Dziennik Gazeta Prawana logo

Cały czas chciał służyć Polsce

6 lutego 2008, 00:16
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Cały czas chciał służyć Polsce
Inne
Meller mógł zrobić karierę we Francji, w której się urodził. Dostał tam nagrody akademickie i najwyższe francuskie odznaczenia naukowe, Legię Honorową. Jako znakomity historyk zrobiłby także karierę w USA. Miał jednak polskie poczucie obowiązku. Kiedy podał się do dymisji z rządu, to nie podał się do dymisji ze służby Polsce - wspomina w rozmowie z DZIENNIKIEM Michał Komar, krytyk literacki i pisarz.

Nie myślałem, że to będzie jego ostatnia publikacja. Pomysł książki to dzieło pani Ewy Osińskiej, towarzyszki życia Stefana Mellera, znakomitej pianistki i świetnej czytelniczki. Widząc, że Stefan jest znękany terapią - nieprzyjemną i dokuczliwą terapią - i że straszliwie się nudzi chorowaniem, zaproponowała, byśmy stworzyli książkę. Wystartowaliśmy wiosną 2007, znalazł się też wydawca, pan Andrzej Rosner. Zaczęliśmy nagrywać nasze długie rozmowy.

U Stefana w domu, ale potem również w szpitalu. Podczas tych spotkań Stefan parzył sobie kawę w małym ekspresiku, z zachowaniem niesłychanego ceremoniału. Uwielbiał kawę, był prawdziwym smakoszem. Siedzieliśmy po kilka godzin, paliliśmy papierosy i rozmawialiśmy. Od czasu do czasu on bladł z bólu. Po chwili uśmiechał się i jechaliśmy dalej. Potem przyszedł czas redagowania, Stefan wprowadzał poprawki. Wydawało się, że ta choroba zostanie opanowana. Cieszyliśmy się już wszyscy na spotkania promocyjne, na te rozmowy, anegdoty, dowcipy. Ale życie poszło w innym kierunku, nagle z dnia na dzień okazywało się, że choroba postępuje. Stefan widział wydrukowany pierwszy tom. Był zadowolony, uśmiechał się.

Nie, skąd! Był fantastycznym słuchaczem i człowiekiem z ogromnym poczuciem humoru. Ludzie z prawdziwym poczuciem humoru lubią słuchać, np. gdy ktoś inny opowiada dowcipy. On chętnie słuchał, ale i sam opowiadał fantastycznie.

Tak, znaliśmy się ponad 40 lat. Był moim starszym kolegą i - jak mniemam - także przyjacielem.

Był kimś więcej. Był prawdziwym ambasadorem polskiej kultury w świecie. Miał gigantyczną wiedzę o historii Polski, o politycznych i cywilizacyjnych kontekstach światowych i europejskich. Patrzył na kulturę polską z ogromnej perspektywy rozjaśniającej znaczenie zdarzeń. Umiał zaciekawić ludzi, których wiedza o polskiej kulturze była niewielka, i czynił z niej dla nich tak atrakcyjną przestrzeń, że sami się do niego garnęli. Ja go widziałem w akcji i w Paryżu, gdzie przyciągał do ambasady rzeczywiście międzynarodową elitę elit, i w Moskwie. Kto bywał w ambasadzie, kto chciał lubić Polskę, dzięki Mellerowi dostawał szansę jej poznania. On był nie tylko wybitnym dyplomatą, wielkim przedstawicielem Polski, ale także historykiem i wspaniałym tłumaczem. A tłumaczenie jest rzemiosłem arcytrudnym. W tłumaczeniu trzeba wejść w cudze buty: zrozumieć cudzą wrażliwość i cudzy świat, żeby potem przełożyć je na doświadczenie własne i czytelnika. Był też poetą, był wreszcie wspaniałym wykładowcą.

