Dla porządku: ubiegłoroczny budżet MON wyniósł prawie 40 mld zł, z czego grubo ponad 10 mld przeznaczono na zakup nowej broni.

Tymczasem poprzednie kierownictwo MON, mając w ręku tak potężne narzędzie, jakim jest sterowanie strumieniem miliardów złotych, nie potrafiło bądź nie chciało z tego skorzystać na arenie międzynarodowej. Co najmniej dwa lata temu w branży mówiło się o tym, że tarcza przeciwrakietowa będzie dla Amerykanów, śmigłowce dla Francuzów, a okręty podwodne dla Niemiec. Uzasadnienie? Chodziło o to, by nie narazić się żadnemu z naszych sojuszników, żeby „wszyscy byli zadowoleni”.

W kwietniu ubiegłego roku prezydent Bronisław Komorowski faktycznie ogłosił, że finalne negocjacje w sprawie tarczy zostaną przeprowadzone z amerykańskim koncernem Raytheon, a w sprawie śmigłowców z francuskim Airbusem. Program okrętów podwodnych, na skutek zmiany decyzji i chęci zainstalowania pocisków manewrujących, dostał olbrzymiego opóźnienia, tak więc nie było o czym decydować.

Dlaczego dokonano takich, a nie innych wyborów? W przypadku tarczy przesądziło kryterium geopolityczne. Jeden z niedawnych ministrów przytaczał wypowiedź amerykańskiego dyplomaty: „Kupujecie osiem baterii przeciwlotniczych. Zastanówcie się, kto w razie czego przyśle kolejnych 20”. I jest w tym racja. Problem w tym, że poprzednie kierownictwo (być może cały rząd) wydawało się realizować politykę, którą dosyć dobrze w prywatnej rozmowie wyłożył były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Sprowadzała się ona do robienia Amerykanom dobrze i nieoczekiwania w zamian niczego. Przykładem tego są choćby dotychczasowe negocjacje z koncernem Raytheon, który oferował nam po prostu skandaliczne warunki. Co gorsza, oficjele MON zapewniali, że wszystko jest w porządku. Z kolei jeśli chodzi o francuskie śmigłowce Caracal, to pod względem technicznym jest to wybór podobnie dobry bądź zły jak amerykańskie blackhawki (trzeci z oferentów faktycznie potrzebuje jeszcze 2–3 lat, by swoją konstrukcję dopracować).

Ale dlaczego wybraliśmy akurat Francuzów, a nie Amerykanów? Tłumaczenie, że tylko oni spełnili formalne kryteria przetargu, są mało wiarygodne, ponieważ w tej branży przy dużych zamówieniach nie ma przypadkowych zwycięzców – pośrednio bądź bezpośrednio zawsze wskazują ich politycy. Z tym że w tym wypadku brakuje roztropnego uzasadnienia, dlaczego akurat ten oferent. Bo wspomniane „każdemu z naszych sojuszników się coś należy” jest słabym argumentem.

Nowe kierownictwo resortu postanowiło całkowicie zmienić zasady gry. Wystąpienie ministra Antoniego Macierewicza na sejmowej komisji obrony (w dwa tygodnie po objęciu urzędu), w którym stwierdził, że propozycja amerykańska jest za droga i zbyt odległa w czasie, sugerując, że zasadniczo nie mamy o czym rozmawiać, było niczym wywrócenie stolika.

Pozycja negocjacyjna została całkowicie odwrócona – przedstawicielom amerykańskiego Raytheona wysłano jasny sygnał: MON też będzie rozdawał karty. I faktycznie na stole negocjacyjnym zaczęło to wyglądać zupełnie lepiej. Na początku lutego do Stanów udaje się delegacja z MON. Już teraz wiadomo, że oferta będzie znacznie zmieniona. W najbardziej wymiernym aspekcie uda nam się pewnie zaoszczędzić kilka–kilkanaście miliardów złotych i być może sprowadzić więcej żołnierzy zza oceanu do Polski. Albo zmienimy dostawcę.

Swego rodzaju nowością w tym podejściu jest spojrzenie na zakupy w kategoriach „coś za coś”, a nie tylko to „by wszyscy byli zadowoleni”. Nieoficjalnie wiadomo, że ostateczna decyzja dotycząca śmigłowców zostanie podjęta prawdopodobnie w połowie lutego. Wcześniej odbędzie się spotkanie ministrów obrony NATO, na którym wstępnie zostaną przedstawione stanowiska poszczególnych państw odnośnie do lipcowego szczytu Sojuszu w Warszawie i wzmocnienia obecności wojskowej na wschodniej flance. Jak mówią nieformalnie wysocy urzędnicy resortu obrony: zablokowanie tej inicjatywy przez Paryż oznacza, że w najbliższych latach nikt nad Wisłą żadnej broni produkowanej nad Sekwaną nie kupi. No i nasze zaangażowanie w Afryce, na którym ponoć zależy Francuzom ze względów politycznych, na pewno się nie zwiększy. Takie podejście do zakupów za miliardy złotych wydaje się oczywiste. Nie było jednak oczywiste dla ministra Tomasza Siemoniaka i jego przybocznych.

Drugą zasadniczą zmianą ma być myślenie strategiczne i zmiana sprzętu, który kupujemy. Za poprzedniego rządu mówiono o „polskich kłach”, czyli możliwości odstraszania potencjalnego przeciwnika. Tymczasem gdy o tej doktrynie zrobiło się głośno, a oficjele zaczęli powtarzać tę nazwę, okazało się, że nie stała za tym żadna spójna, głęboko przemyślana i zapisana w dokumentach koncepcja. Pierwsze sygnały dochodzące z gmachów przy Klonowej i Niepodległości świadczą o tym, że to się zmieni. Najpierw mamy się zastanowić, jak faktycznie może wyglądać konflikt na terenie Polski, a później dobrać do niego odpowiednie środki. A to, że taki czy inny rodzaj sił zbrojnych chciałby mieć jak najwięcej nowoczesnego sprzętu (celuje w tym marynarka), ma zejść na dalszy plan.

Na razie rząd Beaty Szydło (w tym również MON, np. jeśli chodzi o centrum doskonalenia SKW) poświęca dużo energii i czasu na gaszenie bezsensownych pożarów, które sam wywołuje. Pytanie, czy starczy sił na prawdziwe zmiany, wciąż pozostaje otwarte.