Dowodzi on, że najlepszym dla Ukrainy rozwiązaniem jest prowadzenie polityki podobnej do tej, którą prowadziła, czująca na sobie oddech ZSRR Finlandia. Z grubsza chodzi o ograniczenie własnej suwerenności w polityce międzynarodowej i pozwolenie wielkiemu sąsiadowi na określenie, co jest dopuszczalne, a co już nie. Według Brzezińskiego Ukraina powinna przystąpić z Zachodem do sojuszu polityczno-ekonomicznego, ale do wojskowego – już nie. By nie drażnić Rosji.

„Możni tego świata umieją przekonywać ładnie i mądrze”, jak śpiewał Kazik, ale czasami sprawiają wrażenie, jakby realizowali interesy własnej, szeroko rozumianej grupy, a nie narodów, którymi kierują. Bo jak inaczej nazwać głęboką troskę Brzezińskiego o to, czy Rosja (czyli Putin) czasem nie odbierze przystąpienia Ukrainy do „sojuszu wojskowego” jako wymierzonego przeciwko niej. Ja pytam: co z tego, jak to odbierze Putin i Rosja? Czy naprawdę Brzeziński uważa, że Ukraina poza NATO jest bezpieczniejsza, bo nie drażni Putina? A może chodzi o to, że my czy USA jesteśmy bezpieczniejsi bez Ukrainy w NATO? Przecież jeśli Ukraina będzie w owym sojuszu wojskowym, to Putin tym bardziej nie odważy się jej zaatakować, bo rozeznanie własnego interesu bezsprzecznie ma.

Pamiętam, jak pewna rosyjska pani profesor zdobyła się na nie lada bezczelność, pisząc, że to przez Europę w Rosji jest źle, a to dlatego, że owa Europa zabrała między innymi Polskę z rosyjskiej strefy wpływów. Bardziej przedmiotowego potraktowania naszego kraju nie potrafię sobie wyobrazić. Oto Polska wcale nie uwolniła się spod rosyjskiego jarzma i z własnej woli dołączyła do Europy, lecz została Rosji zabrana i o to owa Rosjanka ma czelność mieć jeszcze żal, uważając się w tej sytuacji za skrzywdzoną. To pokazuje, jak chore mogą być elity jakiegoś narodu.

Brzeziński sprawia wrażenie, jakby najbardziej przejmował się tym, by nie urazić jednego ze swoich (być może przeciwnika, ale też należącego do kategorii możnych tego świata). Takim ludziom nie można grozić więzieniem czy obaleniem, bo to przecież w pewnym sensie swoi. Specyficznie pojęta kultura i poklepywanie się po plecach lub źle pojęty szacunek, jak widać, stoją na pierwszym miejscu. Nieważne, że ktoś grozi popełnieniem zbrodni międzynarodowej (czyli chce zniewolić inny kraj), ważne, żeby go nie urazić. Oczywiście nie możemy być cyniczni i niczym dżentelmeni możemy kogoś, jeśli jego zachowania nie akceptujemy, wyzwać na honorowy pojedynek, czyli zagrozić sankcjami uderzającymi oczywiście nie w niego, lecz w obywateli jego kraju, o czym Brzeziński również wspominał.

Tak pojęta kultura polityczna odstręcza mnie nie mniej niż wcześniej cytowanego lidera Kultu. Czy naprawdę dobre kontakty ze wszystkimi są tym, dla czego warto poświęcać suwerenność narodu? Czy dla polityka pewne podstawowe zasady nie powinny być ważniejsze od dobrych stosunków na przykład z Rosją? Zimna wojna się skończyła. Rosja to nie ZSRR, czyli potęga militarna mogąca w każdej chwili najechać na Finlandię, a jakakolwiek pomoc temu krajowi mogłaby się wiązać się z wybuchem atomowej III wojny światowej.

Oczywiście nie należy Rosji rozsierdzać bez celu, ale zbytnia uległość wcale nie jest korzystna. Odbieranie Ukrainie prawa do kluczowego dla niej uczestnictwa w sojuszu wojskowym to zbyt daleko idąca ostrożność, która może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Bo czy Polska jest bardziej narażona na agresję Rosji, po tym jak przystąpiła do NATO i UE? Zdecydowanie nie. Dzisiaj już nikt się nie zastanawia tak mocno, co sobie pomyśli Putin, co widać po naszej zdecydowanej postawie właśnie w sprawie Ukrainy. Czy przed przystąpieniem do NATO moglibyśmy sobie pozwolić na jawne zabieranie Putinowi zabawki, jaką dla niego jest ten kraj?