Teatr oczywiście. On w teatrze widział instytucję działania publicznego. Fascynował go Teatr Bogusławskiego, który odgrywał tak ogromną rolę w polskich dziejach, ale też teatr rewolucji francuskiej. Nieprzypadkowo Stefan został prorektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. On był wspaniałym widzem teatru, ale widział też spektakl toczący się na scenie politycznej, poszczególne role, całą dramaturgię. Kochał muzykę klasyczną i naprawdę ją rozumiał. W końcu był też poetą, a prawdziwa poezja zawsze idzie w parze z muzyką.

Umiał odczytać każdy niuans w geście aktora, w intonacji i aktorzy o tym wiedzieli. Miał dużą czułość, wrażliwość i wiedzę, które pozwalały mu rozumieć tę sztukę.

Ale kiedy polityka schodziła poniżej pewnego poziomu, umiał z niej zrezygnować (Stefan Meller złożył dymisję z funkcji ministra spraw zagranicznych po zawiązaniu przez PiS koalicji z Samoobroną - przyp. red.). Polityka nigdy nie zawładnęła nim na tyle, by trwać w niej mimo budzącego się niesmaku.

To nie w tych kategoriach. Stefan, nawet będąc bardzo ciężko chory, pracował nad wielkim projektem edukacyjnym dla młodzieży polskiej i młodzieży dawnych republik sowieckich. Miał on polegać na stworzeniu dla nich poza Warszawą uczelni wyższej. Pewnie gdyby doszedł do skutku, dałby Polsce bardzo dużo. Tak więc Stefan cały czas chciał coś zrobić. Chorując, nie miał poczucia, że coś się skończyło i pora już na poczucie spełnienia.

Daj Boże, że się znajdą kontynuatorzy, ale to nie takie łatwe. Stefan miał znakomite relacje w obrębie Trójkąta Weimarskiego, spodziewał się, że stamtąd otrzyma dla swojego projektu pomoc. Do tego potrzeba było jego autorytetu i szacunku, jaki miał u partnerów w Unii Europejskiej. Takich ludzi nie ma wielu.

Na pewno go interesowała. Niesłychanie dokładnie bardzo wcześnie rano czytał codzienną prasę. Polityka złościła go w takim samym stopniu, jak złości większość z nas: niezręczności niektórych urzędników, partyjna agresja, niekiedy po prostu głupota. Ale Stefan wciąż i mimo wszystko szukał dróg do pozytywnego rozwiązywania spraw. Był człowiekiem na tak.

Dla niektórych z pewnością. Zwłaszcza kiedy napisał w "Rzeczpospolitej" niesłychanie interesujący esej o filozofii dyplomacji. Potem wygłosił te tezy w swoim expose w Sejmie. To były niezwykle mądre słowa o polityce zagranicznej, która nie może być polityką dojutrkiewiczowską, planowaną z dnia na dzień. Mówił o długofalowym wypracowywaniu myśli strategicznej, która zbuduje Polsce przyjazne środowisko międzynarodowe. I słowa Stefana nie były dobrze rozumiane.

U niego to możliwe. Od 1993 r. to był jego zawód.

Raczej urzędnik państwowy, oddany służbie. Ktoś więcej niż dyplomata.

To była jego ojczyzna, związał się z nią całym swoim istnieniem. Oczywiście, mógł zrobić karierę we Francji, w której się urodził. Był tam odznaczony za książkę o ludobójstwie w Wandei w okresie rewolucji francuskiej. Uzyskał nagrody akademickie i najwyższe francuskie odznaczenia naukowe, wreszcie Legię Honorową. Ale on jako znakomity historyk zrobiłby także karierę w Stanach Zjednoczonych. Miał jednak polskie poczucie obowiązku. Kiedy podał się do dymisji z rządu, to nie podał się do dymisji ze służby Polsce.

Chciał pojechać na wakacje. On bardzo lubił wędrować tak, jak to robi historyk i prawdziwy turysta. Czuć zapach ziemi, smak wina, kosztować jedzenie, powiedziałbym: obcować z barwą świata. Cieszyć się nią.

Chyba do Włoch, do Toskanii. Tam wino, słońce, uśmiechnięci ludzie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj