygotowania do powołania Straży Obywatelskiej zdolnej obronić miasto i nie dopuścić do sytuacji sprzed kilku lat. 10 listopada został powołany Sztab Wojskowy Ziemi Kaliskiej łączący Polską Organizację Wojskową i Straż Obywatelską. Dzień później szef sztabu por. Juliusz Ulrych, jeden z setników Straży, przejął władzę w Kaliszu. – – przekonuje.

Wiele lat temu była taka reklama nawiązująca do Sienkiewiczowskiego „Potopu”:. Bardzo się bractwom nie podobała, bo wyśmiewała pośrednio rzecz dla nich świętą – kontusz. – – wspomina Jerzy Wypych. Ale to już było. Dziś podkreśla, że się w kontusz ubiera, a nie przebiera.

Bractwo kaliskie ma swoją strzelnicę w samym centrum miasta. To historyczne miejsce. Przed wojną też stała tu strzelnica, otwarta. Teraz została wybudowana z zadaszeniem. Są tu stanowiska na 50 metrów i podnośnik z przechwytywaczem. Specjalnie, by celować do kura. To specyfika polskich bractw, bo w innych krajach strzela się do ptaka często wyobrażonego jako papuga. Ptak jest umowny, przytwierdzony do żerdzi i to ją trzeba przestrzelić. – – mówi Jerzy Wypych. Przekonuje skromnie, że swoje trofeum zdobył kiedyś przypadkiem.

Bracia spotykają się co dwa tygodnie, każda okazja jest dobra, by porozmawiać i postrzelać. Czasem ktoś obchodzi imieniny, czasem w ten sposób hucznie rozpoczynają Wigilię. – – śmieje się. To, co mu się nie podoba, to fakt, że bractwo musi tworzyć klub strzelectwa sportowego, wykazywać się aktywnością i wynikami. Bez tego klub nie mógłby funkcjonować. –

– odpiera zarzuty Eugeniusz Bednarz. Ustawa o broni i amunicji nakłada obowiązki, ale jak przekonuje, wszystkie procedury osobie zorientowanej w temacie zajmą około pół roku. – Taki człowiek przychodzi do nas, odbywa wstępny staż kandydacki. Potem zapisuje się do klubu, odbywa trzymiesięczne szkolenie. Po nim może zdawać egzaminy na patent strzelecki, który jest podstawą do wydania licencji sportowej. Wtedy, mając komplet dokumentów, można złożyć na policji wniosek o uzyskanie pozwolenia na broń.

Ręka ani drgnie

Kiedy powstaną pierwsze strzelnice? Politycy nabrali wody w usta. W sprawie głośno wypowiada się tylko poseł Stanisław Pięta (PiS), znany od lat entuzjasta dostępu do broni i samych strzelnic. Samorządowcy unikają rozmowy na ten temat, boją się, że zostaną obciążeni kosztami, że nie podołają organizacyjnie, że sprawa wywoła niepotrzebne lokalne niepokoje. – mówią z nadzieją dwaj kolejni wójtowie, prosząc o anonimowość.

W debatę zaangażowali się natomiast młodzi partyjni działacze. – – przekonywał Damian Kowalczyk z Forum Młodych PiS.

Dla Kacpra Lawery ze Stowarzyszenia „Młodych Demokratów” sprawa nie jest tak oczywista. Czym innym jest nauka posługiwania się bronią w obronie własnej, a czym innym budowanie na tej podstawie jednego z filarów obronności kraju. I proponuje, by zamiast w strzelanie, inwestować w lekkoatletykę i pływanie. – – odpowiadał mu Jan Strzeżek z Polski Razem. I cytował słowa ministra Romualda Szeremietiewa, że na jednego partyzanta przypada 20 wyszkolonych żołnierzy.

Jest jeszcze pytanie z gatunku elementarnych: czemu w czasach pokoju służy strzelanie? Ci, którzy połknęli bakcyla, przekonują, że to jeden z bardziej spokojnych sportów, pozwalających wyciszyć się, odizolować od świata. Liczą się tylko tarcza, cel i człowiek. Strzelanie uczy pokory, samodyscypliny, panowania nad emocjami i poziomem adrenaliny, który bywa olbrzymi. Podczas międzynarodowych zawodów przeprowadzono kiedyś badania. Okazało się, że zawodniczka, której nie drgnęła ręka, miała tętno bliskie 160!

– opowiada Eugeniusz Bednarz. Zgadza się, że stosunek do strzelania jest sprawą bardzo indywidualną. –

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj