DOMINIKA ĆOSIĆ: Niedawno Parlament Europejski przyjął raport byłego rumuńskiego ministra obrony, poświęcony sytuacji militarnej w regionie Morza Czarnego. Jakie jest przesłanie?

MAREK JUREK: Raport jasno pokazuje zagrożenie, jakim dla wszystkich sąsiadów jest polityka Rosji po aneksji Krymu. Tu nie chodzi o emocjonalną reakcję Putina na rewolucję demokratyczną na Ukrainie, ale o metodyczną ekspansję. Raport (na mój wniosek) zwraca uwagę na wykorzystywanie przez Rosję broni nuklearnej jako czynnika nie hipotetycznego odstraszania w przypadku wojny, ale jako narzędzia zastraszania sąsiadów w warunkach pokoju. Taki charakter miały manewry nuklearne w trakcie rozmów pokojowych w Mińsku czy rosyjska doktryna wojskowa, która zakłada atak nuklearny na państwa, które same nie dysponują tego typu bronią. Pokazuje wreszcie niebezpieczeństwo zajęcia przez Rosję nie tylko wybrzeży Morza Azowskiego, ale również całego ukraińskiego wybrzeża czarnomorskiego, również na zachód od Krymu, w kierunku okupowanego Naddniestrza. Jednocześnie Raport formułuje ważne rekomendacje dotyczące zachowania bezpieczeństwa w tym regionie.

Czyli?

Przede wszystkim odbudowę tradycyjnej geopolitycznej funkcji Morza Czarnego, które zawsze stanowiło drogą łączącą Europę z Azją Środkową. Ta droga może dziś wzmocnić bezpieczeństwo energetyczne Europy środkowej poprzez zbudowanie linii przesyłu surowców energetycznych z Morza Kaspijskiego. To wielka szansa na dostęp do złóż nierosyjskich uzależnionych od rosyjskich surowców krajów Europy środkowej. Dlatego tak ważne jest wpisanie do Raportu wniosku o wznowienie budowy gazociągu Nabucco.

A czy Pana zdaniem zagrożenie ze strony Rosji widzą tylko europosłowie z krajów bezpośrednio potencjalnie zagrożonych przez Rosję?

Na pewno w Parlamencie Europejskim, gdzie nasi koledzy z zachodniej Europy na co dzień słyszą nasze argumenty – nie ma tak otwartych manifestacji na przyzwolenie na agresywną politykę Rosji, jakie czasami słyszymy od posłów do parlamentów narodowych w Niemczech czy Francji. Ale nie zmienia to faktu, że polityka Unii przypomina politykę rządu Leona Bluma wobec Niemiec w połowie lat 30-tych, który na kongresie partii socjalistycznej krzyczał, że Hitler nie zmusi Francji do porzucenia polityki pokojowej i zbrojeń. Blum świetnie godził radykalne potępienie Hitlera z równie radykalną odmową przeciwstawianiu się Hitlerowi. Tymczasem solidarność europejska to przede wszystkim wsparcie dla tych państw, których bezpieczeństwo może być zagrożone i które ciągle jeszcze muszą umacniać niepodległość, a nie dywagacje o walce z piractwem na Oceanie Indyjskim (przy całym szacunku dla problemu, bo tam również pływając polscy marynarze).