Zaczynaliśmy na Woli w fabryce Telefunkena przy ulicy Mireckiego. Po drugiej stronie było boisko i kirkut. Co najmniej 5 lub 6 dni byłem na kirkucie, stanowiska ogniowe, obrona cmentarza ewangelickiego. Tam mi się udało wyróżnić. Linia obrony zwrócona była na południe, dotykając Młynarskiej. Niemcy atakują od zachodu. Ja na tym froncie na lewym skrzydle, na samym skraju. Najpierw stanowisko miałem na schodkach kaplicy, ale to było stanowisko śmiertelne. „Kołczan” mówi:

„Tu”.

Maskuję się więc doniczkami z grobów, po prawej mam mur cmentarny z ażurowymi prześwitami w kształcie łuków, prosto na Młynarską. Mam dwa granaty, jeden obronny, drugi plastikowy na czołgi. Jeden karabin, 40 nabojów. Za mną nie ma nikogo.

Potem zaczęliśmy ulepszać stanowiska i wtedy przenieśli mnie na lewe skrzydło. Jestem na ławce cmentarnej pod drzewem, którego korona mnie osłania. To już było dobrze zamaskowane. Zaczęli wzywać nas do linii, tam się zaciął karabin maszynowy. Gdy zacięcie usunęli, wróciłem, patrzę, naprzeciwko mnie, jakieś 80 metrów następny mur i cmentarz kalwiński, a tu przez dziurę w murze ktoś przechodzi. Co robić, odejść nie wolno, wołać nie ma co, usłyszą mnie najwyżej Niemcy, zdradzę swoje stanowisko, przez co nasi zostaną otoczeni i wyrżnięci, gdy zginę, to przynajmniej mam Krzyż Walecznych. Co robić, żeby nie popełnić błędu? Nie jestem starym wiarusem, to moja pierwsza walka. Zaczynam strzelać, chyba trafiam, bo słyszę jęk. Po kolei pięć razy trafiłem, pięć jęków, i wtedy oni się wycofali. Sam byłem tym zaskoczony. Decydowały sekundy.

Drugiego dnia Powstania wypadły na nas czołgi i „Kołczan” mówi:

„Rzucać butelki z benzyną, kto na ochotnika?”.

Zgłosiłem się, ale za późno, nie mogłem sobie darować. Rzucał Lolek Pecyna, który był pierwszy. Butelka trafiła i już drugiego dnia Powstania miał Krzyż Walecznych. Sekundy decydowały.

A ja się bałem, że zginę i nie zarobię na swój Krzyż. Takim należało być. Może to śmieszne, ale taka była atmosfera podczas Powstania.

Z Woli na Stare Miasto wyszliśmy 11 sierpnia. Witali nas na Długiej pod Arsenałem, wiwaty, wojsko z Woli przychodzi na pomoc Starówce, idziemy czwórkami, ranni, wspaniałe oddziały, z bronią – oni broni nie mają.

Dwunastego sierpnia była msza święta i generalna absolucja, a potem nasze dowództwo dało rozkaz natarcia, ponieważ Niemcy szli za nami od Woli, chodziło o to, żeby ich zastopować. Idziemy na Muranowską, na magazyny kolejowe, urząd celny, na Dworzec Gdański i szkołę na Stawkach. Czekamy na wypad.

Ja z moją drużyną miałem przelecieć przez takie trawiaste boisko, potem przez mur i na teren magazynów kolejowych Dworca Gdańskiego. Po lewej stronie inna drużyna szła na urząd celny, przed nami na końcu była szkoła. My gonimy, Niemcy uciekają.

