"Dziś oblicze Ameryki jest pełne wstydu. Obama jako prezydent zaprezentowałby światu całkowicie nową twarz Ameryki. Jest pół-Kenijczykiem, pół-Amerykaninem, wychowywał się na Hawajach i w Indonezji. Jego osoba byłaby wyraźnym sygnałem, że nie ma mowy o kontynuacji dotychczasowej polityki"
p
: Wwypadku wielu osób chodzi tu po prostu o odrzucenie tego, co uosabia Clinton. Wielu Demokratów, w tym i ja, skreśliło ją dlatego, że poparła wojnę w Iraku. Są
również inne przyczyny, np. jej zaangażowanie za czasów prezydentury męża w nieudany projekt reformy opieki zdrowotnej z 1993 roku, którego nie poparło nawet ich własne zaplecze polityczne.
Był bardzo mętnie sformułowany i niósł zagrożenie, że kontrolę nad systemem opieki medycznej przejmie sześć największych firm ubezpieczeniowych. Sprzeciw wobec Clinton nie jest jednak
jedynym powodem. Ludzie wydają się spragnieni autentycznej zmiany. Aby zmiana nie stała się wyłącznie pustym hasłem, musimy uświadomić sobie, w jakiej sytuacji znajdujemy się obecnie.
Gospodarka się załamuje, jesteśmy uwikłani w beznadziejną wojnę, w której ponosimy coraz większe straty. Z powodu działań administracji Busha utraciliśmy również w oczach świata
jakikolwiek moralny prestiż. Sprawy zaszły tak daleko, że staliśmy się niemal krajem-pariasem.
Dziś oblicze Ameryki jest pełne wstydu. Obama jako prezydent zaprezentowałby światu całkowicie nową twarz Ameryki. Jest pół-Kenijczykiem, pół-Amerykaninem, wychowywał się na Hawajach i w
Indonezji. Jego osoba byłaby wyraźnym sygnałem, że nie ma mowy o kontynuacji dotychczasowej polityki.
Okazało się, że to nie wystarczy. Bill Clinton w pewnym momencie zaangażował się dość mocno w kampanię Hillary, zdecydowanie wyrażając poparcie dla niej w Południowej Karolinie i
piętnując Baracka Obamę jako kandydata, który nie będzie w stanie przyciągnąć głosów białych wyborców. Ostatecznie w Południowej Karolinie zwyciężył Obama, poparcie Clintona nie
okazało się aż tak istotnym źródłem kapitału politycznego. Co więcej, wiele osób ma bardzo mieszane wspomnienia związane z jego prezydenturą. Co tak naprawdę udało mu się osiągnąć?
Jego rządy rzeczywiście przypadły na okres prosperity - bańka internetowa, złoty czas dla branży informatycznej - ale nie było to jego zasługą.
Zarzut braku doświadczenia w wypadku Obamy jest chybiony - w końcu brał on udział w pracach ustawodawczych na różnych szczeblach administracji przez ostatnie 20 lat. Dla wielu niezwykle cennym
doświadczeniem, które legitymizuje Obamę, jest jego praca w organizacjach społecznych. Mógł w jej trakcie przyjrzeć się z bliska najpoważniejszym problemom społecznym Ameryki, alienacji i
wykluczeniu z procesu podejmowania decyzji politycznych. Obama jest również świetnym, charyzmatycznym mówcą, który pociąga za sobą tłumy. Jeśli udałoby mu się wnieść do Białego Domu
część tej energii, być może uzyskałby poparcie dla śmiałych zmian - takich jak choćby przykręcenie śruby oferującym ubezpieczenia zdrowotne prywatnym firmom, które zamykają 47 milionom
Amerykanów dostęp do opieki medycznej. Jego charyzmę traktuję zatem nie tylko jako ważną zaletę podczas kampanii wyborczej, ale i narzędzie wprowadzania autentycznych zmian politycznych.
Dla mnie zasadnicza jest obietnica wycofania wojsk z Iraku.
Podobne nadzieje wiązaliśmy już z tyloma kandydatami, że nauczyłam się być nieco sceptyczna. Nie wiem, czy Obamie uda się tego dokonać. Nie mam natomiast wątpliwości, że nie powiedzie
się to Hillary Clinton. Ona jest jak osoba ubiegająca się o czysto administracyjną pracę, tak jakby wołała "Zatrudnijcie mnie!". Znamienny jest również fakt, że duża
część pieniędzy na kampanię Obamy pochodzi z niewielkich datków, podczas gdy Clinton wciąż polega przede wszystkim na dużych sponsorach. Jedna osoba może przeznaczyć jedynie 2300 dolarów
we wstępnej fazie kampanii prezydenckiej prowadzącej do wyłonienia kandydatów. Wziąwszy pod uwagę ilość pieniędzy zebraną dotychczas przez Obamę, oznacza to, że potencjał jego
zwolenników wciąż jest bardzo duży, podczas gdy możliwości zwolenników Clinton kurczą się.
Mam nadzieję, że nie pójdzie zbyt daleko w znoszeniu różnic ideologicznych, bo mogłabym przestać czuć się przez niego reprezentowana. W sprawach gospodarczych wypowiadał się jednak
ostatnio bardzo jednoznacznie, zajmując stanowisko całkowicie odmienne niż większość Republikanów. Poparł na przykład pakiet aktywizacji ekonomicznej zawierający zasiłki dla bezrobotnych i
ubogich. Jasno opowiada się również za prawem do aborcji. Nie brak mu zatem wyrazistych poglądów.
Nie sądzę. John McCain stoi w obliczu podziału we własnej partii. Skrajna prawica nie akceptuje go - i to pomimo że wciąż próbuje przesuwać się na prawo. Jego zdecydowane opowiedzenie się
za wojną w Iraku sytuuje go w opozycji do większości Amerykanów. Nie ma również nic do zaoferowania, jeśli chodzi o narastające problemy ekonomiczne kraju. Otwarcie przyznał, że niewiele
wie o gospodarce. Ostatnio opowiedział się za utrzymaniem w mocy wprowadzonych przez Busha ulg podatkowych dla najzamożniejszych. A to stworzy jedynie kolejne podziały.
p
ur. 1941, pisarka, eseistka, publicystka, działaczka feministyczna, jedna z najważniejszych postaci amerykańskiej lewicy. Od lat 70. angażowała się najpierw w ruch przeciwko wojnie w Wietnamie, a później w lewicową krytykę społeczną. W latach 1991 - 1997 była stałą felietonistką magazynu "Time". Publikowała także w "The New York Times", "The Atlantic Monthly" oraz "The New Republic". Jest autorką blisko 20 książek - po polsku ukazały się dwie z nich: "Rytuały krwi" (2001) oraz "Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć" (2006).