I wprowadza do opisu sytuacji z 1989 roku jeszcze jedno znamienne pojęcie: zamach stanu. Takiego właśnie zamachu dokonali wedle Matyi latem tamtego roku Lech Wałęsa do spółki z Jarosławem Kaczyńskim. Czując osłabienie władzy po wyborach

4 czerwca i nie godząc się na bierność znacznej części środowiska opozycyjnego związanego z "Gazetą Wyborczą", postanowili przejąć polityczną inicjatywę. Skutkiem była faktyczna likwidacja układu zawartego przy Okrągłym Stole. I koniec nieformalnego systemu rządów, który Matyja nazywa "demokracją uzgodnieniową", a który służył przede wszystkim powstrzymywaniu jakichkolwiek spontanicznych społecznych inicjatyw. Zamach na krótszą metę się powiódł, ale to nie Kaczyński i Wałęsa stali się jego głównymi beneficjentami. Do władzy doszedł Tadeusz Mazowiecki - początkowo nieufny wobec środowiska "Wyborczej", ale później coraz bardziej z nim sympatyzujący. Dlaczego główni autorzy zamachu nie spożytkowali swojego wcześniejszego zwycięstwa? Być może dlatego - zauważa Matyja - że choć świetnie potrafili obalać ustalone porządki, byli szalenie nieporadni, gdy chodziło o tworzenie nowych.

p

Rafał Matyja*

Latem 1989 roku zerwano umowy Okrągłego Stołu w ich najważniejszej warstwie: odebrano PZPR i Jaruzelskiemu znaczną część władzy, pozbawiono ją politycznej inicjatywy i wreszcie - złamano mechanizm zmian oparty na negocjacjach między stronami Okrągłego Stołu. Dokonano zamachu stanu, odwołując się do procedur formalnych, wbrew duchowi, który ożywiał obrady w Pałacu Namiestnikowskim. Uczynili to zgodnie Lech Wałęsa i Jarosław Kaczyński, kładąc fundament pod III Rzeczpospolitą jako państwo, którego istotą będzie konflikt między postkomunizmem a nowym państwem, a nie negocjowana mozolnie koegzystencja dwóch stron niedawnych umów.

Państwo Okrągłego Stołu, gdyby nie zostało obalone latem 1989 roku, byłoby zarządzane nadal przez jakieś półformalne grona w rodzaju Komisji Porozumiewawczej tworzone w celu zapobieżenia niekontrolowanym wybuchom energii społecznej lub zachowaniom części aparatu władzy. Ta urojona symetria zagrożeń uzasadniałaby ustrojowy - a nie jedynie polityczny - "sojusz sił reformatorskich" jako podstawę całego systemu władzy. Legitymizowałaby nie tylko rząd, ale też cały - kształtujący się już przecież latem - system wykluczeń. System określający to, o czym nie powinno się mówić, i określający to, kto nie powinien zabierać głosu w ramach systemu efektywnych środków komunikacji kontrolowanego przez wysokie umawiające się strony.

Zamach stanu przerywał nie tylko niezbyt udaną misję tworzenia rządu prowadzoną przez Czesława Kiszczaka, ale kwestionował także zasady państwa Okrągłego Stołu. Otwierał realny spór o nowe reguły. To dlatego ustrój III Rzeczypospolitej nie został ukształtowany między wiosną 1989 roku, ale kształtował się między lutym 1989 a czerwcem roku 1992. Kształtował nie - jak się często powtarza - za sprawą umów Okrągłego Stołu, lecz splotu okoliczności, w którym oprócz uzgodnień elit istotną rolę odegrały także postawy społeczeństwa i wewnętrzne konflikty w łonie obozu "Solidarności".

Zamach stanu nie powiódł się w pełni w jego warstwie politycznej. Zamachowcy nie sięgnęli sami po władzę - w zasadzie godząc się na wiele kompromisów z wszystkimi siłami politycznymi. Zadowolili się zmianą ustrojową i pokrzyżowaniem szyków najważniejszym konkurentom - menedżerom okrągłostołowego kontraktu w kierownictwie OKP i odnowionej PZPR. Z obecnej perspektywy niezwykle istotne jest jednak to, jakie przyniosło to ustrojowe skutki: pozytywną destrukcję mechanizmu okrągłostołowego i uruchomienie nowej dynamiki zmian.

Demokracja kontraktualna

By lepiej przedstawić konflikt zasad ustrojowych, z jakim mieliśmy do czynienia latem 1989 roku, posłużymy się pojęciem przywołanym w jednej z prac Jerzego Wiatra - "demokracji kontraktualnej", czyli takiej, która "opiera się na uzgodnionym, trwałym kompromisie". Szukając precyzyjnego określenia dla tego modelu politycznego, który zastosowano w Polsce w roku 1989, należałoby oczywiście mówić o tym, że procedury uzgodnieniowe raczej zastępują, niż uzupełniają demokrację. Ustrój państwa Okrągłego Stołu byłby zatem jakąś formą władzy elit, oligarchii - opartej na mechanizmach demokratycznej korekty i regulacji stosunków między dwoma segmentami elit.

Mechanizm polityczny takiej demokracji zakładał - jak pisał w 1990 roku Wiatr - iż "kompromis taki musi reformatorom gwarantować, że realizując przemiany demokratyczne nie kopią dla siebie politycznego grobu, zaś umiarkowanym opozycjonistom zapewniać, iż ich współpraca z reformatorskim skrzydłem dotychczasowego reżimu nie zepchnie ich na pozycje ozdobników dla niezmienionego systemu". Mechanizm taki wymaga zatem sporego wzajemnego zaufania budowanego w warunkach ostrego kryzysu instytucjonalnego. Wymaga też posługiwania się mocnym argumentem wspólnego wroga - radykałów w obu obozach: zwolenników utrzymania hegemonii PZPR z jednej strony i zwolenników prawdziwej - już niekontraktualnej - demokracji z drugiej.

Wymaga zatem budujących to wzajemne zaufanie i wspólne interesy rozmów. Precyzyjny opis przesilenia, jakie miało miejsce latem 1989, autorstwa Antoniego Dudka wskazuje na istnienie kilku alternatywnych kanałów kontaktu między Czesławem Kiszczakiem, Januszem Reykowskim i Aleksandrem Kwaśniewskim z jednej strony a Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem i Bronisławem Geremkiem z drugiej. Wszystkie te kanały funkcjonują w ramach reguł "demokracji kontraktualnej", w ramach niesformalizowanego do końca, ale realnie kształtującego okrągłostołowe uzgodnienia mechanizmu.

Praktycznym wyzwaniem dla tego modelu ustrojowego jest latem 1989 roku przełożenie demokratycznej korekty z 4 czerwca 1989 roku na realia polityczne. Wydaje się, że już w pierwszym okresie kształtuje się wizja "sojuszu reformatorskiej części PZPR" i "Solidarności" z Bronisławem Geremkiem jako premierem. Niski poziom zaufania wewnątrz nowej elity sprawia, że nie jest ona w stanie przeprowadzić takiego planu. Zarówno "reformatorzy w PZPR", jak i nastawiona na sojusz z nimi część opozycyjnej elity próbują przede wszystkim testować możliwe reakcje zewnętrzne na powołanie takiego rządu.

Toczona w tym momencie gra mocarstw wskazywała na zainteresowanie Waszyngtonu i Moskwy jakąś formą pokojowej ewolucji, która nie naruszy w spektakularny sposób międzynarodowego status quo w Europie. Sygnały dopuszczające uznanie przez Moskwę rządu nieopartego na dominacji PZPR z jednej strony i wyraźne zachęty do respektowania interesów postkomunistów (w tym bardzo konkretne sygnały poparcia dla prezydentury Jaruzelskiego) wysyłane przez dyplomację amerykańską z drugiej określały ramy dokonujących się zmian.

Jednocześnie jednak pozostawiały spory zakres swobody w sprawach szczegółowych. Utrzymanie mechanizmu "demokracji kontraktualnej" było na rękę dwóm stosunkowo wąskim grupom kierowniczym, które zdobyły pewne nadzwyczajne uprawnienia negocjacyjne. Pozycja grupy osadzonej w kierownictwie PZPR była przy tym zachwiana podwójnie: po pierwsze spektakularną klęską 4 czerwca, po drugie wewnętrznym osłabieniem: w klubie parlamentarnym PZPR znalazł się tylko jeden z 17 członków Biura Politycznego (Marian Orzechowski). Poza Sejmem był natomiast cały - z wyjątkiem Ireneusza Sekuły - rząd Mieczysława Rakowskiego.

W tym kontekście pozycja Geremka, Kuronia i Michnika wydawała się po prostu znakomita. Zdołali już dokonać istotnej instytucjonalizacji swego stanu posiadania przez objęcie funkcji w OKP i opanowanie "Gazety Wyborczej". Jednocześnie zaś zabiegali o możliwie silną pozycję w "Solidarności" (Zbigniew Bujak i Władysław Frasyniuk byli szefami kluczowych regionów związku) i ruchu Komitetów Obywatelskich (biuro Komitetu prowadził Henryk Wujec). Przejęcie politycznej inicjatywy przez Wałęsę i braci Kaczyńskich było zatem nie tylko zaskoczeniem, ale istotnym kłopotem naruszającym zarówno zawiązujące się porozumienie, jak też kwestionującym reguły "demokracji kontraktualnej". Nieprzypadkowo OKP zareagował na koalicyjną ofertę Wałęsy złożoną ZSL niezwykle nerwowo, sam Geremek miał nawet grozić Wałęsie rezygnacją z fotela przewodniczącego klubu.

Dlaczego Kaczyński?

Za propozycją Wałęsy stała zaś nie tylko pewna różnica taktyczna wynikająca z odmiennych interesów, ale szersza diagnoza sytuacji politycznej zbudowana przede wszystkim przez Jarosława Kaczyńskiego. Polityka, który nie zdobył sobie wcześniej ani szerszej popularności, ani wpływowej pozycji w strukturach opozycji. Jego przewagę wyznaczały przede wszystkim szerszy horyzont postrzegania zjawisk politycznych i mniejsze uwikłanie w środowiskowe style myślenia.

Istotą myślenia Kaczyńskiego jest stawianie na dynamikę sytuacji, którą tworzyły z jednej strony zachowania szerszych grup, na przykład emancypujących się koalicjantów PZPR - Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (ZSL) i Stronnictwa Demokratycznego (SD) - a z drugiej gotowość części aparatu władzy do podporządkowania się mającym społeczne oparcie środowiskom solidarnościowym. Na istnienie takiej dynamiki wskazywały zarówno postawy nowo wybranych posłów ZSL i SD, jak też załamanie się morale wewnątrz samej PZPR. Jej najbardziej sprawne intelektualnie środowiska akademickie wyznaczyły już nowy horyzont polityczny, jakim było przekształcenie partii komunistycznej w "nową partię lewicy".

Tę dynamikę lekceważył centralny ośrodek polityczny opozycji skupiony wokół OKP, niechętny koalicji z ZSL i niedostrzegający realnego przesunięcia się układu sił wewnątrz PZPR i nadal rozmawiający ze swoimi partnerami z czasów Okrągłego Stołu. W gruncie rzeczy zgubiło go nadmierne przywiązanie do realizowanego własnym sumptem scenariusza, a zarazem niedostrzeżenie istotnych elementów nowej sytuacji. Spojrzenie na rok 1989 i na kolejne lata każe bowiem dostrzegać nie tylko intencje i przekonania polityków, ale także ich zdolność do rozumienia zachodzących zmian. Ta właśnie cecha czy wręcz intelektualna przewaga wyróżnia wtedy Kaczyńskiego na tle otoczenia. Wykorzystuje on przy tym dobre kontakty z Wałęsą i chwilowe "zaniedbanie" polityków OKP, którzy - jak mówił Geremek - byli "tak zaabsorbowani" nową sytuacją, że nie zauważyli, "jak w Gdańsku narasta frustracja".

