Gdy usłyszałem, że limuzyna z Beatą Szydło wylądowała na drzewie, pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy, był wstyd. Ile można? Gdzie są granice kompromitowania się mojego państwa w sprawach w sumie najprostszych? A druga była taka, że jako państwo jesteśmy kompletnie niezdolni do wyciągania wniosków z historii. Jest w tym jakaś głębsza ułomność. Sześciolatek, który raz dotknie ciepłego czajnika, raczej drugi raz tego nie zrobi. Nasze państwo jest inne. Niezmiennie leci jak ćma w stronę świecy, by się tam spalić. Umiemy się zmobilizować na chwilę, na hurra, ale trzymanie się zasad na dłużej idzie nam średnio. Może to kwestia zaborów, wojny, komuny, czyli kwestia walki, kontestowania opresyjnego państwa.

Po ogólnej refleksji przejdę do szczegółu, czyli wypadku premier, który się z tą oceną łączy. Dlaczego do tego wypadku doszło? Dlatego, że między pierwszym autem ochrony a samochodem, w którym wieziono szefową rządu, było za dużo miejsca. I przypadkowo przed maskę premierowskiego audi wpasował się niedoświadczony kierowca. Pewnie chłopak popełnił błąd. Tyle że życie premiera dużego europejskiego państwa nie może zależeć od złej decyzji 21-latka w seicento.

Jedną z najtrudniejszych umiejętności szoferów jeżdżących w ochronach VIP-ów jest jazda w kolumnach. Blisko siebie, żeby nikt nie znalazł się w pobliżu auta z ochranianą osobą. Tego nie masz na pstryknięcie palców, to są setki godzin treningów zespołów złożonych z wielu osób, bo przecież w kolumnach nierzadko są więcej niż trzy auta. Co to ma wspólnego z kondycją państwa? Cóż, słynne BOR w swym zdezelowanym ośrodku szkoleniowym w Raduczu nie ma toru, na którym mogłoby trenować takie manewry.

Wiceszef MSW Jarosław Zieliński bezpośrednio nadzorujący BOR powiedział, że w Biurze jest 300 wakatów. Może by więc minister Zieliński lub jego szef Mariusz Błaszczak zwrócił się do wicepremiera Mateusza Morawieckiego, żeby znalazł pieniądze na te etaty? Jeżeli odbijają się od ściany, niech idą do Jarosława Kaczyńskiego, by spowodował, że ta kasa się znajdzie. Bo takie zamiatanie problemów pod dywan to proszenie się o drugi Smoleńsk. Gdzie borowcy mają się szkolić? Jak i kiedy mają to robić, skoro jest ich za mało i nie ma na to czasu? To oczywiście nie dotyczy jedynie tej władzy. Trwa to od lat. Utkwiła mi w pamięci wypowiedź jednego z byłych szefów BOR. Opowiadał, że mają nowe, fajne auta. I że te auta stoją do połowy kół w wodzie, bo na remonty garaży nie ma już kasy w budżecie.

Druga sprawa to mentalność polityków. W poniedziałek zalała mnie krew, gdy przeczytałem opinię jednego z byłych wicepremierów. Chełpił się tym, że w trakcie długiego urzędowania może ze dwa razy jeździł z BOR "na kogutach". Szkoda, że nie pochwalił się tym, jak zostawiał swego ochroniarza na lotnisku, bo akurat wyłapał lepsze połączenie dla siebie. – A ja? Nie ma dla mnie miejsca, mam niezadeklarowaną broń na ten lot. To niezgodne z procedurami – próbował interweniować funkcjonariusz. Nie pomogło, bo wicepremier właśnie obracał się na pięcie. Takie to są właśnie procedury, niezależnie od politycznych barw.

Gdy zbierałem informacje do książki o BOR, moją uwagę zwróciło lekceważenie przez polityków zaleceń funkcjonariuszy. Na przykład budowanie na ostatnią chwilę nierealistycznego kalendarza zajęć. Takiego, że mamy być zaraz, za moment na drugim końcu Polski. A że tak się nie da? Że to jest groźne dla VIP-ów, ich otoczenia, innych ludzi na drodze? To nie ma znaczenia. Oczywiście adiutant z BOR może się na to nie zgodzić i rzucić rejtanem. Ale ilu się nie zgodzi, nie bojąc się utraty roboty?

Ponadpartyjnie, wspólnie latami łamaliście kręgosłup instytucji, robiąc sobie z funkcjonariuszy skrzyżowanie kamerdynerów z asystentami. Słyszałem dziesiątki relacji o naciskach na wiceszefów MSW, szefów BOR, że ja mogę jeździć tylko z panem Andrzejem, a pana Pawła proszę mi nie przysyłać. Oczywiście możecie zmienić nazwę BOR. Dać nowy szyld, pieczątki, ogłosić nowe otwarcie. Prawda jest taka, że dopóki nie zmienicie mentalności, nic to nie da.