Barbara Sowa: Będzie się pani ubiegać o fotel prezes Polskiego Radia w konkursie?
dr Barbara Stanisławczyk *: Na razie konkurs nie jest ogłoszony, w ogóle się tym nie zajmuję, intensywnie pracuję nad bieżącymi sprawami.

Przyjmijmy, że pani wystartuje. Czym się pochwali przed Radą Mediów Narodowych po pół roku prezesury?
Dużo udało się zrobić. Praktycznie we wszystkich sferach i każdą z nich należałoby omówić oddzielnie.

Zacznijmy od finansów.
W tym obszarze udało się przede wszystkim w krótkim czasie znaleźć oszczędności i załatać dziurę budżetową, która odziedziczyliśmy po naszych poprzednikach.

Jaką dziurę? Poprzedni prezes zostawił spółkę z 3,5 mln złotych netto na plusie.
Poprzedni rok został rzeczywiście zamknięty na plusie, ale problematyczny jest obecny rok i budżet, jaki nam sporządzono. On abstrahuje od rzeczywistości.
Powiększono go na podstawie tekstu prasowego, w którym KRRiT przewidywała, że wpływy z abonamentu będą większe o 22 mln (w budżecie zapisano 193 mln zł, tymczasem KRRiT przyznała PR na ten rok 171 mln zł - red.). Do tego doszła ustawa o podatku VAT, od 1 stycznia mniej korzystna dla spółki, co razem daje 34 mln złotych bez pokrycia. W ciągu paru miesięcy udało się jednak uszczelnić przepływy środków finansowych, co pozwoli na zaoszczędzenie w skali roku ponad 30 mln złotych.

Podobno w połowie bieżącego roku macie deficyt w wysokości 9 mln złotych.
To nieprawda. Wynik finansowy netto za 6 miesięcy obecnego roku, to prawie 28 mln zł na plusie. Należy brać pod uwagę nierównomierne wpływy z abonamentu. Największe przypadają na pierwsze miesiące roku. W skali całego roku brakuje już niewiele ponad 3 mln zł, ale już w tym momencie widać szanse nie tylko na załatanie dziury, ale na znalezienie funduszy na inwestycje. Wracając do uzdrawiania finansów radia, to co działo się w poprzednim okresie w obszarze finansowo-ekonomicznym nazwałabym prywatyzowaniem anten i najdelikatniej rzecz ujmując nieracjonalnym dysponowaniem środkami finansowymi w innych komórkach radia.

To poważny zarzut. Ma pani jakieś przykłady?
To liczne umowy, które teraz weryfikujemy, oferty, przetargi. Dużo roboczych działań, które decydują o tym, że koszt może być niższy lub wyższy, że zawarta umowa może być korzystna lub niekorzystna dla radia. Zapytanie ofertowe może być wysłane do wielu podmiotów, dzięki czemu uzyska się rzeczywistą wycenę rynkową, a można zadzwonić do czterech osób, czy firm, nie mówię że znajomych, i wywindować taką stawkę. W grę wchodziło wiele działań. Choćby w obszarze umów sponsorskich, w obszarze inwestycji, remontów, zleceń dla podwykonawców. Na przykład były umowy ze sponsorami na koprodukcję programów, gdzie zdobyte pieniądze niemal w 100 proc. zamiast do budżetu radia trafiały w formie wynagrodzeń do kieszeni bardzo wąskiej grupy pracowników. Często w takich umowach pokrywał się też zakres kompetencji, czyli za tę samą pracę wynagrodzenie i od radia i od sponsorów. Nazywam to prywatyzacją anteny. Na dodatek dostęp do takich umów mieli nieliczni, czyli były obszary kominów płacowych i obszary biedy, co jest niesprawiedliwe.
Pracujemy nad ujednoliceniem standardu umów, żeby były korzystne dla radia, żeby można je było normalnie rozwiązać. Proszę sobie wyobrazić, że mieliśmy dużo umów nierozwiązywalnych. Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły.

Czy zgłosili państwo sprawę do prokuratury?
To o czym mówię nie ma kwalifikacji prokuratorskich i mieści się w szeroko pojętych granicach prawa. Natomiast były to działania z punktu widzenia radia niekorzystne i nieracjonalne finansowo. Racjonalizujemy kosztorysy, prowadzimy ścisłą kontrolę nad przepływami finansowymi i zawieranymi umowami.

Ile na takich działaniach traciło Polskie Radio?
Prowadzone kontrole wewnętrzne poszczególnych komórek wykazały, że nieprawidłowości było bardzo dużo. Szczegółowe oszacowanie strat wymagałoby przeanalizowania każdej oferty i umowy na każdym etapie realizacji. Analizy powinny dotyczyć nie tylko ostatniego roku (2015), ale kilku lat, gdyż na przykład proces cyfryzacji kosztował Polskie Radio ok. 50 mln zł i trwał od 2013 roku.

Co poza finansami?
Sfera anten. Uporządkowanie i sprowadzenie dziennikarstwa do poziomu, które powinno ono reprezentować. Czyli przestrzeganie zasad etyki zawodowej i zasad dobrego dziennikarstwa, warsztatu dziennikarskiego. Zapewnienie równego dostępu do debaty różnych stron sceny politycznej, ale też różnych grup społecznych. To wszystko udało nam się w jakiejś mierze uporządkować.

Opinie na ten temat są różne.
Proszę o przykłady.

Analizowałam zeszłoroczne zestawienie czasu antenowego, jaki poszczególne anteny poświęciły poszczególnym partiom. I one nie potwierdzają zarzutów. Na przykład w Trójce PiS i PO miało tyle samo czasu.
To nieprawda. Chyba mieszkałyśmy w różnych krajach.

To wasz wewnętrzny dokument, sama widziałam liczby.
Nie sami politycy kreują opinię publiczną. Tworzą ją komentatorzy i ludzie różnych profesji. To ich udział procentowy w obecności na antenie decyduje o przekazie. A z tym nie było dobrze.

Z zeszłorocznych badań wynika na przykład, że więcej czasu antenowego poświęcono komitetowi Andrzeja Dudy, niż Bronisława Komorowskiego.
Wszyscy byliśmy odbiorcami mediów i jeśli chce mi pani powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z obiektywnymi mediami….

Rozmawiamy o Polskim Radiu, a nie o mediach w ogóle.
Tu również wiele pozostawiało do życzenia. Jeśli przyjrzy się pani składowi osobowemu anten, to wnioski nasuwają się jednoznaczne. Czy można mówić o różnorodnej reprezentacji i o różnorodnych poglądach głoszonych na antenie? Nie powiedziałabym.

A czy teraz wskazówka nie przesuwa się za bardzo w prawą stronę?
Myślę, że nie. Gdzie? Na której antenie?

Na przykład na antenie Jedynki. Wszyscy nowo-zatrudnieni pracownicy to przedstawiciele prawicy.
Proszę popatrzeć na wszystkie anteny i komórki PR. Z tej perspektywy możemy mówić o pluralizmie w polityce kadrowej. W ciągu ostatnich 8 lat z mediów została wyrugowana cała strona, o której pani mówi. Mogę wskazać wiele przykładów wykluczenia. Im się należy, żeby nie funkcjonowali na obrzeżach i to wyłącznie w mediach prywatnych, ale by wrócili także do mediów publicznych. Chciałabym jednak, żebyśmy rozróżnili dwie rzeczy. Czym innym są prywatne poglądy dziennikarza, one mogą być dowolne i to nie ma znaczenia dla mnie jako prezesa i redaktor naczelnej Polskiego Radia, a czym innym jest jakość dziennikarstwa prezentowana na antenie. Prywatne poglądy nie powinny mieć przełożenia na antenę. Tylko o to chodzi. Natomiast zbyt często ludzie oceniani są pod kątem ich prywatnych poglądów. Jeśli wyrażam pretensję do tego, co miało miejsce w poprzednich latach, to mam na myśli poziom dziennikarstwa. Nie chciałabym oceniać indywidualnych postaw.
Wracając do Jedynki, jeśli pani weźmie pod uwagę cały zespół – ponad 60 osób, to liczba nowych dziennikarzy stanowi w dalszym ciągu zdecydowaną mniejszość. Jeśli już mamy rozmawiać o tych prywatnych poglądach i spojrzymy na skalę wszystkich anten, to myślę, że przyzna mi pani rację, że możemy teraz mówić o różnorodności, nawet z przechyłem w stronę tego, co było wcześniej. Na tym etapie to zaledwie zmiana w kierunku normy.

Mówi pani o jakości dziennikarstwa, a w tym samym czasie z Polskiego Radia odchodzi Marcin Zaborski. Poranne rozmowy prowadzi za niego Paweł Lisicki, o którym już nikt nie powie, że to najbardziej merytoryczny dziennikarz w tym kraju.
Pan redaktor Zaborski został przeniesiony z porannego pasma na późniejszą godzinę, z czym nie miałam nic wspólnego. Dowiedziałam się o tym już po fakcie.

A czyja to była decyzja?
Pani dyrektor Stolarek-Marat.

Jeśli się pani nie zgadzała, to chyba mogła pani interweniować.
Pytanie czy powinnam. Przesunięcie dziennikarza w ramówce leży w kompetencjach dyrektora anteny, jeśli zarząd wtrącałby się w takie kwestie, to spotkałabym się z zarzutem ręcznego sterowania. Pani Stolarek, bo miałam z nią taką rozmowę, twierdziła że ta decyzja jest uzasadniona.

Czym?
Potrzebą zmian antenowych. To było parę miesięcy temu, nie chciałabym się odnosić do szczegółów. Umówiłyśmy się też, że nie będę komentowała jej odejścia.

Ale pani Stolarek szybko odeszła, potem można było go próbować zatrzymać.
Nie miałam żadnego sygnału z jego strony, że chciałby coś zmienić, próby rozmowy, ani tez sygnału, że chciałby odejść. Odszedł na własne życzenie, chyba nie roszcząc żadnych pretensji.

Nie szukałby pracy, gdyby nie został odsunięty od prestiżowego pasma. Zresztą nie on jeden.
Wola musi być po obu stronach. Zatrzymywanie kogoś na siłę w sytuacji, kiedy ma lepszą może propozycję, albo po prostu chce odejść nic nie da. Wielka była awantura o panią Grażynę Mędrzycką-Gęsicką, która po likwidacji stanowiska straciła pracę. Wielki był też przy okazji medialny atak na mnie. Ale atakom nie ulegam, działam z myślą o dobru radia i zespołu. Gdy znalazło się dobre miejsce dla pani Grażyny, zaproponowałam jej powrót. I nie robiłam z tego powodu medialnego szumu.

To jeden z nielicznych przypadków. Znacznie więcej osób ze spółką musiało się rozstać.
Przypadków, o których mówiłam wcześniej jest więcej. Wrócił na przykład pan Dominik Panek. W tym roku nie było więcej odejść niż w poprzednich latach i wynikały one z różnych przyczyn: odejścia na emeryturę, rozwiązania umowy za porozumieniem stron, zdarzyły się również wypowiedzenia z winy pracownika, a dwie osoby zostały zwolnione dyscyplinarnie.

A jaki jest klucz doboru nowych pracowników?
Kompetencje i jeszcze raz kompetencje.

Samuel Pereira, który nie ma żadnego doświadczenia radiowego, chyba takich kompetencji nie ma.
Jego już w radiu nie ma, choć rzeczywiście przez krótki czas pracował. Fachowcem nikt się nie rodzi. Nie byłam pracownikiem PR, ale myślę że szybko weszłam w rzeczywistość radiową. I mam nadzieję, że kiedy odejdę i będę rozliczana z czasu, który tu spędziłam, to zostanę oceniona pozytywnie. Idea dziennikarstwa jest ta sama dla wszystkich mediów, różnice są tylko techniczne. Człowiek wykształcony i obeznany z mediami naprawdę szybko sobie poradzi z mikrofonem.

A język, głos, dykcja?
Jest wielu dziennikarzy radiowych, którzy głos mają nieradiowy, a są osobowościami. Dajmy sobie szansę. Radiowy głos jest ważny, ale równie ważna jest jakość myśli, intelekt i merytoryczna strona przekazu.

Jedna z dziennikarek, która się rozstała z Jedynką opowiadała, że czarę goryczy przelał wywiad Antoniego Trzmiela z Cezarym Gmyzem na temat Lecha Wałęsy i była to jednostronna audycja, gdzie dziennikarz i gość wzajemnie sobie potakiwali.
Najlepsze decyzje zarządu nie zagwarantują w szczegółach ich realizacji na każdym najmniejszym odcinku. Na kolegiach, w których uczestniczę co tydzień, podkreślam że powinnyśmy być obiektywni, nie uprawiać żadnej propagandy, ani w lewą ani w prawą stronę i że obiektywizm dotyczy każdej sfery życia i każdej strony sceny politycznej. Zdarza mi się również upominać dziennikarzy. Kilka razy miałam rozmowę w sytuacjach, kiedy wyłapałam odchylenia. Nie mówię o przypadku, o który pani pyta, bo nie słyszałam. Jeśli to miało miejsce, to nie pochwalam. Od lat głośno mówię, że dziennikarstwo zostało nie tylko spauperyzowane, ale wręcz zepsute. Długo musiałam tłumaczyć niektórym dziennikarzom w PR, żeby nie łączyć informacji z komentarzem. Nie rozumieli. Tak byli nauczeni, że trzeba ją spuentować, podpowiedzieć odbiorcy, co ma myśleć. Zwłaszcza młodzi dziennikarze są wychowani na takich antynormach. Walczę o to, by język, jaki w Polskim Radiu obecnie obowiązuje, łączył a nie dzielił. By nie był mową nienawiści, nie posługiwał się epitetami, nie wyśmiewał.

A wcześniej tak było?
Ależ oczywiście! Nie słyszała pani?

Jakieś przykłady?
Nie chciałabym mówić aż o takich szczegółach sprowadzonych do konkretnych audycji. Wszystko jest zarejestrowane, można odsłuchać.

Występuję w imieniu dziennikarzy PR, których ubodło, że prezes bez doświadczenia radiowego ich poucza.
Przepraszam, teraz to pani mnie ubodła! Ponad 20 lat w dziennikarstwie - od szeregowego dziennikarza, po redaktor naczelną i dyrektor wydawniczą. Uczyłam dziennikarstwa na UW i w Collegium Civitas. 9 książek, setki artykułów. Obroniłam tytuł doktora w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Czy ci państwo uważają, że nie mam prawa mówić o zasadach dziennikarstwa? Przekazuję to, co jest dostępne we wszystkich podręcznikach. Jeśli to jest pouczanie… Czy mamy dyskutować o czymś tak kuriozalnym, z czym się tu w radiu spotkałam, mianowicie o informacji autorskiej? To jest subiektywizacja informacji. Na coś takiego nie ma zgody.
Jest takie powiedzenie proste, acz mądre – jak ktoś chce kogoś uderzyć, to zawsze znajdzie kij. I to mniej więcej odnosi się do ludzi, którym nie podobają się zmiany, a może moja osoba. Kiedy rozmawiam z dziennikarzami, niechętni zarządowi i wprowadzanym zmianom narzekają, że ich pouczam, albo żartują, że prowadzę warsztaty. Kiedy nie rozmawiam narzekają na brak dyskusji…

Jakiego typu jest pani menedżerem?
Demokratycznym.

A zespół mówi że autorytarnym.
A na czym polega mój autorytaryzm?

Pani obstaje przy swoim.
Myli pani pojęcia. Obstaję przy zasadach, bo uważam, że pewne sfery nie podlegają dyskusji. Chcemy dyskutować o tym, czym jest informacja? To śmieszne.

Ale pani w radiu powinna zajmować się nie tylko zasadami dziennikarskimi, ale finansami czy reorganizacją. Ustępuje pani zespołowi, konsultuje się z pracownikami?
Nasza rozmowa zaczęła się od omawiania sfery finansowej. A co do konsultacji, robię to bardzo często. Na kolegiach dyskutujemy. Zapraszam również do siebie na robocze rozmowy. Słucham, ale rzeczywiście zostawiam sobie prawo do podejmowania ostatecznych decyzji. Taka jest moja rola.

Reorganizacja i centralizacja informacji przyniosła radiu oszczędności?
Newsroom jest normą na świecie. Tak działa BBC. Podążam więc za standardami. Nie każda restrukturyzacja jest podyktowana oszczędnościami. Chcę zmieniać radio kompleksowo i od środka, likwidować nadużycia, których jest dużo. To rodzi plotki na mieście, sprzeciw. Dlatego jestem określana jako osoba autorytarna. Nie jestem autorytarna, lecz decyzyjna. Nie zależy mi na przypodobaniu się komukolwiek.