Natarcie ruszyło od rana na długości dwóch do trzech kilometrów w kierunku Muranowa i Woli. Niemcy zatrzymali naszych ogniem karabinów maszynowych i natarcie wszędzie się załamało, tylko my na prawym skrzydle poszliśmy kilometr w głąb niemieckich umocnień.
Wpadliśmy w jakieś budyneczki przy dworcu, widzę, leży Panzerfaust porzucony, obejrzałem, ale nie wziąłem, bo co miałem niby z nim robić, potem ktoś go zabrał, wpadamy do stróżówki, w środku kawa, chleb, Niemiec jadł i uciekł, odpędziliśmy go od śniadania. Niemcy wiali w panice. No i był tam też czołg. Trafił dwóch moich kolegów, widziałem, jak to wygląda. Ten czołg uciekł przed nami i stanął w bramie boiska szkoły na Stawkach, a my poszliśmy dalej, może jakieś 150 metrów. Przeleciałem przez tę szkołę, czy któryś z Niemców nie został na górze, ale nie, wszyscy uciekli. Dalej nie możemy iść, bo nas blokuje czołg, plutonem dowodzi „Maryśka”, strzelamy z rkm-u do czołgu, ale to dla niego jak rzucanie kamieniami o ścianę. Tymczasem on wali swoimi pociskami, wiadomo, że za godzinę czy dwie wszystkich nas załatwi, a my nic nie zrobimy. Mówię:

„>>Maryśka<<, tam był Panzerfaust, to ja po niego wrócę”.

Panzerfausta nie znalazłem, wracam. Jak wracałem, to widzę, że ten czołg w murze powystrzelał takie prześwity, widzę go przez nie, gapię się jak idiota, moi koledzy do niego strzelają, a on do nich. Niemcy mnie widzą, ale mają tylko jedną lufę.

Po prawej stronie atakował pluton „Sad”. Mówię do „Maryśki”:

„To co robić? To może pójść jeszcze bardziej w prawo i naprowadzić >>Sad<<, żeby za magazynami podejść od tyłu do tego czołgu. To strzelanie tutaj jest bez sensu”.

Poszedłem po raz drugi, żeby nawiązać kontakt z plutonem „Sad”. Coś mnie tknęło, jakieś przeczucie, patrzę, widać ten czołg, ale wydało mi się, że przejdę. Gdybym się przeczołgał pod tym prześwitem, to by mnie nie zauważył. Ale, myślę sobie, przebiegnę. I w skok. A czołg miał już działo wycelowane i za spust. Pomyślałem: „Śmierć jest lekka”.

Jakbym wpadł do ciemnej piwnicy, nic nie widzę, nic nie słyszę, nic mnie nie boli, ale czuję, że jestem. W pewnym momencie zaczynam widzieć przez czerwoną mgłę. Sądziłem, że to pył ceglany z muru, ale nie. To po wybuchu krew zalała mi oczy.

Pocisk przeleciał i rozerwał się tuż za mną. Uderzyła fala powietrza. Stąd moje trwałe uszkodzenie prawego błędnika. Dostałem też parę odłamków w rękę, co potem był przyczyną ropnego zapalenia, z którego wylazłem dopiero po dwóch miesiącach. Dostałem coś w hełm, coś rykoszetem, coś w nogę.

Byłem opatrywany w remizie tramwajowej na Muranowie, 500 metrów do tyłu, w tej samej, z której wychodziliśmy do natarcia i podczas tego opatrunku poczułem, że robię się lekki. Nie czuję ciężaru ciała. Doszedłem do wniosku, że tracę przytomność, więc mówię:
„Siostro, zdaje mi się, że tracę przytomność”.

Ona zaraz wstrzyknęła mi kamforę. Po kamforze czuję już ciężar swego ciała. Potem się mną dalej te siostry zajmowały, obandażowały mi głowę. Po wybuchu pocisku czołgowego byłem ogłuszony. Miałem wspaniale postrzelaną panterkę, pełno krwi. To byłaby fajna rzecz zachować ją na pamiątkę i teraz pokazywać.

"Warszawskie dzieci", Wydawnictwo Zysk i Spółka, 2014