Dlaczego pana szefowa Catherine Ashton betonuje dyplomację UE? Niewiele w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych kobiet i przedstawicieli nowej Europy.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, że betonuje.

Media i Parlament Europejski od początku istnienia ESDZ wytykają Ashton, że buduje instytucję w oparciu o urzędników ze starej Unii.

Kraje Europy Środkowej i Wschodniej mogą być rozczarowane poziomem swojej reprezentacji w unijnej służbie zagranicznej. Ale to się zmienia. Taki proces wymaga czasu. Gdy ESDZ powstawała dwa lata temu, była oparta na istniejących strukturach Komisji Europejskiej. A tam przedstawicieli nowych krajów było mało. I tego nie da się tak rewolucyjnie zmienić. Ale próbujemy. Odsetek dyplomatów oddelegowanych do pracy w unijnej dyplomacji bezpośrednio przez europejskie stolice osiągnie w tym roku 30 proc. To jest jeden z mechanizmów poprawy geograficznej równowagi na rzecz nowych krajów członkowskich. A gdy zwalnia się u nas jakieś stanowisko, to mogą do konkursu przystępować przedstawiciele wszystkich krajów członkowskich.

To dlaczego spośród 60 unijnych ambasadorów nominowanych przez Ashton w pierwszej kolejności aż 50 było ze starej Unii?

Bo wśród tych ludzi, którzy mają odpowiedni staż i mogą starać się o stanowiska ambasadorskie, przedstawicieli Europy Środkowo-Wschodniej jest jeszcze mało. To jest proces naturalny. Oni gdzieś tam awansują i muszą dojść do pewnego poziomu, żeby móc się o pewne stanowiska ubiegać. Polska i tak szybko dorobiła się czterech ambasadorów. W tym od 1 września 2012 r. Jana Tombińskiego jako przedstawiciela UE w kluczowym z punktu widzenia Polski Kijowie. A muszę dodać, że ta nominacja wydawała się wielu ważnym figurom w Unii dość egzotyczna.

Dlaczego? Raczej naturalna. Kto lepiej rozumie w Unii Ukrainę niż Polacy?

Dla wielu ludzi w Brukseli było to coś nowego. Argumentowali, że ambasadorem UE nie powinna być osoba pochodząca z kraju sąsiadującego lub mającego tam szczególne interesy. Ale myśmy wtedy kontrowali, że jest wielu Hiszpanów, którzy obsadzają stanowiska czołowych unijnych dyplomatów w Ameryce Łacińskiej. No i w pewnym sensie nam się udało. Bo jak pan popatrzy na mapę Europy Wschodniej – na Białorusi ambasadorem UE jest Łotyszka, na Ukrainie Polak, w Gruzji Bułgar, a w Armenii Rumun. To jest efekt ostatnich dwóch lat.

Ale tak z ręką na sercu. Czy wprowadzanie do unijnej dyplomacji równowagi geograficznej pomiędzy starą a nową Unią jest procesem naturalnym? Bo z zewnątrz wygląda to tak, że Ashton dokonuje tych nominacji dopiero po tym, jak Europa Środkowo-Wschodnia podnosi raban, że jest dyskryminowana. Potrzeba jej takich bodźców jak raport Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych z sierpnia 2010 r., który pokazał, że na 115 unijnych ambasadorów nową Europę reprezentuje dwóch.

Ten raport przedstawiał stan rzeczy, ale nie wyciągał z niego właściwych wniosków. Opisywał sytuację z 2010 r., czyli momentu, zanim zaczęliśmy przyjmować do ESDZ dyplomatów proponowanych przez stolice narodowe. To była kadra odziedziczona po Komisji Europejskiej. Dlatego Europy Środkowej i Wschodniej było tak mało. Jeśli chodzi o obecne nominacje, to Catherine Ashton jest dość niezależna w decyzjach, kieruje się względami merytorycznymi, ale jest cały czas pod ogromną presją. Trudno się więc dziwić, że czasami ma duży problem z wyborem. Ale na szczęście dla nowej Unii jej przedstawiciele coraz lepiej przygotowują się do tego, by ubiegać się o wysokie stanowiska. Wcześniej nie zawsze było to regułą.

No dobrze, zostawmy personalia. Chciałbym na koniec skonfrontować pana z cytatem z pewnego europejskiego dyplomaty: „Pytałem niedawno w Waszyngtonie, co mówi się o ESDZ. Usłyszałem, że... nic”. Nie boli pana, że jesteście niewidzialni?

Nie zgadzam się z tą opinią. Unijna dyplomacja to służba młoda, ale już mogąca pochwalić się pewnymi sukcesami. Na przykład doprowadzenia do stopniowej normalizacji między Serbami a mieszkańcami Kosowa. Gdyby nas nie było, kto by się podjął tej niewdzięcznej, ale kluczowej dla spokoju na Bałkanach roboty. Albo prowadzeniem negocjacji z Iranem w sprawie programu nuklearnego, którego Ameryka z oczywistych względów nie mogła się podjąć. Niewidzialni na pewno nie jesteśmy.