Przy restrukturyzacji nie wzięła pani pod uwagę stanowiska związków zawodowych.
Jak to? Jesteśmy w bardzo dobrych relacjach ze związkami zawodowymi, na wszystkie zmiany związane z restrukturyzacją mamy ich zgodę. Mało tego, mamy zrozumienie. Związki powiedziały wręcz, że nas popierają, bo wreszcie ktoś zaczął myśleć o wszystkich pracownikach, a nie tylko o uprzywilejowanych grupkach. Pracownicy dostali premie, a nagroda prezesa, nie jest tylko nagrodą dla dyrektorów. Dostrzegam pracę ludzi na różnych szczeblach i myślę, że jestem sprawiedliwa. Tym się kieruję. Nawet ci którzy początkowo byli niepewni, sprzeciwiali się, bali się, krótko mówiąc nie byli entuzjastami mojego przyjścia - jeśli nie są zwolennikami, to przynajmniej respektują moje działania. Takie mam wrażenie.

A może raczej się boją?
Proszę z nimi porozmawiać.

Biorąc pod uwagę skalę odejść….
Przypomnę, że nie była duża. Proszę porównać z poprzednimi latami. Lęk i respekt to są dwie różne rzeczy. Bardzo się staram być sprawiedliwa. Żeby nie było tu osób w nieuzasadniony sposób uprzywilejowanych. Zależy mi, by ludzie mieli podobną możliwość dzielenia „tortu” radiowego. I antenowego i finansowego. Nie na zasadzie urawniłowki. Jeśli ktoś jest kompetentny, zdolny i pracowity, z pewnością nie będzie miał problemów.

Ale jeśli zacznie podskakiwać, to nie zagrzeje tu miejsca.
Uwielbiam ludzi, którzy samodzielnie myślą. Nie ukarałam ani jednej osoby, która wyraziła swój pogląd czy krytykę.

Jak to, a Zimoch?
O nie, przepraszam bardzo, jeśli uważa pani, że obecną sytuację Polskiego Radia można porównać do reżimu stanu wojennego, to ja się gwałtownie sprzeciwiam. I proszę mnie nie obrażać. Nie zrobiłam niczego, żeby takie porównanie stosować. To jest nadużycie.

Za ten wywiad program w PR straciła nawet dziennikarka „DGP”, która rozmawiała z Zimochem.

Od naszych współpracowników, oczekujemy uczciwości dziennikarskiej i lojalności w stosunku do pracodawcy, a nie propagandy i pogardy.
Do dziś zastanawiam się, co kierowało panem Zimochem. Na pewno nie względy merytoryczne czy troska o radio. Dobrze by było, aby ludzie krytykujący Polskie Radio najpierw sami zrobili rachunek sumienia, a potem rozliczali innych. Pan Zimoch przeżył tu stan wojenny. Mało tego, przeszedł weryfikację i został w Polskim Radiu, podczas gdy inni siedzieli w więzieniach, byli szykanowani, walczyli o inną Polskę. Nie przypominam sobie, by pan Zimoch do tej grupy należał. A jednocześnie stosuje porównanie do stanu wojennego. To było jednym wielkim nadużyciem. Nie zwolniłam go, ale skierowałam sprawę do komisji etyki radia, która wyraziła swoją opinię. Była ona negatywna, mimo tego pan Zimoch pozostawał pracownikiem PR. On sam nam wypowiedział umowę, próbując zrzucić winę na pracodawcę, na co się nie możemy zgodzić. Pan Zimoch porzucił stanowisko w gorącym okresie, tuż przed Euro 2016 i olimpiadą. Na dodatek naruszył wizerunek Polskiego Radia. Skierowaliśmy więc sprawę do sądu.

Polskie Radio traci słuchaczy - Jedynka ma najgorsze wyniki w historii, nawet Trójce nieco spadła słuchalność.
A za chwilę podrosła. Tu jest fluktuacja. Ale po kolei. Spadkowa tendencja w Jedynce trwa od lat. Antena nie miała też promocji. Wkrótce będzie ją miała, w tym czasie pracujemy nad ramówką jesienną.

A to nie jest efekt eksperymentów?
Może rzeczywiście niektóre decyzje w początkowym okresie podjęto zbyt szybko. Jedynka wymaga dopracowania formatu. Nie można pozwolić, by zestarzała się wraz z podstawową grupą słuchaczy. Trzeba przyciągnąć nieco młodszych, ale nie stracić starszych. I stawić czoła trudnemu wyzwaniu, jakim jest pogodzenie misji głównej anteny radia publicznego z atrakcyjnością, która byłaby konkurencyjna dla rozgłośni komercyjnych.

Pytanie czy to przyciągnie młodych.
Przyjdą, a „Jedynka” pozostanie „Jedynką”.

Na razie zmian było sporo, zdjęto pasmo popołudniowe, pojawiły się nowe głosy, stare zniknęły.
Ale nie można mówić o rewolucji. Wracając do słuchalności, na jej wynik wpływają różne czynniki, również metody badawcze.

Proszę nie iść ścieżką prezesa TVP, który spadającą oglądalność chce zwalić na firmę badawczą.
Nie idę, ale zmiany metod pomiaru przekładają się na słuchalność. Pod koniec roku dzięki temu podrosła słuchalność Trójki. Gdy chodzi o Jedynkę, nie ulegamy panice, bo odbudowanie marki zaniedbywanej przez lata i podwyższenie słuchalności to jest dłuższa perspektywa.

Mówi pani o odmładzaniu słuchaczy, a tymczasem z analogu znika młodzieżowa Czwórka. Młody słuchacz jest traktowany per noga.
Nie, wręcz przeciwnie. Na miejsce Czwórki wejdzie antena informacyjna – obiektywna i rzetelna, na którą jest olbrzymie zapotrzebowanie w naszym kraju. Takiej anteny nie ma na rynku.

Jest już TOK FM.
Podkreślam, że chodzi o obiektywną, rzetelną i niezależną antenę informacyjną. Taką antenę chcemy zbudować. Jako nadawca publiczny musimy sprostać oczekiwaniom społecznym. Czwórkę przekierowujemy tam, gdzie ma naturalnego słuchacza, czyli na przekaz multimedialny. Młodzi w sposób naturalny słuchają radia przez smartfony czy Internet.

Na komórce młody wybierze Spotify czy Deezera.
Tego nie wiemy, spróbujemy zawalczyć.

Jaki będzie zadowalający wynik słuchalności po roku od startu „inforadia"?
Robimy wszystko, żeby osiągnąć jak największą skuteczność i zainteresować rynek w jak największym stopniu. Bylibyśmy zadowoleni osiągając po roku nadawania wynik bliski 1% w skali kraju. Proszę pamiętać, że zasięg techniczny Polskiego Radia 24 to 17,1% powierzchni kraju.

Jaki jest budżet kanału?
Na pewno będzie większy niż obecny budżet Polskiego Radia 24.

Ile osób będzie pracowało w kanale?
Obecnie w PR24 pracuje na etatach kilkanaście osób. Docelowo, w zależności od budżetu, będziemy się starali powiększyć zespół nawet dwukrotnie. Kanał będzie nadawał 24-godziny na dobę, przy czym nocą zapewne pojawią się powtórki.

Kto będzie jego twarzą?
Dziennikarze.

Co dalej z cyfryzacją radia?
Proces cyfryzacji radia stoi pod znakiem zapytania nie tylko w Polsce ale i w Europie. Nie wycofujemy się z cyfryzacji, tylko zamroziliśmy jej rozwój. Jesienią organizujemy międzynarodową konferencję, by postawić pytanie o przyszłość tego procesu. Zapraszamy przedstawicieli radiofonii, międzynarodowych organizacji nadawczych, ale też lobby producentów sprzętu czy samochodów oraz przedstawicieli państwa i UE. To co zrobiono w Polsce, to była zabawa w cyfryzację. Wydano ok. 50 mln złotych bez zbudowania rynku odbiorców. W ten sposób narażono spółkę na straty. Nie wolno się zamykać na nowe trendy, ale bez projektu narodowego, a wręcz europejskiego cyfryzacja radia jest lekkomyślnością.

*dr Barbara Stanisławczyk jest prezesem Polskiego Radia.