Przewaga Kaczyńskiego nie odnosi się jednak wówczas do jakiejś bardzo zasadniczej różnicy politycznej. Oczywiście nie wiemy, jakie koalicje zawarłby Kaczyński i w jakim stopniu byłby gotów uznać pewne środowiska w obozie władzy za zdolne do współtworzenia nowego ładu, gdyby sam miał prowadzić dalsze rozmowy koalicyjne i uczestniczyć w tworzeniu rządu czy szerzej - nowego układu władzy. Wiele wskazuje na to, że nie byłby politykiem pryncypialnym, lecz przede wszystkim pragmatycznym. Wybierałby inaczej niż Mazowiecki i Wałęsa, inaczej niż Michnik. Ale zapewne podjąłby jakąś grę.

Kaczyński nie zarzuca bowiem swoim ówczesnym przeciwnikom "pragmatyzmu", ale raczej jego niedostatki. Niedostatki widoczne w uznawaniu wyższości powiązań towarzyskich nad politycznymi realiami, w lekceważeniu realnych przestrzeni umacniania się postkomunistów (gospodarka, finanse), w nadmiernie perswazyjnej postawie wobec społecznej dynamiki zmian i wzywaniu społeczeństwa oraz części elity opozycyjnej do faktycznej politycznej bierności. W wizji Wałęsy i Kaczyńskiego taka polityka kierownictwa OKP prowadzi do tracenia pojawiających się szans i marnowania kapitału zwycięstwa z 4 czerwca. Gdyby nie ruch, na jaki zdecydowali się ci dwaj politycy, skala rozczarowania polityką ustępstw mogłaby być jeszcze większa.

Przełom

Tymczasem przełom stał się możliwy także dzięki chęci powrotu do gry ze strony samego Wałęsy. Rozumiał on, że już wybór Jaruzelskiego stanowi częściowe zaprzepaszczenie nadziei rozbudzonych po wysokim zwycięstwie wyborczym "Solidarności". Poparcie Kiszczaka lub choćby umożliwienie mu rozpoczęcia misji tworzenia rządu byłoby zaprzeczeniem całkowitym. Ponadto oddawałoby na czas jakiś polityczną inicjatywę innym ośrodkom. Dlatego też w początkach sierpnia Wałęsa - wbrew niechętnemu stanowisku OKP - wystąpił oficjalnie z ideą koalicji z ZSL i SD.

Mógł przy tym liczyć, że kierownictwa tych stronnictw uznają taką propozycję przede wszystkim za okazję do odzyskania wiarygodności i elementarnej kontroli nad emancypującymi się klubami sejmowymi obu ugrupowań. Mógł sądzić, że zakwestionowanie takiego porozumienia przez PZPR i Jaruzelskiego będzie niezwykle trudne - zarówno z politycznego, jak i formalnego punktu widzenia. Stawiał zatem pewnego rodzaju ultimatum: wspólny rząd jest możliwy tylko na naszych warunkach, z naszej politycznej inicjatywy i z wskazanym przez nas premierem. Logika demokracji kontraktualnej zostaje zakwestionowana.

Dynamika zdarzeń określona została zatem przez trzy istotne procesy: załamanie się morale obozu władzy, wzrost poczucia podmiotowości ZSL i SD oraz początki proceduralizacji systemu. Ten ostatni aspekt polega na potraktowaniu serio wagi nowych mandatów poselskich, nowych ról i nowych reguł. W czerwcu i lipcu udawało się jeszcze Jaruzelskiemu i Kiszczakowi utrzymać atmosferę niepewności i zawieszenia, z czasem jednak wygrało przekonanie, że groźby buntu w armii - zwłaszcza po wyborze prezydenta - są mało realne, a nowo wybrany parlament i jego procedury wyznaczają pewne ramy o znacznym poziomie samoistności. Tak jak nikt nie mógł - jak się okazało - zagwarantować Jaruzelskiemu prezydentury: ani współpracownicy SB w poselskich fotelach, o których pisał w głośnej instrukcji generał Dankowski, ani pozyskani za pośrednictwem nacisków dyplomatycznych i kościelnych posłowie i senatorowie OKP, tak samo nikt nie mógł zablokować scenariusza uruchomionego przez Wałęsę.

Logika formalnych procedur okazała się "ślepa" i niesterowalna - przynajmniej na tym poziomie, do którego przyzwyczaiło się kierownictwo PZPR i który miał być instytucjonalnie zagwarantowany przez kontrakt Okrągłego Stołu. Można było kontynuować nieformalną presję, wykorzystywać przewagę tworzoną przez te procesy. Ale paradoksalnie - związanie wszystkich nadziei na sukces z mechanizmami "demokracji kontraktualnej" doprowadziło jej strony do istotnej porażki.

Zarówno Jaruzelski, jak i Kiszczak próbowali jeszcze budować jakiś ośrodek działający na podstawie nieformalnych reguł demokracji uzgodnieniowej. Jaruzelski widział szansę usytuowania go w formie komisji parlamentarnej nadzorującej prace rządu, Kiszczak myślał nawet przez chwilę o "nowej Magdalence" czy zreformowanej komisji porozumiewawczej. Propozycja Wałęsy wobec ZSL i SD odwoływała się jednak do wszystkich trzech wskazanych wyżej tendencji, z całkowitym pominięciem reguł negocjacyjnych.

Kształt propozycji Wałęsy zmieniał również układ sił w łonie obozu postkomunistów. Wskazywał na Jaruzelskiego jako na jedyny istotny podmiot, z którym się liczono, i określał zakres jego uznawanych kompetencji - w sferze obrony narodowej, spraw wewnętrznych i polityki zagranicznej. Odsuwał na dalszy plan realne negocjacje z ośrodkami cywilnymi związanymi z KC (Rakowski), klubem PZPR (Orzechowski) czy ekipą negocjacyjną z czasów Okrągłego Stołu (Kwaśniewski).

Korekta intencji

Linię tę podtrzymał także kandydat na premiera Tadeusz Mazowiecki. W procesie kształtowania rządu brał pod uwagę praktycznie jeden tylko ośrodek postkomunistyczny - prezydenta Jaruzelskiego. Pominął też wskazania personalne partnerów koalicyjnych, dobierając sobie własnych ministrów z szeregów sojuszniczych partii. Stworzył gabinet autorski, w którym "nieautorskie" teki objęli jedynie Czesław Kiszczak i Florian Siwicki. W istotny sposób osłabił rolę ośrodka OKP, włączając do rządu tylko jednego prominentnego polityka związanego z kierującym nim środowiskiem - Jacka Kuronia.

Mazowiecki podkreślił swą niezależność od OKP, mianując pięciu "solidarnościowych" ministrów spoza klubu, a wśród nich dwóch polityków prawicy - Aleksandra Halla i Tadeusza Syryjczyka. Rdzeń swojego gabinetu politycznego oparł na bliskich współpracownikach z "Tygodnika Solidarność", przede wszystkim Waldemarze Kuczyńskim i Jacku Ambroziaku. Taki obrót rzeczy musiał być zaskoczeniem dla wielu.

Jakkolwiek nie wolno twierdzić, że Mazowiecki miał nieograniczone pole politycznego wyboru, to jednak posiadał możliwość suwerennego zawierania sojuszy. Był politykiem powściągliwym, wręcz nieufnym. Jego odmowa kandydowania w wyborach do Sejmu kontraktowego nie była przy tym podyktowana wątpliwościami dotyczącymi reguł wynegocjowanych przy Okrągłym Stole, ale krytyką centralizmu w kształtowaniu list wyborczych Komitetu Obywatelskiego "Solidarność" - krytyką wymierzoną w dominujący układ z Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Henrykiem Wujcem. Obejmując urząd premiera, Mazowiecki był zatem do pewnego stopnia poróżniony z kierownictwem OKP. Nie ufał też w pełni Wałęsie. Sposób, w jaki zbudował własny rząd, podkreślał ów dystans i nieufność, chęć odgrywania samodzielnej roli i ograniczenia uwikłań.

12 września 1989 roku - w dniu udzielenia rządowi wotum zaufania - to Mazowiecki miał najmocniejsze karty. Wiedział o tym zarówno Lech Wałęsa, jak i Wojciech Jaruzelski. Można było jego władzę ograniczać, można było osłabiać ją zakulisowymi działaniami, ale podważenie jej wprost było - przynajmniej w kilkumiesięcznej perspektywie - niezwykle trudne. Mazowiecki był paradoksalnie głównym beneficjentem dokonanego przez Wałęsę i Kaczyńskiego zamachu stanu. Wykorzystał go jednak przeciwko ich politycznym aspiracjom, więcej nawet - przeciwko ich czysto ustrojowym zamiarom. Pod koniec swojej misji zawarł sojusz z ośrodkiem politycznym zbudowanym wokół Bronisława Geremka i skupiającym liberalną lewicę ROAD. Sprzeciwił się koncepcji przyspieszenia przemian politycznych, przyjął defensywną postawę w kwestii odebrania sukcesorom PZPR majątku tej partii.

Polityka jako sztuka marnowania okazji

Nie zrozumiemy jednak wiele, gdy uznamy że historia lat 1989 i 1990 kręciła się wokół jakiejś jednej - wszystko jedno ukrytej czy jawnej - osi. Szczególnie gdy przyjmiemy naiwnie, że aktorów pasjonowały szczególnie dalekowzroczne rozstrzygnięcia ustrojowe. Czas rządów Mazowieckiego to nakładanie się rozmaitych istotnych rozgrywek, w większości niekontrolowanych, a niekiedy wręcz niedostrzeganych przez rząd. Wrażenie chaosu potęguje to, że różni aktorzy nie tylko walczą o różne cele, ale także posługują się krańcowo odmiennymi opisami sytuacji. Ich egzystencjalne konieczności każą im postrzegać zachodzące wydarzenia jako spór o model gospodarczy albo o przetrwanie ich branży, jako spór o demokrację lub o utrzymanie wpływów dawnego aparatu władzy, jako walkę o polityczną przewagę lub tylko o przetrwanie.

Definiowanie sytuacji staje się przy tym podwójnie istotnym zajęciem: po pierwsze bowiem określa własny horyzont poznawczy, pozwala definiować cele, oceniać zachodzące zmiany, organizować presję na rzecz takich, a nie innych rozwiązań. Po drugie jest w jakimś stopniu narzędziem polityki i politycznej perswazji. Jest zatem także "ustanawianiem prawdy dla innych". Ta podwójność prowadzi zresztą do istotnych sporów w łonie opozycji. Mazowiecki szybko przyjmuje tezę o nadrzędności przemian ekonomicznych, które w istotnej części są realizowaniem "zewnętrznej agendy" dostosowującej Polskę do warunków współpracy z Zachodem.

To zbliża Mazowieckiego do świeżo nawróconego na ekonomiczny liberalizm środowiska "Gazety Wyborczej", a wobec zagrożenia, jakie dla tej grupy stanowi atak przypuszczony wiosną 1990 roku przez Wałęsę - stanowi także istotną przesłankę politycznego sojuszu. Powstaje jednocześnie pytanie, dlaczego Mazowiecki wybrał właśnie taki kierunek tworzenia swojego zaplecza. Jak to się stało, że zraził do siebie liczne środowiska centroprawicy - od naturalnych sojuszników z Gdańskiego Kongresu Liberałów przez dużą część Ruchu Młodej Polski po liczną w OKP grupę chrześcijańskich demokratów? Wszak popadnięcie jego ekipy w całkowitą zależność od środowiska ROAD skończyło się łatwą do przewidzenia i trwałą polityczną marginalizacją.

Jednocześnie Mazowiecki odrzucił jako nieprawdziwe te definicje sytuacji, które legły u podstaw "zamachu stanu" i uczynił wszystko, by uniezależnić się od ośrodka, któremu zawdzięczał prezydenturę. Zamiast dokonać państwowej i ustrojowej reinterpretacji tego, co się stało, podjąć próbę ustabilizowania nowych porządków za sprawą norm konstytucyjnych, rozproszył swą realną władzę. W jego rządzie ustrojowe pierwsze skrzypce zagrali Leszek Balcerowicz i Jacek Kuroń, budując legitymizację władzy jako podmiotu odpowiedzialnego za transformację gospodarczą, oraz Czesław Kiszczak, formułując de facto zasadę nadrzędnego interesu służb w procesie przemian ustrojowych.

Zamach stanu oddał władzę w ręce nie tych, którzy go zaprojektowali. Wałęsa po raz pierwszy zastosował własną - jeszcze nienazwaną - koncepcję "zderzaków": polityków, którzy obejmując ster rządów, brali na siebie skutki wszelkich politycznych kolizji. Kaczyński zaś musiał się zadowolić funkcją naczelnego redaktora "Tygodnika Solidarność", której objęcie skonfliktowało go dodatkowo także z ekipą rządzącą. Sam premier sądził bowiem, że Wałęsa uzna wskazanego przezeń następcę w "Tygodniku". Powierzenie tej funkcji Kaczyńskiemu miało zaś charakter "wrogiego przejęcia". Być może to umocniło przekonanie Mazowieckiego, że sensowny jest sojusz wszystkich przeciwko najsilniejszemu ośrodkowi, jaki kształtował się wokół Wałęsy.

Tymczasem Kaczyński i Wałęsa utwierdzeni w przekonaniu o własnej racji i zdolności do tworzenia faktów dokonanych myśleli zapewne, że uda im się ponownie po wygranej w wyborach prezydenckich zredefiniować sytuację i równie łatwo jak latem 1989 roku przeprowadzić własną wolę. I rzeczywiście Wałęsa sformułował kolejny "własny" rząd - tym razem nie ryzykując już premiera z dużymi szansami na polityczną podmiotowość. Kaczyński zaś podobną szansę (z podobnymi dla siebie skutkami) dostał dopiero rok później, kiedy udało mu się stworzyć sejmową większość przeciwko Wałęsie i zbudować na jej chwilowych przewagach polityczną podstawę pod rząd Jana Olszewskiego.

Obaj domniemywali, że rządzenie zużywa, a nawet zabija. Obaj chcieli być "panami sytuacji", twórcami premierów, koalicji, wyborczych zwycięstw. I obaj nie chcieli wiązać sobie rąk rządzeniem. Dlatego też żaden z nich nie stał się spokojnym zarządcą uzyskanych przewag. Żaden nie stał się twórcą nowego państwa w takim stopniu, na jaki pozwalały ich polityczne talenty. Niezwykle skuteczni w obalaniu istniejących porządków okazali się nieporadni w dziele budowania nowych, zostawiając tę sprawę innym, a w konsekwencji - raczej spontanicznemu biegowi spraw niż działaniom podporządkowanym jakiejś większej państwowej myśli.

Rafał Matyja

p

*Rafał Matyja, ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z DZIENNIKIEM. W latach 90. pełnił funkcję redaktora naczelnego "Kwartalnika Konserwatywnego" oraz redaktora "Nowego Państwa". Opublikował (wraz Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi i równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007). W "Europie" nr 246 z 20 grudnia br. opublikowaliśmy kolejną odsłonę kwartetu politycznego z jego udziałem "O prezydencie".