To nie wszystkie zagraniczne słowa, których użyto w tekście, ale zatrzymajmy się na felietonową chwilę chociaż na tych wyżej wymienionych.

Konstytucja w art. 27 stanowi, że w Rzeczypospolitej Polskiej językiem urzędowym jest język polski. Mamy nawet ustawę o języku polskim. Czy koniecznie jest zatem, aby minister polskiego rządu musiał zachęcać obywateli do udziału w debacie publicznej o państwie za pomocą pojęć zaczerpniętych z języka obcego? Ale ważniejsze jest oczywiście to, czy czyni to skutecznie.

Zbitka językowa „państwo optimum” ma za zadanie chyba polemizować z wprowadzoną swego czasu do publicznego obiegu przez Czesława Bieleckiego koncepcją państwa minimum. Chodziło wtedy o rządy „nocnego stróża”, znanego od dziesięcioleci doktrynie liberalnej, ale miałem niekiedy wrażenie, słuchając i czytając autora tej koncepcji, że chodzi mu właściwie o ciecia, który na służbie najspokojniej sobie drzemie i budzi się dopiero wówczas, kiedy napadnięci krzyczą.

Na szczęście słowo „minimum” na tyle jest już przyswojone polszczyźnie, że chyba można je uznać za swoje, choć nie rodzime – ale czy to samo powiemy już o państwie optimum? Najwyraźniej chyba nie, skoro minister administracji i cyfryzacji tłumaczy je za pomocą angielskiego „smart government”, licząc zapewne na to, że koncepcja państwa optimum będzie w ten sposób lepiej zrozumiana.

Ale czy wybrał najlepszą ku temu drogę? Angielskie słowo „government” nie oznacza państwa. Państwo to „state”, a „government” to rząd, ale nie w znaczeniu, jakie zaczęliśmy mu nadawać w ostatnich dziesięcioleciach, rozumiejąc pod tym pojęciem radę ministrów i administrację, czyli władzę wykonawczą, ale ogół organów władzy publicznej. Jeszcze Konstytucja 3 maja ukazała się z tytułem Ustawa Rządowa z dnia 3 maja 1791 r., traktując przecież nie tylko o Straży Praw, czyli ówczesnej radzie ministrów z królem, ale właśnie o całokształcie instytucji państwowych. Rząd w państwie to – dla tamtych pokoleń spod znaku husarii – tak jakby uprząż końska. Do dziś się mówi przecież „rząd koński” – i o to samo chodzi też w państwie, w którym obywatele za pomocną rządu (uprzęży), czyli ogółu instytucji służących sterowaniu państwem, zawiadują jego sprawami.

Nie wiem, o co chodzi więc tak naprawdę ministrowi Michałowi Boniemu. O state optimum? Czy może o rząd optimum w znaczeniu anglosaskim i jednocześnie takim samym, w jakim używano tego pojęcia w dawnej Rzeczypospolitej? Ówczesne elity – jak wiadomo – miały lepszą komunikację ponad granicami niż obecne, choć wszyscy jesteśmy teraz w Unii. Boję się jednak, że nieopacznie utożsamiono na potrzeby tego dokumentu państwo z władzą publiczną. To i tak lepiej, bo w PRL uczono bez ogródek, że państwo to aparat przymusu, za pomocą którego klasa władająca środkami produkcji...

Żarty żartami, ale elegancka, zdolna, bystra (bo to mniej więcej znaczy po ang. „smart”) władza doprawdy brzmi śmiesznie. A tak przetłumaczy to sobie przeciętny obywatel znający nawet bardzo dobrze angielski. A tylko nieliczni wiedzą, że „smart” w tym ujęciu to znany naukom o zarządzaniu akronim od: specific, measurabel, attainable, realistic, and time-sensitive (S.M.A.R.T.). Okazuje się więc, że MAiC (Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji) próbuje nam tłumaczyć piórem swojego szefa coś, co jest nieznane, nie tylko przez inne nieznane (ignotum per ignotum), ale nawet przez jeszcze bardziej nieznane. Czy naprawdę warto na to wydawać publiczne pieniądze?

I na koniec jeszcze jedna uwaga. W 1918 r. odzyskaliśmy niepodległość – za pięć lat będziemy świętowali państwa odzyskanie, a nie jego stulecie. Państwo polskie ma dzisiaj znacznie więcej lat niż 94, a w 2018 r. będzie miało ich, jeśli się nie mylę, 1052, a nie 100.

Szef MAiC próbuje nam tłumaczyć coś, co jest nieznane, nie tylko przez inne nieznane, ale nawet przez jeszcze bardziej nieznane. Czy naprawdę warto wydawać na to publiczne pieniądze?