Kryzys przemebluje polską scenę polityczną. To teza stawiana coraz częściej. Towarzyszą jej próby odpowiedzi na pytanie, kto na tym zyska. Niektórzy, tak jak np. Jacek Kurski w ostatnim wywiadzie dla "Dziennika", martwią się, że będą to populiści w typie dawnej Samoobrony. Eryk Mistewicz we wczorajszym wydaniu „Dziennika” stawia tezę zupełnie inną: >>> przyjdą młodzi zdolni z pokolenia nazywanego przez Mistewicza Generacją Golden Line.

Mistewicz pisze: nowa Samoobrona nie przyjdzie w gumiakach. Zamiast niej dotychczasową klasę polityczną wymiotą młodzi ludzie, dziś pracujący w korporacjach, których łączy GoldenLine – serwis społecznościowy dla ludzi takich jak oni.

>>> przeczytaj tekst Mistewicza o Pokoleniu Golden Line

Z Mistewiczem trzeba się zgodzić, gdy pisze, że "kryzys będzie dla polskiej polityki nieuchronnym katalizatorem". Można się zgodzić, że na przyszłą politykę będą miały wpływ nowe formy samoorganizacji społecznej. Konkretnie Internet, gdzie skrzykują się ludzie bojkotujący zbyt cwane banki. Ale tylko tyle. Grupa społeczna, na którą stawia, nie będzie awangardą rewolucji.

Pokolenie Golden Line – nazwijmy je dla ułatwienia jeszcze krócej: pokoleniem GL – to niemal moi rówieśnicy. To moi młodsi koledzy i koleżanki ze studiów i z pracy. Rówieśnicy młodszego rodzeństwa. Raczej nie łapię się w kategorię "korporacyjnych specjalistów", ale z tą grupą łączy mnie wiele wspólnych cech i odruchów.
Mistewicz przypisuje tej grupie jednoznacznie pozytywne cechy: profesjonalizm, sprawność, energię. Twierdzi, że gdy połączą swe siły - sfrustrowani kryzysem - to wytworzy się skumulowana energia. Rzecz jednak w tym, że to grupa niejednorodna, bez wspólnych interesów, o bliskim zeru poczuciu solidarności wobec kogokolwiek. Jedyna cecha, która łączy ludzi w wieku "targetowym" (używając określenia z medialnych biur reklamy) to skrajny indywidualizm. Często przekraczający granicę egoizmu.

Wszystkie ludzkie typy można znaleźć w pokoleniu GL. Odmienne poglądy - od lewa do prawa, różny światopogląd, sprzeczne aspiracje. To ludzie nauczeni korporacyjnym doświadczeniem, by grać wyłącznie na siebie. By indywidualnie robić kariery. Ich zdolność do samoorganizacji jest bardzo niska. Jakoś nikt przez ostatnie kilkanaście lat nie słyszał o najbardziej banalnym płacowym strajku w korporacji. A w krajach Zachodu to norma. W Polsce białe kołnierzyki, gdy tylko źle im wiodło się w pracy, reagowali jedynie ucieczką. Tam, gdzie lepiej. Mistewicz słusznie pisze, że dziś nie ma nigdzie miejsca, w które da się uciec przed kryzysem.

>>> Zwolnienia w polskich korporacjach już się zaczęły

To fakt, że Anglia i Irlandia nie dają już tej możliwości. Jednak by walczyć, trzeba umieć to robić. Powtórzę swą tezę: pokolenie GL zatraciło nawet tę cechę, którą ma generacja ich rodziców - my nie potrafimy tworzyć nawet zwykłych sitw. Ludzie z pokolenia GL potrafią być podwładnymi, nawet szefami, ale nie mają za grosz umiejętności poziomej partnerskiej współpracy. Trudno z tym defektem zorganizować kółko filatelistyczne, co dopiero grupę nacisku. Zresztą przytłaczająca większość moich znajomych nie należy do jakiejkolwiek organizacji.

Na dodatek samoocena dużej części tej grupy jest niska. Moi znajomi mają kompleksy, że nie nadążają za wzorcami sukcesu. Że zarabiają za mało, że nie awansują. Częściej obwiniają siebie niż "system". Może to i uczciwe, ale to uczucie nie jest motorem walki. Są z tego powodu podatni na perswazję czy też polityczne mody. Np. w tym pokoleniu w poglądach na gospodarkę dominuje liberalizm, choć nie ma jednoznacznego dowodu, że ci ludzie wyłącznie korzystaliby z wolnorynkowych rozwiązań. Niewiele wiedzą o tym liberalizmie, ale wiedzą, że "wypada" mieć taki pogląd. Odwołując się do stwierdzenia Marka Migalskiego - oni też nie głosują portfelami. Głosują ideologią, identycznie jak ich rodzice, więc trudno zauważyć coś wyróżniającego w ich postępowaniu.

Wreszcie trzeba stwierdzić, że nie jest to grupa zainteresowana radykalną zmianą reguł. Ona chce tylko łatwiejszej drogi kooptacji. Ale też niezbyt łatwej. Klasycznym przykładem jest rocznik młodych prawników, który jednorazowo skorzystał z łatwiejszego dostępu do korporacji. Gdy w następnym roku drzwi się zatrzasnęły, to oni pierwsi się cieszyli, że nie będą musieli zmagać się z konkurencją młodszych kolegów.
Jeśli wejdą w politykę, to wykorzystają dotychczasowe kanały. Jeśli już, to większość z nich wstąpi dziś do PO, duża grupa do PiS, a garść pójdzie na lewo. Już teraz we wszystkich partiach są młodzi ludzie - klony rówieśników z korporacji. Dla nich partie są też firmami. O ich drodze często zadecydował przypadek, ale i tak bardzo szybko chłoną cechy starszych kolegów i przywódców. Nie jest to cecha wyłącznie generacyjna - przykłady osób starszych świadczą o tym, jak szybko tzw. bezpartyjni fachowcy stają się najwierniejszymi żołnierzami swych ugrupowań. W końcu Janusz Palikot przyszedł do polityki jako przedstawiciel środowisk gospodarczych, a Grażyna Gęsicka jako specjalistka ds. europejskich.

>>> Czy czeka nas rewolta? Przeczytaj wywiad z Pawłem Śpiewakiem

Partie polityczne chętnie wchłoną "świeże mięso". Potem otorbią, przetrawią i zobaczymy kolejnych fighterów, którzy też zażarcie będą walczyć o udział bądź nieudział Antoniego Macierewicza w jakiejś komisji śledczej (choć dziś - jak zauważa Mistewicz - jest to dla nich nieważne). Japiszony zgodnie z regułami plemiennego zaangażowania będą grzmieć tak samo jak Jacek Kurski i Sebastian Karpiniuk. O ile starczy im determinacji, by dojść do tego etapu.
Bo tu też mam wątpliwości. Wejście w politykę dość szybko może okazać się deklasacją nawet dla kogoś, kto dziś zarabia średnią krajową. Przecież nie zostanie od razu posłem, może dostanie posadę asystenta - a to marne pieniądze. Kto inny za to chętnie po nie się schyli. To będzie nowa Samoobrona. Nie w gumiakach, bo dziś nikt w nich nie chodzi. Neo-Samoobrona będzie kroczyła w sportowych "najkach" lub ich podróbkach. W tym dziś chodzą niebieskie kołnierzyki. A dla nich wejście w politykę będzie autentycznym awansem społecznym. Przecież Krzysztof Filipek, kiedyś brukarz i dozorca, po dwóch kadencjach Sejmu nie zrzucił garnituru i nie wrócił do pracy fizycznej. Zobaczył inny świat i poczuł, że on też ma szansę na udział w konfiturach.

Jednocześnie właśnie "białe buty" mają największą w Polsce zdolność do samoorganizacji. Górnicy, rolnicy, panie z Biedronki - to te grupy potrafiły organizować strajki, także solidarnościowe, albo wytupać w Warszawie niekorzystne dla nich rozwiązania. Nie czytają gazet, zamiast informacji oglądają seriale, więc są odporni na perswazję inną niż ta, która łączy się z ich bezpośrednimi interesami. Nie mają "poczucia obciachu", np. takiego, według którego nie warto wstępować do związku zawodowego. I to ich siła, bo owo "poczucie obciachu" paraliżuje białe kołnierzyki. Stać na pikiecie z transparentem? Nie, to głupio wygląda.
Dziś wprawdzie ugrupowania populistyczne - co zauważyli Marek Migalski i Paweł Śpiewak - zostały rozbite w czasie wyborów 2007 r . Teoretycznie nie ma nikogo, kto na kryzysie mógłby zbudować swoją pozycję. Może jednak zadziałać siła czysto destrukcyjna - manifestacje niezadowolonych, walących w garnki jak w Argentynie. Czy sięgając do bliższych przykładów - wymuszających demonstracjami ustąpienie całych rządów w Islandii i Łotwie. Pokolenie GL być może będzie brało w tym udział, ale jedynie jako bierny uczestnik. Jest zbyt tchórzliwe i oportunistyczne, by zrobić cokolwiek więcej.