Leszek Miller zabiera głos przed zbliżającą się kolejną rocznicą tak zwanej krwawej niedzieli z lipca 1943 roku, kiedy na Wołyniu nastąpiła kulminacja masowych mordów popełnionych na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów. W komentarzu opublikowanym w "Super Expressie" zwraca uwagę na brak reakcji polskich władz na obecną ekspansję ukraińskiego nacjonalizmu oraz "proces wywyższania zbrodniczej ideologii Stepana Bandery i tradycji bojowych UPA do rangi zasług państwowych".

W kilka godzin po przemówieniu prezydenta Komorowskiego w Radzie Najwyższej Ukrainy deputowani przyjęli ustawy, w myśl których mordercy z UPA zasługują na pomniki, a negowanie ich zasług zagrożone jest karą 10 lat więzienia. To samo gremium uczciło pamięć Romana Szuchewycza, naczelnego dowódcy UPA odpowiedzialnego za mordy na Polakach, i płk. Petra Diaczenki, który na czele swoich żołnierzy pacyfikował Powstanie Warszawskie, a następnie polskie wsie na Lubelszczyźnie.

Jak podkreśla Leszek Miller, "szybka banderyzacja" sfery publicznej na Ukrainie nie wywołuje żadnej reakcji polskich władz. Zauważa, że "pod wpływem ukraińskich nacisków PiS skłania się uczcić ofiary ludobójstwa na Kresach nie 11 lipca, a 17 września w szerszym kontekście tragicznych losów Polaków na Wschodzie".

O jednych zbrodniach (Katyń, zbrodnie niemieckie) można mówić zawsze i wszędzie. Inne, gdzie sprawcami jest faszyzm i nacjonalizm ukraiński, trzeba relatywizować. Jest to postawa nie tylko politycznie błędna, ale i haniebna - zaznacza.