Przy drodze, która kiedyś prowadziła przez wieś, stoi czarna tablica. Na niej niebiesko-żółte logo nacjonalistycznej partii Swoboda: otwarta dłoń z trzema wyprostowanymi środkowymi palcami. Identyczne jak na flagach powiewających nad kijowskim Majdanem. Tablica przedzielona na pół, po jednej stronie tekst po ukraińsku, po drugiej – po angielsku. Na górze napis: „Prawda o Hucie Pieniackiej”.
Franciszek Bąkowski macha ręką, gdy słyszy pytanie o tablicę. Wiele razy przechodził obok, zmierzając do pomnika, na którym wyryto 580 nazwisk ofiar, mieszkańców wioski. 70 lat temu w jedną noc stracił matkę, ojca, brata, krewnych. Prawdę widział na własne oczy.
Matka, weź te dzieci
Na początku 1944 r. spodziewano się ataku na wieś. Uciekinierzy z Wołynia opowiadali o masakrach dokonywanych przez UPA. Ale tutaj banderowcy nie zaglądali. Odstraszał ich oddział radzieckich partyzantów, który stacjonował w Hucie, wiedzieli, że w wiosce jest AK, że część mieszkańców ma broń. W końcu jednak Sowieci odeszli i tydzień przed masakrą na wioskę napadł niewielki oddział. Polacy skrzyknęli się i zaczęli strzelać. Dwóch napastników padło. Jan Sowiński, wówczas 18-latek, chwalił się, że położył jednego. Obaj zabici mieli mundury dywizji SS Galizien. Należało spodziewać się najgorszego.
– opowiada Franciszek Bąkowski. Jan Sowiński akurat zszedł nad ranem z warty. Nie zdążył jeszcze zasnąć, kiedy się zaczęło. Zobaczył żołnierzy w białych kombinezonach na podwórzu. Ukrył karabin w skrzyni, kiedy otwierali drzwi do jego chałupy.
Przed domem Bąkowskich stał oficer. Przy nim trzech żołnierzy. – – wspomina pan Franciszek, wtedy 7-letni Franek. Patrzył na zdenerwowanego ojca, na bladą matkę, która zagarniała dzieci na podwórzu. – – wylicza. –
Do wsi weszły dwa bataliony 4. pułku SS Galizien. Ukraińscy ochotnicy w niemieckich mundurach. Przeszukiwali budynek po budynku, wyciągali mieszkańców i pędzili do kościoła. Huta Pieniacka była duża: 172 domy, do tego obory, stajnie. W jednej z nich ukrył się Janek Sowiński. Skoczył w bok, gdy żołnierz akurat nie patrzył w jego stronę. Obserwował, jak esesmani nawoływali się po ukraińsku, jak wypędzali ludzi z sąsiednich gospodarstw. Przyszli też do kobiety, u której schronienia szukali Franek z Kazikiem. Stała w śniegu, z pięciorgiem dzieci, trzema swoimi i dwoma sąsiadów, trzymając na ramieniu najmłodsze. Wtedy podszedł do niej jakiś żołnierz, nachylił się i powiedział po polsku: . Więc pobiegła z nimi za dom, wpadli do brogu, kopca z odłożonymi na zimę warzywami. Pod słomą było sporo miejsca po wybranych ziemniakach i marchwi. – – kręci głową pan Franciszek.
Za żołnierzami szli bojownicy z UPA i zwykli Ukraińcy z okolicznych wiosek, którzy plądrowali opustoszałe chałupy. – – mówi Franciszek Bąkowski.
Zapasowe wyjście
Obok Bąkowskich mieszkali Kierepkowie. Urszula Kierepka była położną. Wieczorem, tuż przed pacyfikacją, została wezwana do porodu. Jej wnuk, dziś 84-letni Sulimir Stanisław Żuk, z trudem wraca wspomnieniami do tego dnia. Miał wtedy niespełna 14 lat. – – opowiada.
Dziecko przyszło na świat w kościele. Franciszek Bąkowski przechowuje list od wnuczki kobiety, która widziała, jaki los spotkał rodzącą matkę, jej dziecko i akuszerkę. Z relacji wynika, że pilnujący mieszkańców wsi ukraiński esesman rozdeptał noworodka. – czyta fragment listu pan Franciszek i pokazuje kolejne zdania:
Siostra pana Franciszka, Stefania, przez ponad 40 lat nie chciała opowiadać o tym, co widziała w czasie pacyfikacji wsi i jak tego dnia ocalała. Dusiła w sobie wspomnienia. – – mówi pan Franciszek. Kiedy prowadzono ją w grupie dziewcząt i kobiet do kościoła, mijała ogarnięte pożarem zabudowania, z których dobiegały krzyki palonych żywcem ludzi. Później w zgliszczach jednej z tamtych stodół znaleziono szczątki ich ojca. Ukraińcy wypędzili ją z kościoła w jednej z ostatnich grup. Prosto do stodoły Relichów, jednych z bogatszych gospodarzy. Wprowadzili ok. 40 osób, zaryglowali wrota, zadrutowali, aby nikt nie mógł się wydostać, i zaczęli oblewać ściany benzyną. – – opowiada pan Franciszek. – .
Przepychały wierzeje razem, kilka koleżanek. Wśród nich była Wanda Gośniowska, starsza o kilka lat od Stefanii i silniejsza. Gdy w końcu zbity śnieg ustąpił, rozbiegły się po polu, osiem, może dziesięć dziewcząt. Żołnierze strzelali za nimi.
Klęczałem i płakałem
Masakry dokonali Ukraińcy z 4. Galicyjskiego Ochotniczego Pułku Policyjnego należącego do 14. Dywizji SS Galizien. Ten fakt według prokuratorów badających pacyfikację Huty Pieniackiej nie podlega dyskusji. Nie mają też wątpliwości, że pomagali im partyzanci z UPA. W tym roku w listopadzie minie 20 lat od wszczęcia śledztwa, od kiedy zaczęto przesłuchiwać świadków, gromadzić relacje i szukać winnych. Prokurator Waldemar Szwiec, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie, przyznaje, że nie potrafi ocenić, jak długo jeszcze potrwają prace śledczych. Nie kryje jednak, że zmierzają one do umorzenia ze względu na śmierć sprawców. Uzupełniane przez 20 lat akta puchną od suchych opisów bestialstwa: ,, , . Opisów suchych w dokumentacji, ale żywych w pamięci ocalałych.
– profesor Grzegorz Motyka, historyk i ukrainista, członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej
Wanda Gośniowska opowiadała, jak skatowano jej ojca. Zapamiętała, jak przyprowadzono go do kościoła w zakrwawionej koszuli. Dowódca lokalnego oddziału samoobrony Kazimierz Wojciechowski najpierw był torturowany, następnie został oblany benzyną i podpalony. Podobny los spotkał Wojciecha Szmigielskiego. Za to, że ukrywał w domu rannego radzieckiego partyzanta.
Stanisław Sulimir Żuk wciąż nie może poradzić sobie ze wspomnieniem świąt Bożego Narodzenia 1943 r. Mieszkał z rodzicami w Urszulinie, kilka kilometrów od Huty Pieniackiej. Pamięta, jak w nocy przed ich domem zatrzymały się sanie, z których wysiadło kilkunastu uzbrojonych mężczyzn. Naradzali się przez jakiś czas, potem odjechali, zostawiając przed bramą ślady krwi. Kilka dni później spod śniegu przy pobliskim lesie psy wygrzebały ciała ich ofiar. Byli wśród nich przyjaciele rodziny pana Sulimira, porwani z pobliskiej miejscowości w czasie najazdu UPA. – – opowiada. –
W pamięci utkwił mu również widok Huty Pieniackiej po pacyfikacji. Niepokoił się o krewnych, więc wymknął się z domu o świcie i z granatem w kieszeni pomaszerował przez zaspy. – – opowiada. – .
Tylko to mi pozostało
70 lat później po wiosce nie ma śladu. O jej istnieniu przypomina pomnik wzniesiony staraniem Stowarzyszenia Huta Pieniacka ze Wschowy, stojący na miejscu kościoła, z którego Ukraińcy wyprowadzali ludzi grupami na śmierć. Na monumencie 580 nazwisk. Tyle ofiar udało się do tej pory zidentyfikować. Dokładna liczba zabitych jest niemożliwa do ustalenia. Niewykluczone, że życie straciło nawet tysiąc osób, wliczając w to uciekinierów z innych miejscowości, którzy szukali w Hucie schronienia. Przeżyło ok. 160. Co roku pod koniec lutego kto z nich jeszcze może, przyjeżdża w miejsce, gdzie stała wieś, pod pomnik, na odnawiany własnymi rękami stary wioskowy cmentarz. Nagrobki ocalały. Polskimi napisami przypominają o dawnych mieszkańcach tej okolicy.
Franciszek Bąkowski pamięta, że cmentarz był na obrzeżach wioski, pamięta, że w samej Hucie Pieniackiej rosło wiele drzew owocowych. Brat Władek przypomniał mu, że przed bramą do ich gospodarstwa zwieszały się dwie piękne czereśnie. Więc pewnego razu poszli ich szukać, cierpliwie spacerowali po zarośniętym ostami polu, próbując odszukać w skrawkach wspomnień właściwą drogę. Znaleźli w końcu spróchniałe resztki dwóch pieńków i tak weszli na teren gospodarstwa. W miejscu, gdzie kiedyś stał ich dom, wyciągnęli spod ziemi dachówkę. – – kiwa głową pan Franciszek. Wśród splątanych suchych ostów udało się odnaleźć coś jeszcze. Kamienną figurkę świętego Antoniego, która stała przed domem rodziców Wandy Gośniowskiej. Podnieśli ją, ustawili na nowo. – – mówi Franciszek Bąkowski.
28 lutego planował sprawdzić, czy święty się nie przewrócił, czy nagrobki są czyste, czy pomnika nikt nie zniszczył. Plany pokrzyżowała jednak wielka polityka. – – wyjaśnia Małgorzata Gośniowska-Kola, córka Wandy Gośniowskiej i szefowa Stowarzyszenia Huta Pieniacka. Gdy w Kijowie wybuchła rewolucja, wyjazd stał się zbyt ryzykowny. Może kiedy sytuacja się uspokoi, pojadą. Przejdą się nieistniejącymi ulicami, spróbują sobie wyobrazić, gdzie stały domy, gdzie mieszkali ich znajomi. Na tablicę ukraińskiej Swobody z „prawdą o Hucie Pieniackiej” nawet nie spojrzą.
ZAGŁADA HUTY PIENIACKIEJ. OPOWIADA FRANCISZEK BĄKOWSKI: