Kwestia iracka zdominowała w znacznej mierze prezydencką kampanię wyborczą w USA. Większość społeczeństwa uznała interwencję w Iraku za klęskę. Kandydaci prześcigają się więc w podawaniu recept na uzdrowienie sytuacji. Demokraci deklarują całkowite wycofanie wojsk. Republikanie szukają rozwiązań pośrednich, które nie kojarzyłyby się z polityką George'a Busha. Czy jednak zmiana na stanowisku prezydenta przyniesie w tej kwestii rzeczywisty przełom? Stephen Walt, współautor głośnej książki "The Israel Lobby" krytykującej amerykańską politykę bliskowschodnią, powątpiewa w to. Jego zdaniem żaden z polityków ubiegających się o prezydenturę nie myśli dziś tak naprawdę o całkowitym wycofaniu się z Iraku. I to mimo że wszyscy świetnie zdają sobie sprawę, że iracka interwencja była fatalnym błędem Ameryki. Problem tkwi jednak głębiej. O takim a nie innym kierunku polityki USA na Bliskim Wschodzie przesądza mentalność amerykańskich elit - twierdzi Walt. Po obu stronach politycznej barykady znajdują się zwolennicy interwencjonizmu - ludzie pragnący, by Stany Zjednoczone nadal były światowym żandarmem i miały prawo wprowadzać swoje zasady siłą. W tym zakresie twardy konserwatysta McCain niczym nie różni się od miękkiego liberała Obamy...
p
Stany Zjednoczone będą wciąż na każdym kroku wspierać Izrael. Amerykańska pomoc wojskowa i ekonomiczna nadal będzie sięgała trzech, czterech miliardów dolarów
rocznie. Będziemy jej udzielać nawet wówczas, gdy Tel Awiw będzie kontynuował budowę osad na Zachodnim Brzegu i nie podejmie żadnych poważnych prób wynegocjowania pokoju z Palestyńczykami.
Nie zmieni się to niezależnie od tego, czy stanowisko prezydenta obejmie Barack Obama, Hillary Clinton czy John McCain. Wszyscy kandydaci otwarcie zadeklarowali dyplomatyczne poparcie dla
Izraela.
Ludzie, którzy wciągnęli Amerykę w wojnę w Iraku, sądzili, że przyniesie ona korzyści zarówno Stanom Zjednoczonym, jak i Izraelowi. Mylili się w obu kwestiach. Wojna zaszkodziła obu
krajom, przyczyniła się bowiem do wzmocnienia pozycji Iranu. Dziś dalsze pozostawanie w Iraku szkodzi im jeszcze bardziej. To nie wspieranie, tylko przeszkadzanie. Jest ono zwykłą głupotą
zarówno z perspektywy Waszyngtonu, jak i Tel Awiwu.
Każdy z trzech kandydatów ma inne podejście do Iraku. Jednak żaden nie zadeklarował, że ewakuacja wojsk nastąpi szybko. Barack Obama powiedział na przykład, że nie powinniśmy być w Iraku
wiecznie. Ale rozumiał przez to jedynie, że potrzebuje świeżego spojrzenia - nie obiecywał bezwarunkowej i natychmiastowej ewakuacji. Moim zdaniem Stany Zjednoczone ograniczą swoją obecność
militarną w Iraku w ciągu najbliższych lat, ale nie oznacza to całkowitego wycofania. Nie jesteśmy w stanie utrzymać tak dużej liczby żołnierzy nad Eufratem bez osłabiania całych sił
zbrojnych - musimy redukować ilość stacjonujących tam wojsk. Ale nie ma też jednoznacznego nacisku politycznego na całkowite wycofanie z Iraku. Żaden z kandydatów nie chce, by obwiniono go o
militarną porażkę. Ludzie obawiają się również konsekwencji, jakie ewakuacja miałaby dla całego regionu. Uważam, że nie przyczyniamy się do budowy stabilnego i bezpiecznego Iraku. To
zadanie Irakijczycy będą musieli wykonać sami. Nie jest to jednak pogląd na tyle dziś w Stanach rozpowszechniony, by skłonić nowego prezydenta - niezależnie od tego, kto nim będzie - do
zdecydowanych działań.
To ciekawe pytanie. Myślę, że byłoby to trudne. Ktoś taki mógłby podjąć walkę wyborczą, jeśli jasno zaznaczyłby, że nie występuje przeciwko Izraelowi, lecz świadom jest, iż
twardogłowe kręgi w proizraelskim środowisku wspierają politykę, która szkodzi zarówno interesom amerykańskim, jak i izraelskim. Sądzę, że taka jest prawda i można byłoby przekonać do
niej amerykańską opinię publiczną. Wymaga to czasu, zaś kandydat, który podjąłby się tego zadania, musiałby stawić czoła fali krytyki. Niektórzy politycy próbowali bezskutecznie
przebić się do głównego nurtu z tą argumentacją. Jak do tej pory nie zrobił tego żaden z kandydatów na prezydenta.
Pozyskiwanie poparcia rozmaitych grup interesu jest w polityce amerykańskiej czymś normalnym. Głosy popierających Izrael mogą okazać się dla kandydata niezbędne do odniesienia zwycięstwa w
niektórych stanach, takich jak Nowy Jork, Floryda czy Kalifornia. Proizraelscy wyborcy są bardzo aktywni politycznie, dotują również hojnie kampanie wyborcze. Każdy kandydat na prezydenta
gotów jest zrobić bardzo wiele, by zyskać ich przychylność, ta zaś wymaga bezwarunkowego wsparcia polityki izraelskiej. To główny powód, dla którego kwestia pomocy dla Izraela w ogóle nie
była dyskutowana - wszyscy kandydaci są tu całkowicie zgodni. Żadnego z nich nie pytano, co zamierza zrobić na rzecz procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie, czy wywrze nacisk na Izrael, by
starał się wypracować porozumienie z Palestyńczykami. Jednak wraz z upływem czasu coraz trudniej będzie opowiadać się za bezwarunkowym wsparciem dla Izraela. Sytuacja na Bliskim Wschodzie nie
ulegnie bowiem poprawie i coraz więcej Amerykanów zacznie dochodzić do wniosku, że powinniśmy zacząć traktować Izrael jak każde inne demokratyczne państwo zamiast utrzymywać z nim
specjalne relacje. Mamy dobre stosunki z Indiami, Japonią, Włochami, Francją czy Polską, ale nie udzielamy tym krajom wsparcia, niezależnie od tego, jaka jest ich polityka.
Nie sądzę, nie wskazują na to żadne ich wypowiedzi. To zdumiewające, że Stany Zjednoczone są wciąż najpotężniejszym państwem świata, a zarazem najbardziej obawiają się o swoje
bezpieczeństwo. Największym błędem po 11 września było przekonanie, że odpowiedzią na działania terrorystów powinna być akcja wojskowa. Jestem przekonany, że należało raczej zdać się
na działania policyjne i wywiadowcze oraz zająć się politycznymi przyczynami popularności terroryzmu. Tymczasem administracja Busha zmarnowała większość amerykańskich atutów, podejmując
nierozsądną decyzję o inwazji na Irak. Żaden z kandydatów nie podjął jednak poważniejszej próby odmiennego zdefiniowania roli Ameryki w świecie. Nie tylko McCain, ale i Clinton czy Obama
będą skłonni dyktować innym krajom, co mają robić. Nie sprawdziło się to w ostatnich latach i z pewnością nie sprawdzi się również w przyszłości.
W amerykańskim dyskursie dotyczącym polityki zagranicznej dominują dwa nastawienia. Z jednej strony mamy liberalny interwencjonizm Demokratów. Wielu z nich wierzy, że Stany Zjednoczone powinny
aktywnie angażować się na całym globie i rozwiązywać światowe problemy. Z drugiej strony dyskusję kształtują neokonserwatyści, którzy są jeszcze bardziej zdecydowani na interwencjonizm -
ich ambicje sięgają dużo dalej. Pomimo szkód, jakie ich polityka wyrządziła w ostatnich latach, wciąż mają duże wpływy w Waszyngtonie, pozostają częścią establishmentu, gdy idzie o
sprawy międzynarodowe. Kilku z nich doradza McCainowi. Nie sądzę, by w najbliższym czasie mogło się przebić jakieś znacząco odmienne podejście do polityki zagranicznej. Obama i Clinton
wspominali wprawdzie o relacjach wielostronnych, o multilateralizmie. Pytanie brzmi jednak, jak zachowaliby się w sytuacji, gdy inne kraje odmówiłyby współpracy i nie podążyły za ich wizją.
Cała trójka kandydatów podkreślała, że należy zająć się globalnym ociepleniem i oczywiście jest to kwestia, która domaga się poważnego potraktowania. Wątpię jednak, by udało się to
w ramach protokołu z Kioto. Trzeba będzie stworzyć coś zupełnie nowego, bowiem dziś nie ma szans na to, by Stany Zjednoczone zaakceptowały protokół.
Moim zdaniem różnice między nimi są marginalne. Republikanie są oczywiście w większym stopniu przekonani, że zachodnie wartości da się wprowadzić dzięki sile militarnej, ale wielu
Demokratów również popierało interwencje zbrojne, które miały na celu obronę praw człowieka, obalenie jakiegoś dyktatora czy zaprowadzenie demokratycznego porządku. Warto pamiętać, że
wielu Demokratów opowiedziało się za wojną w Iraku.
To złudzenie. Europa nie jest dla USA tak ważna, jak w czasie zimnej wojny. Owszem, Stany Zjednoczone korzystają z europejskiego wsparcia na przykład w Afganistanie, ale dziś Stary Kontynent
jest dość stabilny, panują tu pokój i względny dobrobyt. Ponieważ Europa nie nastręcza kłopotów, nie znajdzie się w centrum zainteresowania amerykańskich przywódców. Decydenci będą
martwić się głównie o Bliski Wschód, Azję oraz miejsce Stanów Zjednoczonych w globalnej gospodarce. W kwestii stosunków euroatlantyckich ograniczą się do pobożnych życzeń, by w Europie
nie zaszło nic gwałtownego.
Z dwóch powodów uważam tę diagnozę za nietrafną. Po pierwsze, ogólne możliwości Chin są wciąż o wiele mniejsze niż Stanów Zjednoczonych - zarówno jeśli chodzi o siłę militarną, jak
i ekonomię. Niewykluczone, że kiedyś te potęgi zrównają się, ale trzeba będzie na to jeszcze trochę poczekać. Po drugie, Unia Europejska jest wciąż luźnym związkiem państw i nie
potrafi mówić jednym głosem. Nie ma wspólnej polityki obronnej, choć usilnie próbuje ją stworzyć. Jeśli to przedsięwzięcie zakończy się sukcesem, Europa faktycznie stanie się
alternatywą dla Stanów Zjednoczonych. Obecnie jednak mówienie o trzybiegunowym świecie podzielonym między potęgę europejską, chińską i amerykańską jest zdecydowanie przedwczesne.
W Europie dyskusja o problemach tego regionu jest o wiele bardziej otwarta. Toczy się debata, a ludzie mają dostęp do różnych źródeł informacji. Konflikt izraelsko-palestyński nie jest
postrzegany w czarno-białych kategoriach, żadna ze stron nie jest obciążana całkowitą winą. W Stanach przeważająca część opinii publicznej jest przekonana, że Izrael nie popełnił
żadnych błędów, zaś Palestyńczycy są po prostu przestępcami. Europejskie spojrzenie jest bardziej zrównoważone, na Palestyńczyków patrzy się często ze zrozumieniem.
Sądzę, że rzeczywisty poziom antysemityzmu jest niski zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie. Oczywiście nadal zdarzają się ludzie o poglądach antysemickich, ale większość osób
krytykujących Izrael nie czyni tego z powodu wrogości wobec narodu żydowskiego, lecz ze względu na działania izraelskiego rządu. Wszystkie rządy czasem popełniają błędy i powinny być za
nie krytykowane. Nie ma w tym nic antysemickiego. Wizerunek Ameryki na świecie bardzo by zyskał, gdyby amerykański prezydent spojrzał trzeźwo na konflikt izraelsko-palestyński i zaczął
odgrywać rolę bezstronnego sędziego, wywierając nacisk na obie zwaśnione strony i nakłaniając je do zawarcia porozumienia pokojowego. Jeśli Stany Zjednoczone użyłyby swoich wpływów, by
nakłonić Izraelczyków i Palestyńczyków do wypracowania rozwiązania, w ramach którego mogłoby zaistnieć państwo palestyńskie, nasze notowania na pewno by wzrosły. Antyamerykanizm
zmniejszyłby się, choć oczywiście nie zniknąłby całkowicie, istnieją bowiem takie jego odmiany, które nie mają nic wspólnego z Bliskim Wschodem i amerykańskim poparciem dla Izraela.
p
, ur. 1955, politolog, specjalista w dziedzinie stosunków międzynarodowych, profesor w Kennedy School of Government Uniwersytetu Harvarda. Wcześniej wykładał m.in. w Princeton i na Uniwersytecie Chicagowskim. Rozgłos przyniósł mu opublikowany w 2006 roku wraz Johnem Mearsheimerem artykuł "The Israel Lobby and U.S. Foreign Policy", w którym krytykował amerykańską politykę wspierania Izraela (tekst ukazał się w rozbudowanej postaci książkowej w 2007 roku). Oprócz tego Walt opublikował m.in. książki "Revolution and War" (1996), "Taming American Power: The Global Response to U.S. Primacy" (2005).