Dystansuje się on od obu legend Okrągłego Stołu - czarnej i złotej. Zgodnie z tą pierwszą okrągłostołowe porozumienia były albo zdradą, albo co najmniej wątpliwym kompromisem, który zabezpieczał interesy PRL-owskiego establishmentu w III RP. Wedle drugiej mieliśmy do czynienia z epokowym sukcesem osiągniętym wspólnie przez rozsądną i mniej radykalną część opozycji oraz bardziej otwartą część partyjnego aparatu. Obie te opowieści zdaniem Halla mijają się z prawdą, ale pierwsza wydaje się zdecydowanie bardziej szkodliwa dla poczucia obywatelskiej odpowiedzialności Polaków. Odbiera im bowiem jeden z najważniejszych sukcesów, jakie Polska osiągnęła w XX wieku - pokojowe przejście od komunizmu do demokracji. Idealizowanie Okrągłego Stołu też jest niepotrzebne, bo sprzyja rozmaitym próbom historycznej rewizji podejmowanym przez spadkobierców PZPR. Okrągły Stół był sukcesem, ale w 1989 roku strona solidarnościowa kilka rzeczy mogła zrobić lepiej. Nie mogła jednak wywołać rewolucji - społeczeństwo polskie było zbyt rozbite i osłabione po represjach stanu wojennego, by dokonać zrywu na miarę Sierpnia ’80.

p

Aleksander Hall*

W 1989 roku Polska odniosła swój największy sukces w XX wieku

Na początku chcę jasno postawić sprawę: Okrągły Stół uważam za doniosłe i zdecydowanie pozytywne wydarzenie w historii Polski. Odczuwam dumę z tego, że mogłem w nim uczestniczyć, chociaż nie byłem pierwszoplanową postacią. Byłem jednak poinformowany o wszystkich strategicznych decyzjach podejmowanych przez naszą stronę, dobrze poznałem mechanikę toczącego się wówczas procesu, pamiętam atmosferę obrad. Przy Okrągłym Stole założyłem swoje osobiste "non possumus". Uważałem, że za żadną cenę nie można zgodzić się z zatarciem granic między obozem władzy i obozem Polski posierpniowej. Głównym celem ma być przywrócenie legalnego statusu "Solidarności". Wybory - jeśli "Solidarność" ma w nich wziąć udział - muszą być okazją do plebiscytu w sprawie oceny systemu ustanowionego w Polsce po wojnie i w sprawie "Solidarności", nawet jeśli zasięg tego plebiscytu miał być ograniczony. Dobrze wiem, jakie emocje i sprzeczne oceny do dzisiaj wywołuje Okrągły Stół. Trudno się temu dziwić - był przecież bramą do III Rzeczypospolitej, a kształt ustrojowy i polityczny naszego państwa oraz bilans dwudziestolecia III RP pozostają w dalszym ciągu przedmiotem nie tylko historycznego, ale także politycznego sporu. Okrągły Stół musi więc budzić emocje. Istnieją dwie jego legendy: czarna i złota. Obie są fałszywe, chociaż pierwsza z nich jest zdecydowanie bardziej szkodliwa, rozpalając złe emocje i odbierając Polakom zasłużone poczucie sukcesu. Okrągłemu Stołowi nie jest jednak potrzebna także idealizacja, która deformuje prawdę historyczną, a politycznie służyła (służy?) politykom wywodzącym się z PZPR i obecnym młodym liderom postkomunistycznej lewicy.

Czarna legenda

Czarna legenda Okrągłego Stołu ma swoje dwie wersje: radykalną i nieco stonowaną. Pierwsza głosi, że Okrągły Stół był mistrzowskim manewrem komunistycznej elity władzy, która widząc zbliżający się nieuchronnie kres systemu, przygotowała sobie miękkie lądowanie w nowej rzeczywistości, zachowując polityczne wpływy i ekonomiczną potęgę stanowiące podstawę do szybkiego odzyskania władzy w demokratycznej Polsce. Zwolennicy tej tezy często dodają, że manewr ten udał się z pomocą zdradzieckiej solidarnościowej lewicy. To na podstawie tego myślowego schematu Roman Giertych mógł nazwać Okrągły Stół "Targowicą", a miejsce Jacka Kuronia w historii Polski zakwalifikować w tej samej kategorii co Szczęsnego Potockiego. Podobny pogląd głoszą Krzysztof Wyszkowski, Joanna i Andrzej Gwiazdowie, a także Antoni Macierewicz. Reprezentantami złagodzonej wersji czarnej legendy Okrągłego Stołu są Lech i Jarosław Kaczyńscy, zresztą uczestnicy Okrągłego Stołu. Twierdzą oni, że Okrągły Stół był słusznym posunięciem obozu solidarnościowego, ale tylko jako manewr taktyczny. Gdy zmieniły się okoliczności, należało pójść ostro naprzód, osaczając "komucha". Niestety okazało się to niemożliwe ze względu na zawiązanie się przy Okrągłym Stole nieformalnej, ale silnej "solidarności elit" obu obozów, co wyhamowało dynamikę wolnościowych zmian politycznych w Polsce i umożliwiło zachowanie uprzywilejowanej pozycji ekonomicznej dotychczasowej klasie władców PRL. Tę "solidarność elit" Kaczyńscy często nazywają też "układem". Zdrowy rozsądek powstrzymuje mnie od wdawania się w polemikę z radykalną wersją czarnej legendy Okrągłego Stołu, gdyż jest to moim zdaniem myślenie aberracyjne, wynikające z głębokich urazów i kompleksów. Wiosną 2004 roku na spotkaniu w gdańskim oddziale IPN usłyszałem jego egzemplifikację z ust Krzysztofa Wyszkowskiego: "Oni wygrali. Oni dzisiaj rządzą Polską". Rzeczywiście wówczas prezydentem RP był Aleksander Kwaśniewski, a premierem Leszek Miller (a może już Marek Belka). To i tylko to było ważne dla Wyszkowskiego. Nie interesowało go, że Polska była demokratycznym krajem, w którym to wyborcy dawali i odbierali władzę. Nie interesowało go także, że byliśmy w NATO i Unii Europejskiej, a przede wszystkim to, że byliśmy wolnymi obywatelami. Interesowało go wyłącznie aktualne usytuowanie dawnych politycznych wrogów.

Złagodzona wersja czarnej legendy Okrągłego Stołu, chociaż niesprawiedliwa, odwołuje się jednak do pewnych realnych faktów. Dwa miesiące obrad doprowadziły do towarzyskiego zbliżenia między niektórymi przedstawicielami obu przeciwstawnych obozów. U części solidarnościowych uczestników obrad zrodziło się niewątpliwie poczucie moralnego zobowiązania wobec ducha Okrągłego Stołu i tych ludzi drugiej strony, których postawę oceniano jako koncyliacyjną i wykazującą zrozumienie dla opozycji. Bez wątpienia te uwarunkowania miały duży wpływ na późniejszy sposób postępowania premiera Tadeusza Mazowieckiego wobec takich polityków drugiej strony jak Czesław Kiszczak, Aleksander Kwaśniewski czy Stanisław Ciosek. Niewątpliwie też przy Okrągłym Stole ukształtowało się przekonanie Adama Michnika, że zmiana ustroju w Polsce powinna (musi?) dokonać się z udziałem reformatorskiego skrzydła obozu władzy, którego wschodzącą gwiazdą był Kwaśniewski. Być może w niektórych głowach kiełkował już pomysł założenia przyszłościowej formacji liberalno-lewicowej przekraczającej podział na obóz solidarnościowy i politycznych spadkobierców PRL. Przy Okrągłym Stole nie powstał jednak żaden układ złączony wspólnym interesem i planem politycznym. Podział na obóz Polski posierpniowej i obóz PRL był wówczas nieprzekraczalny i utrzymał się jeszcze przez kilkanaście następnych lat jako główna oś podziału politycznego w Polsce. Dobrą ilustracją tej tezy może być to, że Jacek Kuroń, kandydat UW na prezydenta w wyborach 1995 roku i przedstawiciel lewego skrzydła tej partii, w drugiej turze postawiony przed wyborem Wałęsa - Kwaśniewski publicznie poparł tego pierwszego mimo wszystkich słabości prezydentury Wałęsy. W Unii Demokratycznej i Unii Wolności byli zwolennicy sojuszu z postkomunistyczną lewicą. Jednak dopóki istniały te partie, zawsze pozostawali w mniejszości, a UD i UW zawiązywały koalicje rządzące z prawicą, a nie SLD. LiD pojawił się w osiemnastym roku trwania III Rzeczypospolitej, gdy nie miało to już istotnego politycznego znaczenia ze względu na słabość Partii Demokratycznej. Wspólne rządy PiS, Samoobrony i LPR zatarły historyczny podział. Jarosław Kaczyński skutecznie narzucił nowe linie podziału i dzisiaj zapewne już nikt nie będzie wzywał do jedności obozu Polski posierpniowej ani też naprawdę gorszył się sojuszami zawieranymi z SLD przez ugrupowania wywodzące swój rodowód z dawnej antykomunistycznej opozycji.

Niepotrzebna idealizacja

Złota legenda Okrągłego Stołu również nie odpowiada prawdzie. Sprowadza się ona do tezy, że obie strony, działając wspólnie i z tym samym zamysłem, doprowadziły do bezprecedensowego przejścia od dyktatury do demokracji. Teza ta szczególnie ochoczo głoszona jest przez przedstawicieli ówczesnej strony koalicyjno-rządowej. Nic dziwnego - czyni z nich akuszerów wolnej Polski co najmniej w tym samym stopniu co obóz "Solidarności". A może nawet w większym. Dnia 23 sierpnia ubiegłego roku generał Kiszczak na łamach "Gazety Wyborczej" napisał: "Ta sama wąska grupa ludzi w zielonych mundurach, która wprowadziła stan wojenny, a której przewodził generał armii Wojciech Jaruzelski, doprowadziła do porozumienia i pokojowego przekazania władzy". A więc miała taki zamysł! Tak należy rozumieć te słowa. Adamowi Michnikowi zdarza się żyrować tę opinię, gdy stawia na równi Lecha Wałęsę i Wojciecha Jaruzelskiego jako wielkich architektów polskiej przemiany. Obraz to krzepiący, podnoszący na duchu i w związku z tym nieporównanie mniej szkodliwy od czarnej legendy, której przyjęcie musi wywoływać frustrację, gniew, poczucie krzywdy i poszukiwanie tych, którzy zdradzili, a w najlepszym razie nie stanęli na wysokości zadania. Nie jest to jednak obraz prawdziwy.

Pod koniec lat 80. układ sił między obozem władzy a solidarnościową opozycją przypominał szachowego pata. Pojawiły się jednak nowe czynniki określające położenie Polski. Najważniejszym z nich była niewątpliwie polityka głasnosti i pierestrojki proklamowana przez nowego sekretarza generalnego KPZR Michaiła Gorbaczowa. O ile w okresie poprzedzającym jego dojście do władzy kierownictwo ZSRR wywierało na władze PRL presję w kierunku przywracania ortodoksji komunistycznej, to ta presja w czasach Gorbaczowa znacznie osłabła, a może nawet zmieniła kierunek. Zły wizerunek władz PRL na Zachodzie nie służył nowej polityce ZSRR. Pole manewru ekipy generała Jaruzelskiego w stosunkach ze społeczeństwem i opozycją uległo znacznemu poszerzeniu.

W dniach 8-14 czerwca 1987 roku odbyła się trzecia pielgrzymka Jana Pawła II do ojczyzny. Na mszach papieskich i trasach przejazdu papieża gromadziły się tłumy dające wyraz swego związku z "Solidarnością". Gdy sięgam pamięcią w przeszłość, uznaję właśnie tę pielgrzymkę za drugą wiosnę "Solidarności". Wielu wnikliwych obserwatorów wydarzeń w Polsce, którzy gotowi byli wcześniej uznawać, że walka o przywrócenie NSZZ "Solidarność" prawa do legalnego działania nie jest realistycznym celem politycznym, po papieskiej pielgrzymce zaczęło rewidować swoje opinie.

Majowe i sierpniowe strajki z 1988 roku pokazały, że "Solidarność" podnosi głowę, ale także to, że jej zdolności mobilizowania ludzi do czynnego oporu są dosyć ograniczone. Władza stanęła przed dylematem: znowu odwołać się do polityki represji czy szukać politycznego rozwiązania kryzysu. Wybrała to drugie. Rozpoczęła się droga do Okrągłego Stołu.

Głęboko zreformowany PRL

Dostępne materiały nie wskazują, by władza od początku miała przemyślany i konsekwentny plan wielkiego politycznego otwarcia. Był to dla ekipy Jaruzelskiego dopiero czas wypracowywania koncepcji - nie bez wahań, a być może także z zamiarem ewentualnego wycofania się z rozmów. Tak można traktować decyzję premiera Mieczysława Rakowskiego o postawieniu w stan likwidacji Stoczni Gdańskiej, podjętą 31 października 1988 roku.

Ostateczna decyzja władz o warunkowym uznaniu zasady pluralizmu związkowego, otwierająca drogę do legalizacji "Solidarności", zapadła na X plenum KC PZPR w drugiej połowie stycznia 1989 roku. Jaki więc był ostatecznie przyjęty polityczny plan ekipy Jaruzelskiego? Nie było nim w żadnym wypadku oddanie władzy, a nawet podzielenie się nią z obozem solidarnościowym. Władza miała pozostać w tych samych rękach, a jedyną zmianą było oparcie jej na nowych podstawach. Gwarantem jej utrzymania był wyposażony w potężne uprawnienia urząd prezydenta i gwarantowana większość w Sejmie dla obozu władzy. Trzon opozycji skupiony wokół Lecha Wałęsy miał zaakceptować to rozwiązanie w zamian za legalizację "Solidarności" i stworzenie innych znaczących przyczółków dla niezależnej działalności - także w Sejmie i Senacie. Jaka byłaby Polska, gdyby plan ekipy generała powiódł się? Głęboko zreformowanym PRL, ale jednak PRL: państwem, w którym istnieje przestrzeń wolności (to była ważna różnica w porównaniu z dotychczasowym modelem państwa), ale zasadnicze dźwignie władzy znajdują się w rękach dotychczasowych włodarzy. Ten odmieniony PRL mógł ewoluować w różnych kierunkach. Tadeusz Mazowiecki - obok Lecha Wałęsy i Bronisława Geremka główny architekt Okrągłego Stołu po solidarnościowej stronie - w czerwcu ubiegłego roku w wywiadzie dla "Polityki" odpowiadając na pytanie o to, co zdobyto przy Okrągłym Stole, mówił: "Przestrzeń wolności, którą gwarantowała ponowna legalizacja masowego ruchu »Solidarności«. Nie stawialiśmy na porozumienie elit, tylko na zasadnicze zmiany. A ceną było nasze wejście do Senatu i Sejmu. Bałem się wtedy, że oni chcą nas wessać. Dziś też myślę, że raczej chodziło o wessanie niż podzielenie się władzą". Dobrze pamiętam atmosferę 1989 roku. Uważam, że niezależnie od intencji władzy scenariusz wessania był nierealny, gdyż w elicie obozu solidarnościowego brakowało chętnych do bycia wessanymi i narażenia się opinii publicznej. Bardziej realnym niebezpieczeństwem była utrata autorytetu przez obóz skupiony wokół Lecha Wałęsy na skutek zapaści gospodarczej, która prawdopodobnie nastąpiłaby w wyniku realizacji ekonomicznych ustaleń podjętych przy Okrągłym Stole (które uważam za najsłabszy punkt tego porozumienia). A to z kolei mogło spowodować radykalizację nastrojów społecznych i wzmocnić pozycję radykalnego skrzydła opozycji.

Błędy władzy

Oceniając chłodno polityczny plan władzy, trzeba uznać, że nie brakowało w nim politycznej wyobraźni i daleko wykraczał on poza granice komunistycznej ortodoksji. Z pewnością nie mieściłby się w głowach przywódców NRD czy Czechosłowacji. Nie był to jednak plan budowania demokratycznego państwa. Obrońcy demokratycznych intencji ekipy generała Jaruzelskiego mogą przywołać punkt zawarty w porozumieniu Okrągłego Stołu zapowiadający wolne wybory za cztery lata. W tamtym okresie dynamicznych zmian cztery lata stanowiły całą epokę. Nie pamiętam, by wśród polityków strony solidarnościowej ktokolwiek zacierał ręce z radości, słysząc tę zapowiedź. Liczyło się to, co działo się teraz i co miało się zdarzyć w najbliższej przyszłości. Dla strony solidarnościowo-opozycyjnej fundamentalne znaczenie miało przywrócenie "Solidarności" i uzyskanie ważnych przyczółków wolności. Miało to służyć dalszej politycznej ofensywie, ale jej plan nie był nawet dyskutowany. W ciągu niemal dwóch miesięcy obrad Okrągłego Stołu nie spotkałem nikogo po naszej stronie, kto głosiłby pogląd o możliwości rychłego przejęcia władzy przez obóz solidarnościowy. Nie przewidzieliśmy dynamiki procesu, w którym uczestniczyliśmy. Naszym celem było pozostanie opozycją, działającą jednak w nieporównanie korzystniejszych warunkach niż do tej pory. Na wejście do Sejmu i Senatu jedni przedstawiciele naszej strony patrzyli jako na cenę, którą trzeba zapłacić za legalizację "Solidarności" i liberalizację systemu, a inni jako na zyskanie cennej trybuny, z której będzie można komunikować się ze społeczeństwem. O władzy nie myślał nikt, co być może nie najlepiej świadczy o wyobraźni politycznej naszej strony. Tę perspektywę otworzył dopiero wynik wyborów z 4 czerwca. Dlaczego więc wydarzenia potoczyły się tak szybko i już we wrześniu 1989 roku Tadeusz Mazowiecki - przedstawiciel obozu solidarnościowego - stanął na czele rządu? W moim przekonaniu potwierdziła się teza sformułowana przez Alexisa de Tocqueville’a w książce "Dawny ustrój i rewolucja". Głosi ona, że dla ustroju despotycznego najtrudniejszym momentem jest ten, gdy próbuje się on reformować. Załamuje się wówczas logika systemu, wyuczone odruchy aparatu władzy i rządzonych.

Warto wymienić najważniejsze błędy popełnione przez obóz władzy:

1. Zgoda na wolne wybory do Senatu w zamian za zgodę drugiej strony na stworzenie urzędu prezydenckiego przeznaczonego przez obóz władzy dla generała Jaruzelskiego. Tę polityczną transakcję zaproponował Aleksander Kwaśniewski.

2. Upadek w wyborach listy krajowej zawierającej nazwiska 50 czołowych polityków obozu rządzącego, czego ekipa generała Jaruzelskiego nie przewidziała.

3. Błędne rozeznanie nastrojów społecznych przez władzę, która nie doceniała poparcia społecznego dla "Solidarności" i przeceniała swoje wpływy, w szczególności w mniejszych i mniej zurbanizowanych województwach.

4. Nieumiejętność prowadzenia kampanii wyborczej przy otwartej kurtynie, czego wyrazem było m.in. dopuszczenie do sytuacji, w której zbyt wielu kandydatów strony partyjno-rządowej ubiegało się o ten sam mandat w wyborach do Senatu.

5. Niedocenienie procesów dekompozycji w obozie rządzącym, zwłaszcza w stronnictwach sojuszniczych: ZSL i SD. 55 posłów obozu rządzącego zostało wybranych z poparciem "Solidarności".

Uzasadniona ostrożność

Po latach, które upłynęły od tamtych wydarzeń, coraz częściej można spotkać komentarze krytykujące liderów obozu solidarnościowego za zbyt ostrożną postawę przyjętą po wyborach. Wyrazem tej postawy miała być zgoda na obsadzenie w drugiej turze wyborów do Sejmu miejsc przypadających na listę krajową przez przedstawicieli strony partyjno-rządowej i niezapobieżenie wyborowi generała Jaruzelskiego na urząd prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. Nie ulega wątpliwości, że "Solidarność" mogła zapobiec temu wyborowi. Rzeczywiście "Solidarność" przyjęła ostrożną linię postępowania. Zaważyły na tym przede wszystkim dwa czynniki. Po pierwsze liderzy "Solidarności" mieli w pamięci noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku, kiedy Związek był nieporównanie silniejszy niż w 1989 roku, a jednak został obezwładniony przez milicyjno-wojskową operację. Aparat państwowy, wojsko i milicja nadal były w ręku tych samych dysponentów. Liczono się z ewentualnością sięgnięcia przez nich po nadzwyczajne środki. Po drugie wydarzenia zachodzące w Polsce miały bezprecedensowy charakter w bloku radzieckim. Pomimo liberalizacji w ZSRR należało się liczyć z reakcją państw Układu Warszawskiego, z których dwa sąsiednie: NRD i Czechosłowacja, rządzone były przez całkowicie dogmatycznych komunistów. Przywódcy obozu "Solidarności" poruszali się po polu minowym. Być może w świetle naszej dzisiejszej wiedzy byli zbyt ostrożni, ale tego nie sposób było wiedzieć wiosną i latem 1989 roku.

Na te wydarzenia patrzyłem już tylko jako obserwator, gdyż po odrzuceniu przez Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie mojej koncepcji stworzenia w wyborach szerokiej koalicji "Solidarności" i środowisk politycznych akceptujących ustalenia Okrągłego Stołu nie kandydowałem w wyborach i nie uczestniczyłem w decyzjach podejmowanych przez przywództwo solidarnościowego obozu. Nie miałem jednak o nie pretensji. Rozumiałem ostrożność. Logika sytuacji, która wytworzyła się po wyborach z 4 czerwca, prowadziła w kierunku tworzenia rządu budowanego wokół polityka obozu "Solidarności". Wymagało to jednak czasu potrzebnego wszystkim na oswojenie się z nowymi realiami. Dopiero 4 lipca ukazał się artykuł Adama Michnika z programowym przesłaniem zawartym w tytule "Wasz prezydent, nasz premier". Natomiast mimo upływu niemal 20 lat ubolewam, że w wyborach czerwcowych obóz solidarnościowy nie podjął próby zbudowania bloku politycznego obejmującego "Solidarność" i ukształtowane już środowiska polityczne akceptujące ustalenia Okrągłego Stołu. Na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego 8 kwietnia 1989 roku poparli mnie wówczas m.in.: Tadeusz Mazowiecki, Tomasz Strzembosz, Jan Olszewski i Jan Rokita. W głosowaniu przegraliśmy jednak 66 do 19. Warto było wówczas w czytelny sposób uszanować wewnętrzny pluralizm obozu Polski posierpniowej i pomóc go kształtować. Stało się inaczej. Pluralizm i tak się przebił, ale w warunkach ostrego sporu powodującego rozpad obozu "Solidarności". Czy mogło być inaczej? Dzisiaj jestem w tej sprawie znacznie bardziej sceptyczny niż przed 20 laty, ale nadal uważam, że należało podjąć próbę.

"Wygraliśmy resztką sił"

W roku 1989 Polska odniosła historyczny sukces, być może największy w XX wieku, bo ze znacznie większymi szansami na trwałość, niż miał ten odniesiony w latach 1918 - 1921. Przywódcy solidarnościowego obozu, który ma zasadniczą zasługę w doprowadzeniu do tego przełomu, nie zawsze przewidywali tempo procesu, jaki wyzwolili. Wykazali się jednak wielkim poczuciem odpowiedzialności za naród i jego losów nigdy nie wystawiali na hazardowe zagrywki. Na usprawiedliwienie ich ostrożności warto przypomnieć, że dynamiki procesu rozkładu systemu realnego socjalizmu w Związku Radzieckim i państwach bloku radzieckiego w Europie Środkowo-Wschodniej nie przewidziały też wyspecjalizowane ośrodki sowietologiczne w USA, administracja amerykańska oraz szefowie państw i rządów w Europie Zachodniej.

Nie niosła nas też w 1989 roku rewolucyjna fala. Potwierdziła to frekwencja wyborcza w dniu naszego narodowego triumfu, 4 czerwca: zaledwie 62 procent! Naszą narodową rewolucję przeżyliśmy pomiędzy sierpniem 1980 a grudniem 1981 roku. Rewolucje nie trwają przez dekadę. W rewolucyjnym nastroju przez całe dziesięciolecie mogą żyć jednostki, a nie miliony. Brakowało w kraju 700 tysięcy w zdecydowanej większości młodych i dynamicznych ludzi, którzy opuścili Polskę w latach 80. Miał rację Lech Wałęsa, stwierdzając w wywiadzie dla "Polityki" z 27 września ubiegłego roku: "Wygraliśmy resztką sił". Tak, ale wygraliśmy.

Aleksander Hall

p

*Aleksander Hall, ur. 1953, polityk, publicysta, z wykształcenia historyk. W czasach PRL był m.in. przewodniczącym Ruchu Młodej Polski. Po 1989 roku działacz Unii Demokratycznej, Partii Konserwatywnej i Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. W 2001 roku wycofał się z czynnego uprawiania polityki. Autor m.in. książek "Polskie patriotyzmy" (1997) i "Charles de Gaulle" (2002). W "Europie" nr 183 z 6 października 2007 opublikowaliśmy wywiad z nim "Dlaczego Kaczyński pokonał III Rzeczpospolitą".