To on wymyślił przekazanie na akcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zdjęcia pierwszej damy dygającej przed biskupami, a także spotkanie z nieżyjącym już politykiem SLD, Tomaszem Kalitą - wylicza Warzecha w "Do Rzeczy". Podkreśla, że były już dyrektor z Kancelarii Prezydenta zawsze robił świetne wrażenie. I wylicza jego atuty: biegła znajomość siedmiu języków, ponadprzeciętna inteligencja, erudycja, kąśliwe i zdystansowane poczucie humoru. Dlaczego więcej Marek Magierowski rozstał się ze stanowiskiem?

- Marek ma silna alergię na głupotę. Z tą cechą bywa w polityce trudno. Miał o sobie wysokie mniemanie, ale w pełni uzasadnione. Jedni to nazwą wielkim ego, inni przekonaniem o własnej wartości - cytuje pracownika prezydenckiej kancelarii Warzecha.

Zwraca uwagę, że Magierowski odczuwał coraz większą frustrację. Rozumiał bowiem, że Andrzej Duda funkcjonuje jako przybudówka do PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Sam prezydent również nie ułatwiał sprawy.

- (...) był zniecierpliwiony skłonnością Dudy do hamletyzowania tam, gdzie trzeba było podejmować szybkie i zdecydowane decyzje (...). Do irytacji doprowadzał go wizerunek prezydenta jako "pana Adriana" z "Ucha prezesa" - koniecznie chciał doprowadzić do emancypacji głowy państwa - wylicza Warzecha.

Wskazuje również na bezpośrednie przyczyny rozstania się Magierowskiego ze stanowiskiem. Chodzi m.in. o to, że Andrzej Duda nie był w stanie określić, czego właściwie chce. Mogło to wynikać z tego, że - jak mówi jeden ze współpracowników prezydenta - nie zakładał on wygranej w wyborach, a jedynie jak najlepszy i szybki powrót do Brukseli na fotel europosła.

Czarę goryczy miało przelać ogłoszenie przez Andrzeja Dudę 3 maja pomysłu na referendum konstytucyjne - miało do tego dojść bez konsultacji z Magierowskim.

- Dawanie twarzy wypowiedziom i posunięciom, z którymi się nie zgadzał, kosztowało Magierowskiego wiele - choć w polityce to rzecz normalna. Jak się jednak okazało, miało to swoje granice - stwierdza Warzecha.