Że nie ma już Wojtyły, nie tylko jedynego w historii papieża Polaka, ale też jednej z najbardziej wpływowych postaci w całej historii Kościoła Powszechnego, dla której podziw można było przekuć w kulturową identyfikację z katolicyzmem. Nie ma już PRL-u, gdzie rządzący, niszcząc wszelką świecką konkurencję, uczynili z Kościoła jedyną realną instytucję życia obywatelskiego i narodowego. Polski Kościół nie ma już swych historycznych liderów, którym wyjątkowa sytuacja oddała w ręcę władzę, jakiej dziś w narodowych kościołach nikt już nie ma.
Jest nawet gorzej. Kościół w istocie nie ma już żadnego przywódcy. Jeszcze dekadę temu miał - prymasa Glempa. Była to pozycja pierwszego spośród równych, jednak odziedziczony po Wyszyńskim tron Glemp umiejętnie wykorzystywał do wzmacniania pozycji Kościoła w relacjach z otoczeniem. Potem doszło do wprowadzenia oddzielnej funkcji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, którym został abp Michalik. Jeszcze później wrócił do Krakowa kardynał Dziwisz, aż wreszcie nastąpił rozdział Gniezna i Warszawy i pojawił się czwarty rozgrywający, arcybiskup Nycz.
Dla Kościoła taka rozproszona struktura władzy nie jest niczym nowym, taka konstrukcja czyni go bardziej elastycznym i lepiej służy celom religijnym. Nie zmienia to faktu, że jako ośrodek siły, którą można wykorzystać na przykład w polityce, Kościół stał się w konsekwencji tej jednej, z pozoru czysto technicznej zmiany, wielokrotnie słabszy, niż to było w ostatnim półwieczu. Ale to nie wszystko, Kościół dzisiejszy nie ma już tego gigantycznego zaplecza, które łączyło go ze światem świeckim, pozwalało lepiej go rozumieć, a zarazem skuteczniej na niego oddziaływać. Nie ma żywych i wpływowych Klubów Inteligencji Katolickiej, nie ma rozpoznawalnych katolickich intelektualistów (a więc związanych z Kościołem i służących mu, a nie tylko wierzących). Oddziaływanie instytucji takich jak KUL jest dziś tylko cieniem tego, jakie miały one kilka dekad temu. W mediach Kościół w zasadzie się nie liczy, istnieje tylko imperium ojca Rydzyka, które dla Kościoła jest bardziej problemem niż źródłem siły. Media drukowane, pozbawione funduszy, nie są dziś w stanie odgrywać tej roli co dawniej. Ani "Tygodnik Powszechny", ani "Fronda". Także Instytut Tertio Millenium po śmierci papieża stracił na znaczeniu.
Ale zmieniło się jeszcze jedno. W latach 90. raczkujące życie partyjne musiało się wspierać na silniejszych od siebie strukturach. Wtedy miało do dyspozycji Kościół albo "Solidarność". Dziś już jest inaczej, żadna partia, nawet prawicowa, nie jest już na Kościół skazana. Klerykalne ponoć PiS mogło sobie pozowolić na wyrzucenie z partii Marka Jurka za to, że domagał się on pełnego zakazu aborcji. I na głosy polskich katolików nie miało to żadnego wpływu. Katoliccy wyborcy poszli za swoimi świeckimi sympatiami, antypatiami czy interesami, a nie za doktryną Kościoła. Co także innych przywódców polskiej prawicy może ośmielić do negocjowania z Kościołem, a nie tylko ulegania mu. Rzecz w tym, że polski Kościół, zupełnie błędnie biorący swą potęgę z przeszłości za realną diagnozę siły dzisiejszej, może się o własnym błędzie dowiedzieć za późno. Kiedy rozgorzeje już wojna pomiędzy nim a tym czy innym fragmentem świeckiego państwa, polityki czy społeczeństwa. I kiedy wyjdzie na jaw, że jest tylko cieniem dawnej potęgi.
Robert Krasowski