Polityczna sytuacja w Rosji wydaje się ustabilizowana. Przyszły prezydent został już de facto wybrany - wybory będą jedynie formalnością. Opozycja nie odgrywa żadnej roli. Media są niemal całkowicie pod kontrolą władzy. Czy system stworzony przez Władimira Putina jest więc monolitem nie do ruszenia? Tak sądzi jeden z najważniejszych kremlowskich doradców Siergiej Markow. Rozmowa z nim przypomina chwilami teatrzyk absurdu. Jak wtedy, gdy porównuje putinowską Jedyną Rosję do "Solidarności" z 1989 roku. Albo kiedy poucza polskich czytelników na temat niedociągnięć naszej demokracji... Ale nie warto szydzić z jego argumentów. Należałoby raczej dostrzec w nich symptom przemyślnej politycznej strategii Kremla. Polega ona, po pierwsze, na wmawianiu Zachodowi, że rosyjski ustrój jest zupełnie normalną demokracją, tyle że... nieco inną niż w państwach zachodnich. Odzwierciedla rosyjską specyfikę - fakt, że Rosja wychodzi z głębokiego kryzysu lat 90. Po drugie, w argumentacji Markowa widać chęć rozbicia Zachodu, oddzielenia Unii Europejskiej od Ameryki. Unia to ewentualny strategiczny partner, zaś USA to bezwzględny przeciwnik uzależniający od siebie kolejne kraje, w tym także Polskę. Zimnowojenny sposób myślenia wyraźnie przebija ze słów Markowa, choć o zimnowojenne zapędy oskarża on jednocześnie zachodnie media. I jeszcze jedno. Brutalny sposób wypowiadania się o Polsce powinien dać polskiemu czytelnikowi dużo do myślenia. Rosja nie traktowała i nie traktuje naszego kraju jako partnera. Dla niej jesteśmy tylko elementem rozgrywki z USA i Unią Europejską. Warto o tych słowach pamiętać, obserwując ewentualne przyjazne gesty rosyjskich władz wobec Polski. Warto też ściśle współpracować z tymi, których Rosja skłonna jest traktować jako rzeczywistych partnerów.
p
Rzeczywiście, monopol obozu kremlowskiego występuje, ale mieści się w powszechnych regułach demokracji, bo wynika z wyboru, jakiego dokonuje większość narodu. Wszyscy
znakomicie zdają sobie sprawę, że Miedwiediew tak zdecydowanie dominuje w sondażach nie dlatego, iż pozostali jego konkurenci są bez szans i nie mają możliwości uczestniczyć w wyścigu,
lecz z powodu sukcesu polityki Putina. Podobnie było ze zwycięstwami Franklina D. Roosevelta, który wyprowadził USA z wielkiego kryzysu lat 20. A Putin wyciągnął Rosję z jeszcze większego.
Olbrzymią przewagą wygrywał także wybory Charles de Gaulle. Wreszcie wymieńmy Lecha Wałęsę. Przecież przytłaczające zwycięstwo "Solidarności" w wyborach parlamentarnych
w roku 1989 wzięło się z ogromnego poparcia społecznego. Nie można uznać "Solidarności" za siłę antydemokratyczną.
Proszę mi tu bajek nie opowiadać! Komuniści Jaruzelskiego uzyskali w tamtym czasie gorszy wynik wyborczy niż ostatnio komuniści rosyjscy. To, że ktoś zdobywa ponad 90 proc. poparcia w
wyborach, nie musi oznaczać - jak w komunizmie - braku demokracji, lecz może być po prostu premią otrzymaną od społeczeństwa za jakiś realnie odniesiony duży sukces. Czy jest choć jeden
mądry i uczciwy człowiek, który z czystym sumieniem zanegowałby sukces polityki Putina? Jeśli tak, to albo postradał zmysły, albo z premedytacją kłamie. Niech więc zachodnie media nie
łżą. Demokracja jest wtedy, gdy władzę sprawuje się z woli narodu. Stąd np. na Ukrainie demokracji nie ma. Tam wola narodu jest taka, by do NATO nie wstępować, a stosunki z Rosją
polepszać, natomiast wola władzy - by stosunki te pogarszać na rzecz zacieśniania związków z NATO. A weźmy putinowską Rosję. Jest pluralizm odzwierciedlający preferencje społeczne dla
poszczególnych ugrupowań. Na scenie politycznej są i komuniści, i nacjonaliści, a liberałowie popierają ekipę kremlowską, bo są w pełni świadomi tego, że to Putin jest gwarantem
demokracji, swobód i popycha Rosję w kierunku zachodnim.
Ależ głos opozycji ma sporą wartość! A Putin tym się różni od innych polityków, że tego głosu słucha. Koncepcję reform gospodarczych przejął od liberałów. Z kolei program walki z oligarchią wziął od komunistów. Ideę suwerenności państwa i dumy narodowej zaczerpnął od nacjonalistów. Można więc rzecz ująć tak: Putin realizował pomysły opozycji. I w tym tkwi jego siła. On bardzo uważnie słucha krytyki.
Nie, opozycja jako źródło krytycznych opinii jest władzy potrzebna. Szczególnie jeśli dostarcza dobrych pomysłów. Na przykład komuniści jako pierwsi zwrócili uwagę na konieczność kontroli państwa nad wydobyciem i sprzedażą ropy naftowej oraz gazu. Putin się z tym zgodził i podjął odpowiednie kroki. Liberałowie krzyczeli, że należy obniżyć podatki. Putin przyjął to do wiadomości i w Rosji mamy teraz najniższe podatki w Europie.
Po pierwsze, to walka z korupcją. Po drugie, walka z ubóstwem. Ubóstwo jest rezultatem tego, że nazbyt serio braliśmy polskie i amerykańskie rady w latach 90. i w efekcie wszystko rozwaliliśmy. Po trzecie, to przejście z gospodarki, której podstawą jest eksport surowców na gospodarkę innowacyjną, gospodarkę wysokich technologii. I po czwarte – odrodzenie moralne i duchowe kraju.
Rosja wciąż znajduje się w kryzysie duchowym. Próbuje określić swoje miejsce w globalnym porządku. Poza tym trapi ją potworna demoralizacja społeczeństwa. Wystarczy pooglądać rosyjską telewizję. Pod względem serwowanej treści jest to być może najbardziej amoralna telewizja w dzisiejszym świecie. Kolejna rzecz to morderstwa popełniane na duchowieństwie prawosławnym.
Duchowni stawiają opór rozmaitym patologiom, nie przyzwalają na kradzieże i pijaństwo. Jak wiadomo, alkoholizm to w Rosji wciąż dramatyczny problem społeczny.
A co ma piernik do wiatraka? Przecież kiedy podkreślamy zasługi Putina, porównujemy okres jego prezydentury z latami 90. Straty Rosji poniesione w poprzedniej dekadzie można zestawiać w jednym rzędzie ze stratami z czasów drugiej wojny światowej. To było jak bombardowanie.
Nie przesadzam. W latach 90. Rosja straciła 10 milionów mieszkańców. Wśród nich było mnóstwo ludzi, którzy mogli dożyć osiemdziesiątki, lecz z nędzy dotrwali tylko do sześćdziesiątki. To są przypadki dzieci, które nie przyszły na świat, gdyż ich rodzice uważali, iż nie będą w stanie utrzymać potomstwa. Tak więc polityka prezydenta Putina to wielki skok do przodu, chociaż Rosja wciąż musi zmagać się z konsekwencjami tego, co działo się za prezydentury Jelcyna.
Jeśli nawet takowe wewnątrz niego występują, to dzięki Putinowi pozostanie on monolitem.
Rozbieżności dotyczą przede wszystkim spraw gospodarczych. Wśród elity dominują – by użyć sformułowania George’a Sorosa – rynkowi fundamentaliści, czyli ultraliberałowie, którzy zyski z eksportu ropy naftowej i gazu chcą gromadzić w amerykańskich papierach wartościowych. To jest kapitalizm finansowy. Bardziej umiarkowane stanowisko zajmują liberałowie. Uważają oni, że zyski z eksportu surowców powinny wzbogacać budżet, a w zamian za to trzeba obniżać podatki dla przedsiębiorców. Jest też lobby przemysłowe, które chce środki pozyskane ze sprzedaży surowców przeznaczać na wielkie inwestycje. Spory toczą się też w sferze polityki zagranicznej. Niektórzy politycy uważają, że Rosja musi bardziej twardo odpowiadać na działania USA. To, co Amerykanie obecnie wyczyniają – jak chociażby bezczelne wspieranie mafijnego państwa w Kosowie – przekracza wszelkie pojęcie. Przecież USA upowszechniały wolność w XX wieku, a teraz sprzeniewierzają się własnym ideałom. Pojawiają się więc głosy, że Rosja w reakcji na sytuację w Kosowie powinna uznać niepodległość Abchazji. Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że trzeba przetrzymać ten trudny czas i w imię wspólnych wartości nie wdawać się w konfrontację z Zachodem. Konfrontacja taka może się zresztą okazać zbyt kosztowna.
Wiele osób podejrzewa, że jest raczej ustępliwy wobec USA. Ale trudno to jednoznacznie stwierdzić. Jeszcze raz zaznaczam jednak, że różnice zdań w obozie władzy nie świadczą o istnieniu jakichś wzajemnie ścierających się frakcji.
Przypuszczalnie Jedna Rosja przekształci się w centroprawicową konserwatywną partię. Liberałowie stopniowo wyjdą z impasu i utworzą swoje ugrupowanie. Na bazie Sprawiedliwej Rosji oraz części komunistów powstanie partia populistyczna. Pojawi się też siła nacjonalistyczna, tyle że już bez udziału Władimira Żyrinowskiego, klauna, który bardziej nacjonalistom przeszkadza aniżeli pomaga.
Trudno powiedzieć. Niczego dramatycznie nowego nie należy oczekiwać. Bieżąca polityka będzie kontynuowana.
Tu chodzi o zastrzeżenia dotyczące niewłaściwego przepracowania tej idei, a nie o nią samą. Sądzę, że zostanie ona zachowana. Jej sens zawiera się w tym, że budujemy demokrację, lecz nie zamierzamy jej łączyć z proamerykańską polityką utraty suwerenności. Jako kraj demokratyczny Gazpromu Amerykanom nie oddamy.
Nie zgadzam się. O opinii na temat Rosji decyduje wiek kandydata. Im jest on młodszy, tym jego dystans wobec podziałów zimnowojennych większy, a co za tym idzie – stosunek do Rosji bardziej przyjazny. Wierzymy, że Ameryka wybierze przyszłość, to znaczy Baracka Obamę, a nie przeszłość, czyli Johna McCaina.
Brzeziński to taki sam stary człowiek jak McCain. Mamy nadzieję, że Obama zrozumie, iż rusofob nie może być dla amerykańskiego prezydenta żadnym autorytetem. Dla Rosjan rusofobia jest tym samym, co antysemityzm dla Żydów. Chcielibyśmy, żeby postrzeganie Rosjan jako kwintesencji zła traktowane było powszechnie tak, jak traktuje się antysemityzm czy rasizm, którego zwolennicy uważają murzynów za ludzi gorszej kategorii.
Tego nie można brać serio. Zdanie to skierowane było pod adresem Georgefa Busha juniora jako komentarz do jego ciepłych słów na temat Putina. Hillary Clinton postanowiła dać do zrozumienia, że Bush jest idiotą. Ona wyraziła się jak typowy polityk amerykański, którego cechuje arogancja i brak szacunku wobec ludzi. Podobnie politycy amerykańscy zachowują się w stosunku do innych krajów, np. Polski. Czy jej mieszkańców ktoś pytał o zgodę na rozmieszczenie tarczy antyrakietowej? Tak więc Putin świetnie zdaje sobie sprawę, że wypowiedź Hillary Clinton nic nie znaczy, bo – jak mawiał Al Capone – to tylko biznes.
Unia powinna być naszym partnerem strategicznym. Chcemy wspólnie z nią zabezpieczyć podstawowe wolności, takie jak swoboda przemieszczania się ludzi, przepływu kapitału, usług, towarów. Ale – jak wiadomo – do Unii należą Estonia, Łotwa, Litwa, czyli kraje dążące do maksymalnego ograniczenia tych wolności dla Rosji. Ponadto eurobiurokracja odgrywa teraz w wypadku Rosjan częściowo rolę KGB. Kiedyś bowiem to KGB nie pozwalało nam podróżować po Europie, a dziś robią to urzędnicy unijni.
To są antyniemieckie paranoje. Przecież problem nie tkwi w tym, że Niemcom udało się podporządkować sobie eurobiurokrację, ale że eurobiurokracja nie zezwala Rosjanom podróżować po Europie bez wiz.
Wspólnej polityki unijnej nie ma. Jest kilka grup krajów i każda z tych grup prowadzi wobec Rosji swoją własną politykę. Amerykańskie satelity – Polska, Litwa, Wielka Brytania – prezentują twardą antyrosyjską opcję. Ale są kraje, które starają się być niezależne od USA. Kierują się poczuciem odpowiedzialności za europejskie bezpieczeństwo. To są głównie Francja, Niemcy, Włochy. Pozostają one wobec Rosji krytyczne, lecz jednocześnie wykazują się powściągliwością. Kolejna grupa to kraje prawosławne: Grecja, Bułgaria, Rumunia. Rosja ma z nimi tradycyjnie wiele wspólnego. Poza tym nie żywią one wobec nas historycznej nieufności. Nie można zapominać, że to Rosja wyzwoliła Grecję i Bułgarię spod jarzma tureckiego. Jest wreszcie grupa krajów dawnej monarchii habsburskiej: Austria, Czechy, Słowacja, Węgry, Słowenia. One mają znacznie mniej antyrosyjskich kompleksów niż chociażby Polska.
Niezupełnie, gdyż i kraje bałtyckie różnią się między sobą. Weźmy Litwę. Prowadzi ona antyrosyjską politykę zagraniczną, ale tylko jako satelita USA i była część imperium sowieckiego. To jest w gruncie rzeczy kraj demokratyczny. Zamieszkująca go ludność rosyjska posiada prawa obywatelskie. Ale Estonia i Łotwa to już kraje antydemokratyczne. Nie prowadzą polityki antyrosyjskiej, lecz stosują antyrosyjskie prowokacje. Tam możliwe jest utrzymywanie niedemokratycznych reżimów przez eskalację sztucznej wrogości wobec Rosji. W krajach tych jawnie dyskryminowana jest ludność rosyjska. Estonii i Łotwie zależy na pogorszeniu stosunków Rosji z Unią.
Większość zachodniej opinii publicznej odnosi się do nas pozytywnie i nie podziela takiego konfrontacyjnego punktu widzenia. Bo Rosja powinna być sojusznikiem Zachodu. Ale pewne kręgi chcą w zamian za wywołanie sztucznej zimnej wojny z nami konsolidować Zachód wokół USA.
Nam bliżej jest tu do Niemiec i Francji. Amerykanie pragną kwestię irańskiej broni jądrowej wykorzystać jako pretekst do nacisków politycznych na Teheran. Chcą obalić tamtejszy reżim i wywołać rewolucję antyislamską na wzór ukraińskiej pomarańczowej rewolucji. A Rosja, Niemcy i Francja uważają, że trzeba dać Iranowi gwarancje bezpieczeństwa, by jego władze dobrowolnie zrezygnowały z tej broni.
Trzeba było to robić wcześniej. Rzecz w tym, że Polska okazała się krajem, na który nie można liczyć. Dlatego nastąpiła utrata zaufania do niej. Rosja jest poniekąd zmuszona budować ten gazociąg. Nie jest on w sumie dobrą inwestycją, ale nie mamy innego wyjścia. Polska przez piętnaście lat pracowała na swoją złą reputację – reputację nieobliczalnego partnera i kraju trapionego przez chorobę rusofobii. Jak można się dogadywać z państwem, którego przywódcy mówią mniej więcej tak: "Bierzcie od nas mięso. Ale waszych inspektorów sanitarnych nie wpuścimy i w ogóle negocjować z wami nie zamierzamy. Nasz minister spraw zagranicznych z waszym spotykać się nie będzie". Jeśli mechanik już raz zepsuł pański samochód, to czy zawiezie pan go do niego znowu? Polska ma więc przed sobą co najmniej dziesięć lat, żeby zapracować na dobrą reputację.
Zaczął, ale potrzebuje na to sporo czasu, energii, sił. Ten rząd jest obliczalny, dobry, otwarty na zmiany, rozumny. Ale musimy się przekonać, że mamy do czynienia nie z polityką tymczasową, przypadkową, lecz trwałą i długofalową.
Prezydent Putin ogłosił, że dwustronne stosunki rosyjsko-polskie nie są uzależnione od sprawy tarczy. Jeśli system ten zostanie zainstalowany na terenie Polski, rakiety rosyjskie zostaną weń wycelowane, ale to nie wpłynie na pozostałe sfery naszych relacji. Polska nie jest dla nas krajem suwerennym. W kwestii tarczy decyzję podjęło waszyngtońskie biuro polityczne i tyle. Sekretarz regionalnego komitetu partii Kaczyński odparł: "Yes, sir" i koniec. Polacy nie chcą takiej tarczy, ale nikt ich o to nie pyta. Polska jest taką miękką, postmodernistyczną kolonią amerykańską. O tarczę mamy więc pretensje do USA. A Polaków jest nam żal.
Co do możliwego porozumienia z Lechem Kaczyńskim mam ogromne wątpliwości. Gdyby Miedwiediew upadł przed nim na kolana, Kaczyński prawdopodobnie odparłby: "Nie tak, źle. Pan się kłania zbyt nisko. Pańskie oczy są niedostatecznie szczere". Przecież Kaczyński to taki Żyrinowski. Tyle że Żyrinowski nie wierzy w to, co mówi, a Kaczyński – i owszem.
p
, ur. 1958, politolog, doradca Kremla, dyrektor Instytutu Badań Politycznych. W czasach sowieckich działacz ruchu dysydenckiego, zaangażowany w kolportaż publikacji samizdatu. W latach 90. związany ze środowiskami liberalnymi. W roku 2004 był współorganizatorem kampanii wyborczej kandydata na prezydenta Ukrainy, Wiktora Janukowycza. W grudniu 2007 roku wybrany deputowanym do Dumy Państwowej FR z listy ugrupowania Jedna Rosja. Obok Gleba Pawłowskiego uchodzi za czołowego "technologa politycznego". W "Europie" nr 150 z 17 lutego ub.r. zamieściliśmy wywiad z nim "Polska tylko przeszkadza".