Dzisiejszy świat jest daleki od wyobrażeń politologów, którzy po upadku komunizmu wieszczyli globalne zwycięstwo liberalizmu. Marzenia liberałów nie spełniły się. Globalizacja nie doprowadziła do ogólnej demokratyzacji. Dwa spośród trzech najważniejszych dziś wielkich mocarstw - Rosja i Chiny - są państwami autokratycznymi, które ani myślą wprowadzać u siebie demokracji. Co się stanie, jeśli jedyne demokratyczne supermocarstwo, czyli Ameryka, osłabnie na tyle, że straci decydujący wpływ na sprawy świata? Jak wyglądałby wielobiegunowy świat "poamerykański"? O tym rozmawiamy dziś z Robertem Kaganem, jednym z najważniejszych współczesnych znawców spraw międzynarodowych. Jego opinia jest nader jasna. Świat uwolniony spod dominacji Ameryki byłby szalenie niebezpiecznym miejscem. Najważniejszymi aktorami stałyby się w nim dwa autokratyczne reżimy - chiński i rosyjski. Naiwnie łudzą się ci, którzy sądzą, że Europa mogłaby stworzyć dla nich jakąś przeciwwagę. Unia Europejska sama osłabiła w ostatnich latach swoją pozycję. Dziś zarówno Chińczycy, jak i Rosjanie wyrażają się o niej z pewną pogardą. Na szczęście zdaniem Kagana scenariusz upadku Ameryki jest mało prawdopodobny. Nie sprawdziły się przewidywania pesymistów. Porażka w Iraku nie doprowadziła do istotnego osłabienia amerykańskiej potęgi. Dawni sojusznicy - nawet w tak zapalnych regionach jak Bliski Wschód - nie odwrócili się od niej. Jej sytuacja wedle Kagana jest znacznie lepsza niż w czasach zimnej wojny, gdy była nadzieją całego wolnego świata. A póki Stany Zjednoczone zachowują pozycję jedynego rzeczywistego hegemona, póty światowy ład pozostanie w miarę stabilny i bezpieczny.
p
Po pierwsze, mamy dziś do czynienia z powrotem wielkich mocarstw i ich współzawodnictwem. Są to oczywiście Stany Zjednoczone oraz Chiny i Rosja. Ale także nowe potęgi -
Japonia czy Indie. Między tymi wielkimi potęgami nie ma prawie żadnego porozumienia w sprawie politycznych zasad, nie ma żadnej wspólnoty moralnych wartości. Są za to podejrzenia, narastająca
wrogość oraz poczucie, że ewentualne porozumienie budowane będzie na wątłych przesłankach i rozpadnie się przy pierwszym poważnym sprawdzianie. W tym sensie sytuacja jest dokładnie odwrotna
niż pod koniec zimnej wojny. Po drugie, te podziały są najwyraźniejsze tam, gdzie na współzawodnictwo narodowych ambicji nakładają się podziały ideologiczne. Dwie z wielkich światowych
potęg - Rosja i Chiny - to jednocześnie dwa najważniejsze reżimy autokratyczne na świecie. Kraje te całkowicie zaprzeczają podstawowemu paradygmatowi liberalizmu, zgodnie z którym im kraj
jest bogatszy, tym bardziej staje się demokratyczny. Dzieje się raczej odwrotnie - im te kraje są bogatsze, tym mniej jest w nich wolności...
Zawsze miałem kłopot z traktowaniem nauk politycznych poważnie. A dziś mam jeszcze większy, gdy widzę, że współczesne autokracje używają bogactwa przede wszystkim do tego, by utrwalić
swoją władzę. To właśnie dzieje się w Chinach. Tak samo jest w Rosji. Autokraci zawierają pewien układ z ludem. Mówią: "Możecie mieć wzrost poziomu życia, możecie dostawać
coraz więcej. Trzymajcie się tylko z dala od polityki! Bo jeśli wetkniecie nosy w politykę, my te nosy po prostu złamiemy". Zarówno w Chinach, jak i w Rosji większość akceptuje taki
układ. W Chinach, bo tam nigdy nie było demokracji. A w Rosji - bo lata 90. są postrzegane jako okres chaosu, a Jelcyn jako skrajny nieudacznik. Tymczasem dziś wraz ze wzrostem cen ropy i gazu
jest znacznie więcej pieniędzy. A Rosja ma znowu poczucie bycia wielką na scenie międzynarodowej. Odzyskuje utraconą godność, dumę... I to jest dla Rosjan moim zdaniem najważniejsze.
Niektórzy twierdzą, że wszystko sprowadza się do interesów. Zapominają, że odzyskana duma całkowicie zmienia postrzeganie własnego interesu. Weźmy politykę zagraniczną. Rosja za Kozyriewa
miała całkowicie inny zestaw interesów - najistotniejsza była integracja z Zachodem i liberalizacja ekonomiczna.
Właśnie. Putin całkowicie to zmienił i wrócił do bardziej tradycyjnego rozumienia rosyjskich interesów. Zaczął znowu rozumować kategoriami takimi jak strefa wpływów czy potęga
dominująca dyktująca warunki w pewnym regionie. Rosja była dominującą potęgą w przeszłości i ma się nią stać także teraz. To jest przecież powód, dla którego Putin jest tak
niezadowolony z niepodległości Gruzji czy Ukrainy. Podobnie nie podoba mu się przynależność krajów bałtyckich do NATO. Zresztą w odniesieniu do wszystkich krajów, które należały niegdyś
do sfery sowieckiej, a dziś należą do NATO, Putin chce mieć możliwość zablokowania strategicznych decyzji. Taki jest np. jedyny sens sporu wokół tarczy antyrakietowej. Rosja przecież nie
boi się, że to mało znaczące przedsięwzięcie w Polsce i Czechach zagrozi potencjałowi nuklearnemu Moskwy, ograniczy znacząco rosyjską siłę uderzeniową. O nic takiego tutaj nie chodzi.
Zresztą Putin powiedział Zachodowi bardzo wyraźnie: "Zbudujcie sobie tę tarczę we Francji albo we Włoszech, wybudujcie ją sobie, gdzie tylko chcecie, ale nie umieszczajcie jej w
Polsce ani w Czechach".
Często dziś słyszymy: "Nie jest już tak, jak za czasów sowieckich, jest znacznie lepiej". Tylko że totalitaryzm wcale nie powinien stanowić głównego punktu odniesienia.
Wydaje mi się, że czasy zimnej wojny przesłoniły nam fakt, iż najistotniejszy konflikt ideologiczny nowoczesności to wcale nie walka kapitalizmu z komunizmem, lecz walka autokracji z
liberalizmem. To była kwestia, która skłóciła Stany Zjednoczone i znaczną część Europy pod koniec XVIII wieku. A w XIX i XX wieku był to podstawowy konflikt w samej Europie. Wielu ludzi
uważa, że przywódcy rosyjscy czy chińscy w nic nie wierzą, że nie reprezentują żadnej ideologii. To nieprawda - oni po prostu wyznają pogląd, że autokracja jest dla ich krajów lepsza od
demokracji, ponieważ gwarantuje stabilizację i warunki umożliwiające tworzenie bogactwa. Monarchie europejskie w XVIII czy XIX wieku podobnie gardziły demokracją jako ustrojem, w którym rządy
sprawuje pozbawiona wszelkich zasad hołota zaślepiona żądzą pieniądza.
Na dodatek boją się, że rezultatem demokratycznych zmian będzie rozpad Chin. W wypadku Rosji co najmniej od 200 lat słyszymy argument, że demokracja osłabia ten kraj. Putinowska teoria tzw.
suwerennej demokracji, która z prawdziwą demokracją nie ma nic wspólnego, nadaje temu argumentowi pewną ideologiczną spójność: Rosja musi być silna na swoim terenie, aby dzięki temu mogła
być silna za granicą. Rosja musi być silna za granicą, aby dzięki temu bronić się przed interwencjami liberałów na jej własnym terenie. Kiedy słyszymy, jak Putin mówi, że nie pozwoli na
żadną pomarańczową rewolucję w Rosji, że nie zgodzi się, by szakale wspierane przez Zachód mieszały się w wewnętrzne sprawy jego kraju, mamy ochotę pękać ze śmiechu. Tak naprawdę zaś
powinniśmy go brać wyłącznie na serio.
