Walkę rozpoczął w 1939 roku, jako zawodowy podchorąży w Równem na Wołyniu. Walczył z czasie kampanii wrześniowej na Kresach, z nacierającą od wschodu Armią Czerwoną i tam też trafił do sowieckiej niewoli. Uciekł, zanim wraz z tysiącami innych jeńców doszli do obozów i wrócił na rodzinną Lubelszczyznę. Potem przyszedł czas służby w Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. Gdy w Warszawie trwało powstanie, a siły sowieckie stały przed Wisłą, wstrzymując w sierpniu 1944 roku swą ofensywę, sierżant Józef Franczak, pseudonim Lalek, został wcielony do II Armii Wojska Polskiego. Długo tam jednak nie wytrzymał i prawdopodobnie już po kilku miesiącach zdezerterował. Wiadomo, że już wiosną 1947 roku należał do jednego z partyzanckich oddziałów organizacji Wolność i Niezawisłość. Jego żołnierzom brakowało broni, amunicji, ale skutecznie ukrywali się w przeczesywanych przez UB lasach chełmskich i lubartowskich.

Bezpieka ciągle deptała im po piętach, dlatego podlegający wówczas rozkazom kapitana „Uskoka” partyzanci zdecydowali się działać w kilkuosobowych grupach. „Lalek”, nazywany przez kolegów także „Lalusiem” z powodu swojego chłopięcego uroku, dowodził jedną z nich. UB była wciąż na ich tropie, tym bardziej, że żołnierze „Lalusia” nieustannie dawali miejscowej władzy argumenty do nazywania ich bandytami. W październiku 1947 roku rozstrzelali na przykład komendanta posterunku MO we wsi Wysokie oraz naczelnika poczty. „Laluś” ledwo uszedł z życiem, kiedy w sklepie w Wyganowicach został ranny w brzuch w strzelaninie z funkcjonariuszami Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

Od 1949 roku, kiedy w potyczce z funkcjonariuszami UB kapitan „Uskok” wysadził się granatem, „Lalek” zaczął ukrywać się w pojedynkę. Dołączał jedynie do oddziału dowodzonego przez podporucznika „Wiktora”, uczestnicząc w kilku akcjach bojowych – między innymi w likwidacjach milicjantów, współpracowników bezpieki oraz w napadzie na gminną spółdzielnię w Piaskach na Lubelszczyźnie.

„Lalek” próbował zniknąć, ukrywając się w lasach i korzystając z uprzejmości okolicznych gospodarzy, często zmieniał miejsce pobytu. Bezpieka nie zaprzestała jednak polowania na ostatniego – jak się wkrótce okazało – żołnierza wyklętego. Osaczono go w marach operacji o kryptonimie „Pożar”.

Przebieg operacji opisał na łamach miesięcznika „Pamięć.pl” doktor Sławomir Poleszak, naczelnik Okręgowego Biura Edukacji Publicznej lubelskiego oddziału IPN. Udało mu się również ustalić, kto zdradził Franczaka. Był to zwerbowany przez SB do współpracy Stanisław Mazur – brat stryjeczny narzeczonej „Lalka”, Danuty Mazur.

Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa urabiali Mazura przez kilka miesięcy. Tajny współpracownik o kryptonimie „Michał” – bo tak został określony w dokumentach bezpieki – zapraszany był na spotkania z najwyższymi rangą oficerami lubelskiej SB, którzy dbali o przyjacielski nastrój w czasie tych spotkań. „W celu związania go z nami wytworzono przyjemną atmosferę przy kolacji zakrapianej ½ l alkoholu” – cytował doktor Poleszak fragment notatki z archiwów SB. Zresztą alkohol i pozyskiwanie zaufania to nie jedyne techniki operacyjne, po jakie sięgali oficerowie. Kiedy TW „Michał” w sierpniu 1963 roku nawiązał wreszcie kontakt z „Lalkiem” i spotkał się z nim, funkcjonariusze zdecydowali o włączeniu do śledztwa nowinek technologicznych. Wyposażyli Mazura w nadajnik, za pomocą którego mogli podsłuchiwać rozmowę z Franczakiem.

Przenośny ukryty sprzęt miał im posłużyć również do precyzyjnego namierzenia i ujęcia „Lalka” w październiku 1963 roku, po jednym z jego spotkań z „Michałem” w Wyganowicach. Awaria podsłuchu sprawiła jednak, że Franczak spokojnie odjechał, wymykając się obławie, nieświadomy niebezpieczeństwa.

Gdyby nie nadgorliwość Mazura, ostatni żołnierz wyklęty mógłby jeszcze długo ukrywać się w lubelskich lasach. 21 października, dzień po spotkaniu z „Lalusiem” agent zgłosił się jednak do oficera prowadzącego i zameldował, że zapamiętał markę i numer rejestracyjny motocykla, którym Franczak przyjechał na spotkanie. Potem wypadki potoczyły się szybko. SB błyskawicznie ustaliła, że pojazd należy do Wacława Becia ze wsi Majdan Kozice Górne i wysłała grupę operacyjną złożoną z esbeków i ZOMO-wców do jego gospodarstwa.

Przed godziną 16 Józef Franczak wyjrzał przez okno chałupy i zauważył, jak do zabudowań zbliża się linia obstawy. Szybko wcisnął broń do kieszeni i wolnym krokiem, odważnie przyglądając się podchodzącym funkcjonariuszom, próbował przejść obok. Sądził, że jeśli zachowa spokój, esbecy być może pomyślą, że jest gospodarzem. Wtedy zainteresował się nim milicjant z psem tropiącym. Próbował zatrzymać Franczaka. Franczakowi puściły nerwy i rzucił się do ucieczki – najpierw do stodoły, a potem w kierunku lasu, ostrzeliwując się z pistoletu. Kiedy zauważył milicjantów obstawiających teren w nieco dalszej odległości, zorientował się, że za chwilę wpadnie w zasadzkę, i zawrócił do zabudowań. Wskoczył w krzaki, z których po chwili wybiegł, z zawieszoną na szyi teczką i dwoma pistoletami w dłoniach. Wszyscy milicjanci rzucili się w jego stronę, ciągle strzelając.

Osaczony nie miał najmniejszych szans na ucieczkę. Próbował przebić się przez zaciskającą się obławę, ale wtedy dosięgły go pociski. Trafiony kilka razy w klatkę piersiową „Lalek” pochylił się i upadł na twarz. „Dobiegliśmy do Franczaka, wzięliśmy go za ręce, podnieśliśmy twarzą do góry, Franczak po upływie około 2 minut zmarł – relacjonował jeden z milicjantów.

FRAGMENT Z RAPORTU SŁUŻBY BEZPIECZEŃSTWA:

Okrążenia zabudowań B [Becia] Wacława s. Jana dokonano z podjazdu przez grupę operacyjną ZOMO składającą się z 35 funkcjonariuszy doprowadzonych do meliny przez dwóch oficerów Służby Bezpieczeństwa. Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy, a gdy został wezwany do (nieczytelne) chwycił za broń – pistolet, z którego oddał kilka strzałów. W tej sytuacji grupa likwidacyjna ZOMO przystąpiła do likwidacji. Franczak mimo wzywania go do zdania [broni] podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł.

Choć 21 października 1963 roku komunistyczna władza zakończyła walkę z żołnierzami wyklętymi, nie zamierzała jeszcze odpuszczać ostatniemu z nich. Prokurator prowadzący tę sprawę nakazał, by odciąć głowę zabitego. „Powołując się na pismo prokuratury z dnia 24 października 1963 roku i na ustną rozmowę z dr. Iwaszkiewiczem proszę o zdjęcie głowy ze zwłok Józefa Franczaka” – napisał we wniosku przekazanym do lekarzy dokonujących sekcji zwłok.

Zbezczeszczone w ten sposób ciało zastrzelonego partyzanta, nagie i pozbawione głowy, pochowano w anonimowym grobie. Jednak bliskim Franczaka udało się przenieść jego szczątki do rodzinnego grobowca.

Głowę sierżanta „Lalka” udało się odnaleźć dopiero w 2007 roku. Prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej ustalili wówczas, że spoczywająca w jednej z pracowni lubelskiego Uniwersytetu Medycznego ludzka czaszka należy do ostatniego żołnierza wyklętego. Najprawdopodobniej służyła studentom do celów naukowych. Uroczyście pochowano ją obok pozostałych szczątków sierżanta Franczaka 26 marca 2015 roku.