Radosław Korzycki: Minął pierwszy rok prezydentury Baracka Obamy. W dzisiejszym orędziu nakreślił on zarys swej strategii na przyszłość. Czas też jednak na bilans. Wielu komentatorów zarzuca prezydentowi, że angażuje się jeszcze bardziej w Afganistan, a przecież obiecywał się stamtąd z czasem wycofać. Co pan sądzi o afgańskiej strategii Białego Domu?

John Bolton: Uważam, że jest ona podwójnie kompromitująca. Przede wszystkim słynna mowa do kadetów w West Point, w trakcie której prezydent ujawnił kulisy swojej decyzji w sprawie Afganistanu, była bardzo niefortunna. Nie da się nie zgodzić z koncepcją, że inne kraje NATO muszą się tam bardziej zaangażować. Ale prezydent swój apel przedstawił w tak mizerny i mało stanowczy sposób, że od razu Paryż i Berlin mogły powiedzieć „nie”. I to jest pierwsza kompromitacja.

A ta druga?

No właśnie. Najbardziej niepokoi mnie to, że Obama chcąc tak naprawdę sprostać swoim obietnicom wycofania wojsk, nakreślił plan wyjścia, zaczynając od odwrotu pierwszego kontyngentu latem 2011 r. To najgorszy krok z możliwych. Myślę, że to w konsekwencji tak naprawdę podcina całą koncepcję zwiększenia liczby wojsk pod Hindukuszem. Prezydent zdradza kompletne nieprzygotowanie, lekceważy ludzki i ekonomiczny wysiłek wystawienia 35 tys. żołnierzy. Bo jeżeli wysyła się do Afganistanu nowy kontyngent z jasno określoną datą powrotu, to jest to sygnał dla Al-Kaidy i talibów, że jeśli będą cierpliwi i poczekają dość długo, to wojska amerykańskie wyjadą i wszystko wróci do normy. Znowu będzie można wyjść z kryjówki. Musimy oczywiście poczekać na skutki nowej strategii, ale jej start był fatalny.


Jeżeliby przyjąć, że koncepcja Obamy rzeczywiście jest niespójna, to z czego pana zdaniem to wynika? Demokratycznej ekipie brakuje doświadczonych doradców?

Myślę, że tak. Prezydent w dalszym ciągu rozdarty jest między głównodowodzącym misją ISAF w Afganistanie, czyli generałem Stanleyem McChrystalem, który z pewnością zna się na swoim fachu i teraz potrzebuje żołnierzy, a wiceprezydentem Bidenem, który – jak klasyczny waszyngtoński demokrata – wolałby jakieś dyplomatyczne triki z Pakistanem. Dlatego też uważam, że prezydent stoi w rozkroku pomiędzy obydwoma pomysłami, nie prześledził do końca logiki interesów strategicznych USA. W jego polityce jest mnóstwo ambiwalencji, a także myślenia życzeniowego. To działa na korzyść Al-Kaidy, która może sobie teraz przygotować własną strategię pod kątem amerykańskiej. To początek poważnego problemu dla nas.

Niektórzy są zdania, że polityka zagraniczna Białego Domu to w gruncie rzeczy kontynuacja linii George’a W. Busha. Według nich Obama nie ma innego wyjścia. Zgadza się pan z tym?

I tak, i nie. Obama, już obejmując urząd, zdecydował się w pewnych sprawach na prostą kontynuację polityki Busha. W marcu zeszłego roku wprowadzał w życie plany, które zostawiła na swoich biurkach poprzednia administracja. Patrząc na to z pewnej odległości, można przyjąć, że to właściwy kierunek, że Obama prezydent zmądrzał i nie wygaduje już truizmów, jak miał to w zwyczaju Obama kandydat. Ale jeżeli się dokładnie przyjrzymy temu, co robi, to dostrzeżemy brak konsekwencji, ogromne zagubienie. I tu wracamy do tego, o czym już mówiłem. Brak u szefa państwa tej stanowczości, jaką miał George W. Bush, zagraża naszemu bezpieczeństwu narodowemu.


Rozmawialiśmy kilka tygodni temu z Josephem Nyem, który stwierdził, że największym sukcesem Obamy jest powrót do publicznej dyplomacji, soft power, czyli największego kapitału Ameryki, zaprzepaszczonego jego zdaniem przez poprzednich osiem lat. Czy pana zdaniem ten proces się udaje?

Moim zdaniem naszej dyplomacji za rządów republikanów niczego nie brakowało, cokolwiek profesor Nye na ten temat sądzi. Nie bardzo wiem, co tu odbudowywać. Demokraci po prostu chcieliby traktować jak partnera każdego – niezależnie od tego, jakich niegodziwości się dopuścił. W teorii wszystko gra. Jeden czy drugi senator może sobie opowiadać o dialogu, że to wartość, etc. Ale jak się już jest prezydentem, to trzeba się zachowywać inaczej. Tu nie ma miejsca na górnolotne słowa. Dlatego też wielką pomyłką była Pokojowa Nagroda Nobla, przyznana podobno za nowy język dyplomacji.

Dostrzegam w tym dyskretną prowokację. Komitet w Oslo chciał pokazać, jaką Amerykę po prostu lubi. Ale tu muszę wziąć w obronę prezydenta Obamę, bo przyznanie mu tej nagrody to w końcu nie wina jego samego. Jak pokazały sondaże Gallupa, dwie trzecie Amerykanów uważa, że to wyróżnienie jest mocno na wyrost, co osłabia autorytet prezydenta. Norwegowie po prostu zrobili Obamie krzywdę.

Skoro zgadza się pan z powszechnym oburzeniem na przyznanie amerykańskiemu prezydentowi Pokojowej Nagrody Nobla, to pewnie nie ma pan najlepszego zdania o osiągnięciach Obamy w polityce zagranicznej?

Jakich osiągnięciach? On jest skupiony wyłącznie na sprawach wewnętrznych i jak każdy demokrata nie docenia wagi spraw międzynarodowych.


A sposób, w jaki namówił innych do wspólnej walki z kryzysem, albo próba budowania koalicji w sprawie Iranu czy wreszcie słynny reset w relacjach z Rosją?

W kwestii kryzysu wiele się nie stało. Moim zdaniem każdy ciągnie w swoją stronę i chroni przede wszystkim własny rynek. Iran wydaje się zaś być jeszcze groźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Coraz bardziej przekonujące dane dochodzą na temat tego, jak bardzo zaawansowane są prace nad ich bronią atomową. Proces pokojowy na Bliskim Wschodzie, który był istotny dla prezydenta Busha, zupełnie ugrzązł. A co do Rosji… Nie mam pojęcia, czemu Barack Obama za wszelką cenę chce pokazać Moskwie, jak bardzo jest słaby i gotowy do ustępstw.

Czyli układanie się z Rosją co do nowego traktatu w sprawie redukcji broni strategicznej po wygaśnięciu START to pana zdaniem pokazywanie miękkiego brzucha?

Tutaj zwróciłbym uwagę na przynajmniej dwie sprawy. Po pierwsze administracja amerykańska chce ograniczyć własny potencjał nuklearny. To bardzo niepokojący sygnał, bo wytrąca nam z rąk jedno z podstawowych narzędzi utrzymywania kruchej równowagi w świecie. To przynosi kontrefekt, obniża nasz autorytet w oczach aliantów, takich jak Izrael czy nawet kraje Europy. Tracimy cały kapitał, jaki daje nam nuklearny parasol. A druga sprawa to jest rzeczywiście to, co pan nazwał pokazywaniem miękkiego brzucha. Trzeba przypomnieć, że Rosja w przeciwieństwie do nas wielu sojuszników nie ma. Nie bardzo wiem, po co składać Moskwie tak głęboki ukłon i próbować dostosowywać się do niej.

John Bolton, były ambasador USA przy ONZ, były zastępca sekretarza stanu