To prawda, mam wrażenie, że Putinowi bardzo podoba się chiński model...
Tak. Chińczycy mają do dyspozycji niezwykle zdyscyplinowaną partię. To właśnie dzięki temu tak dobrze sobie radzą z sytuacjami kryzysowymi. Tymczasem w Rosji istnieje problem sukcesji, który
wszystko zdominował. Nie jestem przekonany, czy Putin poradzi sobie z nim aż tak łatwo. Ponieważ będzie mu bardzo trudno cofnąć się do miejsca, w którym są Chińczycy. On dopiero dokonuje
rekonstrukcji monopartii, a Pekin już ją ma.
Podstawowa różnica polega na tym, że te staroświeckie autokracje funkcjonują w otoczeniu nowoczesnej gospodarki. Po zakończeniu zimnej wojny stworzono model, który można nazwać paradygmatem
globalizacyjnym. Z grubsza sprowadza się on do założenia, że jeśli państwo ma sobie dobrze radzić w zglobalizowanej gospodarce, musi przystać na penetrację swego terenu przez organizmy
międzynarodowe, takie jak np. Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Musi grać zgodnie z pewnymi regułami. Tymczasem dzisiejsze autokracje tego nie robią. Zastanawiają się, w jaki sposób czerpać
zyski ze zglobalizowanej gospodarki - i robią to skutecznie. A jednocześnie nie pozwalają na to, by globalna ekonomia przeniknęła na ich teren i podważyła ich panowanie w jakikolwiek sposób.
Doskonale widać to choćby w relacjach Rosji z Europą. Rosja może sobie inwestować w Europie, kiedy tylko zechce. Natomiast Europa nie ma prawa inwestowania w Rosji.
Po roku 1989 obwieszczono nam, że świat wszedł w całkowicie nową erę: liberalne demokracje odniosły triumf jako pewna idea, kapitalizm rynkowy zatriumfował jako system gospodarczy.
Przeoczyliśmy jednak fakt, że ten triumf wynikał z tego, iż największe potęgi były liberalnymi, wolnorynkowymi demokracjami. Co się wydarzy, jeśli największe potęgi będą autokracjami? W
latach 20. czy 30. faszyzm triumfował. Dlaczego? Ponieważ obserwując Niemcy i Hiszpanię, mówiono: "Zróbmy to samo!". To w ten sposób faszyzm podbił Europę i Amerykę
Łacińską. Kiedy Związek Sowiecki był silny, powszechnie uważano, że komunizm jest czymś, co należy naśladować. A potem komunizm upadł - i nikt już nie marzy o rewolucjach. To działa w
ten sposób. Triumf systemu politycznego jest w ogromnym stopniu także efektem jego dominacji w tym czy innym regionie świata. Nie wygrywa się tylko dlatego, że jest się najlepszym. A wracając
do pańskiego pytania - w pewnych przypadkach mamy do czynienia z bardzo bliską współpracą. Oczywiście nie w odniesieniu do wszystkiego. Np. interesy geopolityczne mogą być całkowicie
rozbieżne - tak jest w przypadku Rosji i Chin...
Jednocześnie w bardzo wielu istotnych sprawach autokracje zgadzają się ze sobą. A to, w czym zgadzają się najbardziej, to pragnienie, by uczynić świat miejscem bezpiecznym dla wszystkich
autokracji. Od końca zimnej wojny wspólnota liberalnych demokracji próbuje ukształtować świat na swe własne podobieństwo. A to ukształtowanie świata ma wielki wpływ na sprawy związane z
suwerennością państw.
