Mamy szczęście, że w tym tygodniu nikt przypadkiem znów nie napadł na nasz kraj. Wystarczy spojrzeć na mapę, którą zamieścił hiszpański dziennik „Publico”, aby zrozumieć, jak Polacy powinni docenić ten uśmiech losu. Nie dość że jest ciepła i słoneczna wiosna, to jeszcze żadnych bombardowań (przynajmniej do dziś), ani wrogich czołgów na drogach - te amerykańskie, po skierowaniu nowelizacji ustawy o IPN do Trybunału Konstytucyjnego, są nadal sojusznicze.

Przy czym mapa „Publico” nie do końca oddaje historyczne realia, gdyż zaznaczone czerwonym kolorem kraje, które w przeszłości najeżdżały Rzeczpospolitą, są ujęte w swych współczesnych granicach. Powoduje to, że obok trzynastu państw, mających na sumieniu złożenie niegdyś wizyty przez ich żołnierzy na ziemiach polskich, jest jeszcze sporo obszarów w kolorze białym. Zamieszkujące je nacje rzekomo nigdy nie wpadał w odwiedziny do Wielkopolski lub Małopolski. Niedouczeni Hiszpanie zapomnieli, iż współodpowiedzialna za rozbiory monarchia Habsburgów rozciągła się niegdyś aż po Adriatyk. Z kolei Szwedzi mieli w swym władaniu Finlandię, zaś Dania, będąca w unii z Norwegią, toczyła z Polską wojnę o Inflanty za panowania Zygmunta Augusta. Należy też dorzucić Wikingów, lubiących sobie coś złupić na Pomorzu. Tych samych, co za Wilhelma Zdobywcy podporządkowali sobie Anglię. Na deser zaś dodać przekrój etniczny zachodnioeuropejskiego rycerstwa, wspierającego Krzyżaków po Grunwaldem. Po tym uzupełnieniu danych mapa „Publico” byłaby niemal w całości czerwona, bo przez ostatni tysiąc lat nad Wisłę, by sobie zabijać, gwałcić i rabować, zaglądali nawet wyjątkowo nieszkodliwi Białorusini, w ramach służby w Armii Czerwonej.

Ale i bez tej wiedzy hiszpańscy dziennikarze doszli do wniosku, że Polacy mają wyjątkowo pod górkę, mieszkając w kraju o takim położeniu geograficznym. „Hiszpanie odkryli to, co my wiemy od dawana” - skomentował całą rzecz portal gazeta.pl. Inne polskie media zareagowały podobnie radosnych wzruszeniem ramion. „No nie, wszyscy nas napadali i łupi, a to ci dopiero nowina. Jakbyśmy nie byli do tego przyzwyczajeni” - zdawały się mówić wesołe komentarze, zamieszczane przy okazji powielania ciekawostki przez kolejne portale oraz media społecznościowe.

Poszukiwanie refleksji nad wiedzą zawartą na czerwonej mapce okazuje się być sprawą równie beznadzieją, jak znalezienie europejskiej nacji, której przedstawiciele nie współuczestniczyli w choćby jednym najeździe na Polskę. Już sam ten fakt powinien zaciekawić. Na zdrowy rozum mieszkańcy III RP powinni zachowywać się jak Żydzi. Ci, po doświadczeniach Holokaustu i wojnach z Arabami, gdy wydarli dla siebie skrawek własnego kraju, odczuwają stan permanentnego zagrożenia. Chcąc więc przetrwać na Bliskim Wschodzie, stworzyli świetnie zorganizowane państwo, posiadające potężną armię. Widząc cień jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, Izrael reaguje z histeryczną determinacją. Zaś cała żydowska diaspora na świecie solidarnie wspiera swych rodaków.

Co robią w analogicznej sytuacji Polacy? Ano zajmują się sami sobą i to w stanie takiego wzmożenia, jakie izraelski rząd osiąga jedynie na wieści o wejściu Iranu w posiadanie broni atomowej. Jak w szkle powiększającym widać to było w tym tygodniu, przy okazji rocznicy katastrofy smoleńskiej. Trudno o lepszy przykład tego, jak iluzorycznym tworem jest nasze państwo, a jedyne, co realnie potrafi, to podnosić ciśnienie własnym obywatelom. W przypadku katastrofy rządowego Tu-154, śmierci własnego prezydenta, sporej części dowództwa armii oraz elit politycznych, rzeczy miały się następująco. Ówczesny szef rządu i prezydent prowadzili permanentną wojnę podjazdową, więc wizyty w Katyniu rozdzielono. Premier bardziej ufał Władimirowi Putinowi, niż byłemu koledze z „Solidarności”. