Dziennik.pl: Polacy potrafią śmiać się z samych siebie?

Jerzy Urban*: A skąd. Potrafią się śmiać z jakiejś grupy, ale nie z narodu, jako całości. Jak głupola gra policjant, to jest okej, ale gdy w roli głupka występuje Polak, to zaraz reaguje dyplomacja. Na tzw. "polish jokes" w USA reagowała poważna publicystyka, kończyło się świętym oburzeniem. Z wielu kwestii nie potrafimy się śmiać, bo to wymaga większego luzu, spuszczenia z wodą martyrologii narodowej. 

Ale przecież nie brakuje nam poczucia humoru.

Nie, ale ten humor jest coraz bardziej prymitywny. Ludzi śmieszą żarty typu tort w mordę czy chłop przebrany za babę. Nawet Żyd w beczce zniknął, a szkoda bo to było bardzo śmieszne.

Moim zdaniem Polacy to jeden z najbardziej ponurych narodów w Europie. Są kraje - jak choćby USA - gdzie istnieje zasada sztucznej wesołości. Każdy musi mówić: „fajno jest”, uśmiechać się do całego świata i obowiązkowo być dowcipnym. A u nas wypada być ponurym, umartwionym przez historię i wszystko wokoło.

W PRL byliśmy przecież „najweselszym barakiem”, co się zmieniło?

W PRL humor był ograniczany przez cenzurę, przez co był bardziej wysublimowany. Dla elity istniały świątynie humoru z dobrym smakiem – jak choćby STS (Studencki Teatr Satyryków – przyp. red.),krakowska „Piwnica…”, dawny kabaret Pietrzaka. Nawet wielcy poeci parali się zabawianiem publiczności. Rozśmieszał Gałczyński, Tuwim. To należało do etosu części poetów. A dziś, prócz Szymborskiej, wybitni współcześni poeci to smutasy. Stoją na koturnach i są romantycznie tragiczni. 

Humor się zdemokratyzował, umasowił.

Dziś robi się zamknięte koło. Masy są zabawiane tym co lubią, a to co lubią masy jest marnej jakości. Nikt nie ciągnie w górę, bo to wymaga wysiłku i poniesienia kosztów. Kabaret Starszych Panów to nie była impreza dochodowa. Ale on tworzył wzory, standardy poczucia humoru.

Kim są święte krowy, z których się w Polsce nie można śmiać?

Kiedyś istniał klimat dla Mrożka, który drwił zarówno z bohaterskiego etosu i - co dziś jest nie do pomyślenia – z chłopów. Wystarczy przypomnieć sobie opisaną w sztuce scenę rozmowy dwóch chłopów przy piwie: 

- Może by coś zasiać?

- Eeeee...

- A może by coś zaorać?

- Eeeeee...

W państwie robotniczo-chłopskim to była normalna zabawa kosztem jednej z grup. Dziś się nikt nie bawi kosztem wielkich, mocarnych grup społecznych. Kler jest raczej przedmiotem krytyki niż ośmieszania. Tymczasem aż się prosi o kabaret antyklerykalny. Ale boję się, że byłby niezwykle prymitywny. Sam nie mam pomysłu, ale też nie jestem zawodowym wesołkiem.

A jednak kręci pan prześmiewcze filmy i śmieje się także z Kościoła. Jakie dowcipy mają największe wzięcie?

Na przykład film z paleniem szalika, polskiej flagi kibolskiej. Podobnie było z filmem, w której gram lekarza i piszę wskazówki dla pacjenta: na czczo „Zdrowaś Mario”, po śniadaniu „Ojcze Nasz”, a przed snem woda święcona we wlewce doodbytniczo.

Mało wyszukane, ale pewnie budzi oburzenie...

Ci, co wchodzą na mój kanał, to chwalą i się cieszą, a nie oburzają. Ale to tylko dowód podziału społeczeństwa. Ci, którzy chcą się śmiać z Putina wchodzą na na inne serwisy, a ci co wolą drwić z kleru, lądują u mnie.

Odwołał się pan po skazującym wyroku za primaaprilisowy żart z premiera Tuska?

Nie, napisałem oświadczenie, ze nie odwołam się, bo to zbyt drobna sprawa. Premier zrobił z siebie idiotę więc ja nie będę ciągnął zabawy, bo szkoda czasu - mojego i sądu.

CZYTAJ WIĘCEJ: Patrz go, jaki ch... opalony, czyli jak Urban Tuska "podsłuchał">>>

Polscy politycy potrafią śmiać się z samych siebie?

Nie potrafią. Kaczyńscy na przykład obrazili się za kartofle, a to przecież nasze warzywo narodowe, niezwykle smakowite. Leszek Miller z wielką starannością, przy użyciu zespołu doradców wymyśla bon moty na użytek publiczny, a gdy ktoś śmieje z niego, to się śmiertelnie obraża. W ogóle nie znam polityków, którzy lubią, gdy ktoś się z nich śmieje. Są nadęci i nie rozumieją, że to może to być dowód sympatii i popularności.

A który z polityków umie sypnąć dobrym żartem?

Dobrym? To nikt. Wielu polityków usiłuje jednak być dowcipnym, jak Miller, który miewał dobre riposty, ale i one się przejadły. Lubię rzadkie poczucie humoru Tuska, bo on w jakiś subtelny sposób potrafi zjeść przeciwnika. Żałosny jest za to Komorowski, który za dowcipne uznaje odwołuje się do lewatywy, jako skutecznego….

Hola, hola, sam pan żartował z lewatywy…

Ale Komorowskiego riposta zwyczajnie nie była śmieszna. 

Pan potrafi się śmiać z siebie?

Oczywiście. Uwielbiam dowcipy o sobie. W okresie stanu wojennego żartowano na przykład, że nie można było zabić Jaruzelskiego, bo gdy ktoś już do niego mierzył, to zaraz ktoś inny podbijał mu rękę i krzyczał: Urbana też, Urbana też.

Smaczniejszą wizje Urbana stworzył Jerzy Pilch w powieści „Marsz Polonia”, gdzie organizuję przyjęcie w klimacie „Mistrza i Małgorzaty”. Był nawet komiks, w którym ja przebrany za karła urządzałem orgie. Bardzo lubię, jak ze mnie szydzą. I nie można mnie obrazić. 

Czyżby? Ale za „Goebbelsa” jednak wytoczył pan proces.

Poczułem się nie tyle obrażony, ale chciałem skryminalizować porównywanie nas do hitlerowców. Potem, jak przegrałem proces, sam o sobie mówiłem „Goebbels stanu wojennego”. 

*Jerzy Urban jest redaktorem naczelnym tygodnika "NIE"