I nie ma nic zaskakującego w tym, że Chiny i Rosja są dziś czołowymi obrońcami porządku westfalskiego, ponieważ podkreśla on nienaruszalną suwerenność wszystkich państw. To, co w oczach
liberalnego Zachodu jest interwencją humanitarną, politycy w Moskwie czy Pekinie zawsze postrzegają jako działanie nielegalne czy jako okupację. Rosja i Chiny nie chcą głosić autokratycznej
ewangelii ani uruchomić na całym świecie autokratycznej rewolucji. Wychodzą jedynie z założenia, że im więcej autokracji, tym mniejsza izolacja Moskwy czy Pekinu na scenie międzynarodowej.
Chiny i Rosja wspierają dyktatorów na Białorusi, w Uzbekistanie, Zimbabwe czy Birmie. Można te działania tłumaczyć jako rezultat wąsko rozumianych materialnych interesów - Chiny potrzebują
ropy z Sudanu i Iranu, Rosja dostaje setki milionów dolarów za broń i reaktory jądrowe. Ale to nie wszystko. Jak niegdyś tłumaczył ambasador Chin przy NATO: "My zawsze mamy pewien
problem z międzynarodowymi sankcjami". Chiny i Rosja chciałyby pozbawić międzynarodową wspólnotę wszelkiej możliwości działania. Kiedy świat oznajmia: "Zróbmy coś z
Birmą", Chińczycy udają, że się tym nie przejmują, ale tak naprawdę zrobią wszystko, by zastopować wszelkie działania, ponieważ rząd w Birmie postępuje tak, jak jeszcze niedawno
postępowali Chińczycy. Spójrzmy na Radę Bezpieczeństwa ONZ - podstawowy fakt jest taki, że gdy pojawia się kwestia międzynarodowej interwencji, po jednej stronie sporu mamy demokracje, a po
drugiej autokracje. Przyszłość będzie obfitowała w podobne konflikty. Nie bądźmy zaskoczeni, jeśli w końcu powstanie coś w rodzaju nieformalnej ligi dyktatorów wspieranej przez Moskwę i
Pekin. Powstaje pytanie: co zrobią Europa i Ameryka, aby temu wszystkiemu zapobiec?
Jest coś jeszcze. Dominacja Ameryki w świecie nie jest w żadnym razie wypadkową miłości do mojego kraju. Wynika ona z podstawowej struktury systemu międzynarodowego. Problem każdego państwa,
które usiłuje zrównoważyć amerykańską potęgę, nawet w swoim własnym regionie, polega na tym, że sąsiednie narody wpadają w popłoch i robią wszystko, by osłabić rodzącą się
potęgę. Chiny są otoczone przez kraje, które bardziej boją się Chin niż USA. To dlatego Japonia i USA mają coraz bliższe stosunki wojskowe. To dlatego po raz pierwszy w historii Indie i USA
zbliżyły się do siebie. Symbolem tych zmian były wspólne manewry sił morskich USA, Japonii, Australii, Indii oraz Singapuru we wrześniu 2007 roku w Zatoce Bengalskiej. Chiny postrzegały te
manewry jako manifestację siły skierowaną przeciwko nim. I moim zdaniem wcale się nie myliły. Tak więc wbrew temu, co mówili politolodzy, na świecie wcale nie widzimy prób równoważenia
amerykańskiej potęgi. Jak na razie widzimy próby równoważenia innych potęg.
Konflikt między autokracjami i demokracjami jest coraz wyraźniejszy. Moja przepowiednia sprowadza się do tego, że im bardziej ten konflikt będzie się zaostrzał, tym bardziej Ameryka i Europa
będą zbliżać się do siebie. Mimo to, że Amerykanie są z Marsa, a Europejczycy z Wenus, jak kiedyś napisałem... Będziemy obserwować wspólne próby równoważenia chińskich wpływów w
Azji i rosyjskich w Europie.
Europa usiłuje przekształcić się w to, co Robert Cooper nazwał potęgą XXI wieku. Czyli uwolnić się od tradycyjnego pojmowania siły, tradycyjnego pojmowania geopolityki. Minimalizować
znaczenie środków militarnych i opierać się przede wszystkim na prawie międzynarodowym. Europa chce być postnowoczesną jednostką polityczną XXI wieku. A jednocześnie - wbrew wszelkim
oczekiwaniom - znalazła się obok XIX-wiecznej potęgi, jaką jest Rosja. I nie ma na razie żadnych predyspozycji, by sobie z tym poradzić. Nie mówię tylko o kwestiach militarnych - bo jest
całkowicie jasne, że Europa nie ma tu żadnych szans. Ale nawet w kwestiach, w których miała być dobra, wcale nie jest dobra. Weźmy problem energetyczny. Rosja jest tutaj wielkim aktorem
zdolnym do używania energii strategicznie, geopolitycznie i ekonomicznie. Europa nie ma żadnej możliwości, by odpowiedzieć w podobny sposób.
Znam tę odpowiedź od dawna. Tak naprawdę Europejczycy sami nie wierzą w to, co mówią. Gdy rozmawia pan z europejskimi oficjelami prywatnie, po godzinach, i mówi im pan, że powinni być
bardziej stanowczy w relacjach z Rosją w Gruzji czy Kosowie, odpowiedź zawsze brzmi tak samo: "Ale my nic nie możemy zrobić. Potrzebujemy rosyjskiej ropy i gazu". Prawda jest
taka, że Europa jest absolutnie niezdolna do udzielenia jakiejkolwiek nauczki Rosji. Komisarz Unii Europejskiej ds. handlu Peter Mandelson powiedział to nawet publicznie: "Żaden kraj na
świecie nie obnaża ekonomicznych słabości Europy w tym samym stopniu, co Rosja". Krótko mówiąc, Unia wie, że ma problem. Ale jednocześnie nie wie, co z tym problemem zrobić.
Dlatego za każdym razem, gdy Rosja naciska na Estonię czy Polskę i jeden z tych krajów pyta: "Europo, czy mnie obronisz?", Europa odpowiada: "Przestańcie stwarzać
problemy!".
W pewnym wymiarze to już się dokonuje. Związki krajów Europy Środkowo-Wschodniej z Ameryką są podobne do tych, jakie ma z USA Japonia. Kiedy Rosja staje się groźna, kraje te nie spoglądają
w stronę Francji, tylko w stronę USA.
Putin robi jedną rzecz bardzo dobrze - sprawia, że wszyscy stają się nerwowi. Chińczycy starają się być ostrożni i obojętne, co by robili, podkreślają: "Bądźcie spokojni,
bądźcie spokojni. My nie chcemy żadnych kłopotów". Natomiast Putin nic, tylko grozi i szantażuje. To się kiedyś obróci przeciwko niemu, także w Europie Zachodniej. Po drugie,
Europa musi w końcu przetrawić ten wschodni problem. Jest więcej niż prawdopodobne, że w Brukseli nawet nie zauważono, iż wejście Polski i innych krajów do Unii Europejskiej spowoduje
napięcia w relacjach z Rosją. Na dodatek UE chce we wszystkim widzieć przedmiot handlu i negocjacji. Czyli: dajemy Polsce subsydia, a w zamian Polska przestaje się martwić Rosją. Tylko że nie
wszystko jest wymienialne. To nie działa - nie sposób po prostu przestać się przejmować niebezpiecznymi sąsiadami. Krótko mówiąc, Europa nie miała żadnej ochoty na problem wschodni.
Jednocześnie nowe kraje członkowskie wciągną ją w końcu w coraz bardziej konfliktowe relacje z Moskwą. I wreszcie - nic nie wskazuje na razie na to, by USA miały się wycofać z Europy.
Jednak Europejczycy muszą zakładać, że to się kiedyś zdarzy. Oznaczałoby to, że Rosja przyjmie jeszcze bardziej konfrontacyjną postawę wobec sąsiednich państw. Wyznawcy realizmu
twierdzili, że upadek Związku Sowieckiego oznacza koniec możliwości konfrontacji między Rosją i Zachodem. Jednak historia przekonuje o czymś zupełnie innym - konflikty zbrojne w Europie z
udziałem Rosji są możliwe także bez sowieckiego komunizmu.
To złudzenie. Jestem przekonany, że świat wielobiegunowy będzie po prostu bardziej niebezpieczny od świata, w którym dominuje Ameryka. Dzisiejszemu porządkowi oczywiście daleko do
doskonałości i nie ma żadnej gwarancji, że nie wybuchną konflikty pomiędzy wielkimi potęgami. Może dojść do wojny między Chinami a Tajwanem, która wciągnie zarówno USA, jak i Japonię.
Może dojść do wojny między Rosją a Gruzją - co zmusi USA i Europę do decyzji: albo interweniujemy, albo ponosimy konsekwencje rosyjskiego zwycięstwa. Możliwy jest też konflikt między
Indiami i Pakistanem czy też między Iranem a Izraelem. Cokolwiek Ameryka by zrobiła, nie można tym wojnom zaradzić. Jednak jeśli Ameryka osłabnie - lub wycofa się ze swoich pozycji
strategicznych - te konflikty staną się jeszcze bardziej prawdopodobne. Ci, którzy uważają, że większa równość między państwami byłaby korzystniejsza od amerykańskiej dominacji,
popełniają błąd w rozumowaniu. Są przekonani, że w świecie wielobiegunowym te elementy porządku międzynarodowego, które im się podobają, pozostałyby niezmienione. To bzdura. Dzisiejszy
porządek nie opiera się na ideach, lecz na układzie sił. Czy świat, w którym Rosja, Chiny i Indie miałyby więcej do powiedzenia, byłby światem lepszym, kochanym przez liberałów? Szczerze
w to wątpię.
Żyjemy w świecie, gdzie liczą się Waszyngton, Pekin i Moskwa. Europa sama się osłabiła i tym samym stała się znacznie mniej atrakcyjna. Obawiam się, że wszystkie wielkie potęgi mają
dziś dla Europy pewien stopień pogardy. Nie sposób tego nie dostrzec, gdy Rosjanie czy Chińczycy mówią o Europie. Nawet Hindusi czują to samo. Europejczycy często podkreślają, że są
zaniepokojeni wzrostem amerykańskiej potęgi. Ale przecież ich niepokój ma charakter czysto teoretyczny. Nikt się tutaj nie obawia, że Ameryka dokona inwazji na Europę. Prawdziwy powód, dla
którego Europejczycy tak nie lubią Ameryki, sprowadza się do tego, że wszyscy wyobrażali sobie, że żyjemy w nowej erze, w epoce międzynarodowej harmonii. A jeżeli żyjemy w epoce harmonii,
to kto sprawia kłopoty? Oczywiście Amerykanie. Tylko że my wcale nie żyjemy w epoce międzynarodowej harmonii, tylko w epoce tradycyjnego współzawodnictwa potęg. Ludzie są na razie wściekli
na Busha, ale gdy Bush sobie pójdzie, pozostaną zarówno Putin, jak i Komunistyczna Partia Chin. Oraz Ahmadineżad. Będzie trwał dżihad. Czy Europejczycy będą nadal myśleć, że to Ameryka
jest największym problemem? Bez żartów. Zresztą już dzisiaj relacje Europy z Ameryką są dobre. Sarkozy zastąpił Chiraca, a Merkel Schrödera. W Wielkiej Brytanii mamy Browna. To nie tu jest
kłopot. Prawdziwe pytanie sprowadza się raczej do tego, czym jest Europa i jakie są jej możliwości działania. Często słyszę, że Unia potrzebuje 25 lat, by się odpowiednio rozwinąć. Wtedy
pytam: "Czy wy naprawdę myślicie, że świat da wam 25 lat?".
W Europie wszyscy zakładają, że zmieni się wszystko. To złudzenie. Tak naprawdę nie ma dziś w Ameryce zasadniczej niezgody między obozem Busha i anty-Busha. Nikt nie zadaje pytań w rodzaju:
"A może w ogóle nie powinniśmy stosować siły?". Ameryka wydaje dziś 500 mld euro na armię. I wszyscy zakładają, że to jest właściwa ilość pieniędzy. Czasem mówi
się, że powinno się wydawać więcej na siły lądowe. Ale na Boga, co robią siły lądowe? Okupują inne kraje... W Europie sformułowanie "wojna z terroryzmem" jest na
cenzurowanym. W Ameryce, jeśli jest się kandydatem na prezydenta, nie wolno go nie używać. Co więcej, trzeba podkreślać: "Będę twardszy od Busha w wojnie z terroryzmem!". A
jeśli jest się Barackiem Obamą, to można jeszcze dorzucić: "Wyślę amerykańskie wojska do Pakistanu". Czy to jest pozycja liberalnej lewicy? Wolne żarty. To, że Bush
odejdzie, sprawi, że wielu ludzi poczuje się lepiej i z dnia na dzień dojdzie do wniosku, iż Ameryka jest w porządku. Krótko mówiąc: po Bushu będziemy mieli nowego prezydenta. Wątpię
natomiast, czy będziemy mieli nową politykę zagraniczną.
Pewne rzeczy się zmienią - np. prawdopodobnie rozpoczną się negocjacje z Iranem. Zresztą moim zdaniem Bush powinien je rozpocząć już teraz. Natomiast amerykańska polityka zagraniczna się
nie zmieni. Ameryka od końca zimnej wojny wysyłała swoje wojska dobrych kilka razy, aby interweniowały za granicą. Bush senior interweniował w Panamie, Iraku i Somalii. Clinton w Bośni,
Kosowie i na Haiti. Stany interweniowały częściej po zakończeniu zimnej wojny niż w jej trakcie. Moim zdaniem są dwie rzeczy, które stanowią o ciągłości amerykańskiej polityki - i jeżeli
ta polityka ma ulec zmianie, przynajmniej jeden z tych elementów należałoby wyeliminować. Pierwszy to przekonanie, że Ameryka może używać siły w odniesieniu do innych narodów. Drugi to
przekonanie, że Ameryka powinna odgrywać specjalną rolę w świecie. I żaden z kandydatów nie mówi, że nie będziemy używać siły ani że nie będziemy urządzać świata na nasze
podobieństwo. To jest trwała postawa Ameryki przynajmniej od II wojny światowej. I co więcej, moim zdaniem Ameryka nie może stać się normalnym narodem - bo dążenie do zmiany ładu
światowego jest niejako zakorzenione w naszym DNA. Ekspansjonizm, brutalność, skłonność do ingerowania w sprawy innych oraz dążenie do hegemonii to nie są wypaczenia amerykańskiego
charakteru narodowego. To jego najistotniejsze cechy. Nie zawsze kierował nami altruizm, czasem szliśmy za daleko. Ale nie można powiedzieć, że za sukcesy odpowiada dobra Ameryka, a za porażki
zła. Wszystko było dziełem tej samej Ameryki kierowanej ambicją i chęcią wykorzystywania swojej władzy.
To jest to, o czym mówiłem - Obama podkreśla, że nie powinniśmy nikomu ustępować naszego przywództwa na świecie. Zachowuje się jak John Kennedy. Nie uważa, że mieszaliśmy się za bardzo
w sprawy tego świata, uważa, że mieszaliśmy się za mało. Nie mówi, że powinniśmy unikać stosowania siły, mówi, że możemy ją stosować także wtedy, gdy zagrożone są nasze istotne
interesy. Jest w pewnych sprawach naiwny - np. wierzy, że cały świat z wytęsknieniem oczekuje na amerykańskie przywództwo. A w innych sprawach zachowuje się niejasno - zwlekał np. z
odpowiedzią, czy Ameryka powinna użyć siły w razie kolejnego ataku terrorystycznego. Ale generalnie to, co mówi, bardzo mi się podoba.
Bush popełnił wiele pomyłek. Gdybym miał podsumować jego prezydenturę, powiedziałbym, że historia sobie z niego zakpiła. Ironia sprowadza się do tego, że Bush na początku zapowiadał, iż
nie chce odgrywać tak wielkiej roli w świecie jak administracja Clintona. Chce być bardziej skromny, trochę się wycofać. A potem nagle zdarzył się 11 września. I ludzie Busha nie mieli
przygotowanego gruntu. Nie mieli dobrych relacji zagranicznych, nie rozumieli wrażliwości innych krajów. Zostali złapani w pułapkę własnych oczekiwań, założeń, które okazały się
całkowicie błędne.
To jest rzeczywiście wielki błąd. Bush nie zrozumiał, że w kwestiach międzynarodowych koniec zimnej wojny był znacznie ważniejszy niż 11 września. Al-Kaida może spowodować ogromne straty,
ale to nie jest siła, która zmieni oblicze świata. Świat będzie formowany przez współzawodnictwo wielkich potęg, a nie przez ludzi, którzy koczują w górach na pograniczu Pakistanu i
Afganistanu. I marzą o przywróceniu bogobojnej przeszłości, która nigdy nie powróci. Konflikt między tradycjonalizmem a modernizacją stanowi jedynie tło międzynarodowej sceny. Oczywiście
Amerykanie musieli coś zrobić, bo trzeba coś robić, gdy ktoś może odpalić bombę atomową w Nowym Jorku (Europejczycy są tu wielkimi hipokrytami, ponieważ oficjalnie głoszą, że terroryzm
nie ma żadnego znaczenia, podczas gdy nieoficjalnie ich służby specjalne nie zajmują się niczym innym). Nie można stać z założonymi rękami, ale jednocześnie paradygmatem amerykańskiej
polityki zagranicznej nie może być wojna z terrorem. Zresztą tego nikt na świecie nie rozumie.
W niecałe sześć lat po klęsce w Wietnamie wybrano Reagana. Ponieważ obiecywał przywrócenie amerykańskiej siły militarnej i zaangażowanie w wyścig zbrojeń ze Związkiem Sowieckim. Krótko
mówiąc, klęski w polityce zagranicznej nie muszą wcale prowadzić do utraty dominacji. Superpotęga może przegrać wojnę - w Wietnamie czy Iraku - ale nie przestanie być superpotęgą, jeśli
znacząco nie zmieni się międzynarodowy układ sił. Już teraz widać, że wojna w Iraku nie przyniosła rezultatów oczekiwanych przez zwolenników tezy o upadku Ameryki. Nie widać żadnej
znaczącej zmiany. Amerykańskie alianse w Azji nie zostały osłabione przez Irak - wręcz przeciwnie, są lepsze. W Europie wszystko wraca do normy. Nawet na Bliskim Wschodzie, gdzie sytuacja jest
zdecydowanie najgorsza, kraje, które niegdyś wspierały Amerykę, nadal ją wspierają. Hamasowi ani Hezbollahowi nie udało się doprowadzić do rewolucji. Syria i Iran są dość odizolowane.
Sytuacja jest znacznie lepsza niż w czasach zimnej wojny, gdy np. Egipt, kraj bardzo ważny, nagle zmienił stronę i i zaczął iść w jednym szeregu z Sowietami. I gdy panarabski nacjonalizm
sprawił, że wiele krajów obróciło się przeciwko USA. Rok 1979 był pod tym względem katastrofalny - Iran, który stanowił podporę amerykańskiej pozycji strategicznej, nagle stał się
przodującą antyamerykańską siłą na świecie. Irak nie doprowadził do niczego porównywalnego. Wiem, że wszystkie badania opinii publicznej wskazują na to, że ludzie nienawidzą Ameryki. Ale
ja patrzę na to, co robią rządy. A one chcą być nadal blisko Stanów. Tak więc wszystko jest w porządku.
p
, ur. 1958, amerykański politolog, publicysta, jeden z najbardziej wpływowych analityków spraw międzynarodowych. Niegdyś bliski obozowi neokonserwatywnemu, dziś jest doradcą prezydenckiego kandydata Republikanów Johna McCaina. Pracuje jako ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 195 z 29 grudnia ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Czas zacząć rozmawiać z Iranem".