Magdalena Górska to prywatnie żona Tomasza G., który posłem został w 2005 roku i był nim przez trzy kadencje. Jego znakiem rozpoznawczym były agresywne kampanie plakatowe. To dzięki nim - jak pisze Piotr Żytnicki w artykule w poznańskim wydaniu "Gazety Wyborczej" - zdobywał mandat nawet z dalekich miejsc na liście.

Tomasz G. najpierw był związany z PiS, potem z Solidarną Polską. Cztery lata temu zapisał się do partii KORWiN, ale mandatu nie zdobył.

Gdy przestał go chronić immunitet, ruszył proces, w którym Tomasz G. został oskarżony o uczestnictwo w wyłudzeniu 18 kredytów na szkodę banków i firm pośrednictwa kredytowego. Miało do tego dochodzić w latach 1996-99. W sklepach należących do rodziny G. zawierano fikcyjne umowy na ratalną sprzedaż mebli. On sam nie przyznaje się do winy. Kolejne postawione Tomaszowi G. zarzuty dotyczą przekroczenia uprawnień posła oraz wyłudzenia z Kancelarii Sejmu 400 tys. zł. Jak mówi w rozmowie z "Wyborczą" rzecznik wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak z ustaleń wynika, że będąc posłem pobierał pieniądze, które mu się nie należały i przedstawiał nierzetelne dokumenty finansowe. Śledztwo w tej sprawie trwa.

O żonie byłego posła, jak pisze Żytnicki, opinia publiczna usłyszała cztery lata temu. Pod podwoziem samochodu, którym jeździła znaleziono czarną skrzynkę. Podejrzewano, że to bomba. Okazało się jednak, że skrzynka to lokalizator. Zamontował go mężczyzna, któremu Magdalena Górska wpadła w oko na siłowni. Nie miał odwagi się do niej odezwać, ale wiedział, gdzie przebywa. Jak tłumaczył podczas składania zeznań, nie chciał w żaden sposób wykorzystywać tych informacji, a lokalizator chciał zdjąć, ale nie było ku temu okazji.

Górska poza tym, że pracowała w firmie męża, sześć lat temu postanowiła napisać doktorat na poznańskiej AWF. "Wybrane aspekty uczestnictwa w klubach fitness" – tak brzmiał jego tytuł. Jak wyjaśnia anonimowy rozmówca "Gazety Wyborczej", nie wiedziała za bardzo, jak taka praca powinna wyglądać, dlatego jeden z profesorów w "celach poglądowych" przekazał jej egzemplarz doktoratu obronionego na warszawskiej AWF, którego autorką była dr Ewa Stępień. Różnica prac polegała na tym, że oryginał dotyczył klubów we wschodniej Polsce, a Górska pisała o tych, które znajdują się w zachodniej Polsce.

Jak wyjaśnia rozmówca "GW" Górska dopuściła się tzw. plagiatu ukrytego. Oznacza to, że odwzorowała obszerne fragmenty warszawskiego doktoratu za pomocą innych wyrazów, ale oddających dokładnie tę samą treść i konstrukcję wywodu. Nie powołała się też na źródłową pracę. Doktorat potrzebny jej był po to, aby w przyszłości zastąpić prof. Kamilę Wilczyńską, rektora Wyższej Szkoły Handlu i Usług, która skończyła już 90 lat.

Uczelnię przejęła spółka Akademia Kupiecka, a jej prezesem została właśnie Górska. Tomasz G. objął z kolei stanowisko kanclerza uczelni.

W dniu, kiedy kobieta broniła doktorat, rozmówca "Gazety Wyborczej" poinformował dziekana jednego z wydziałów poznańskiej AWF, o podejrzeniu plagiatu. Obrona się odbyła, Górska obroniła pracę, ale rada wydziału do dziś nie nadała jej stopnia doktora. Uczelnia poinformowała o podejrzeniu popełnienia plagiatu poznańską prokuraturę. Eksperci stwierdzili, że taka sytuacja ma miejsce. Tymczasem Górska posługiwała się tytułem doktora.

Za pośrednictwem swojego prawnika poinformowała autora tekstu, że decyzję rady wydziału o zawieszeniu jej przewodu przyjęła ze zdziwieniem, a sama decyzja została podjęta "najprawdopodobniej na podstawie bezpodstawnych oskarżeń". Prawnik podkreśla, że ani promotor, ani recenzenci doktoratu nie dopatrzyli się wcześniej plagiatu. Pytany, dlaczego na swojej uczelni posługiwała się tym tytułem, odpowiedział, że to nie ona, a pracownik szkoły nazwał ją doktorem, bez jej zgody i wiedzy. Uznał to za "przejaw niepotrzebnej nadgorliwości". Dodał, że "pani Magdalena posługiwała się i do teraz posługuje tytułem zawodowym magister".

Promotor doktoratu Górskiej – prof. Aleksander Barinow-Wojewódzki, nie chciał udzielić komentarza w tej sprawie. Stwierdził, że należy poczekać aż sprawa się wyjaśni.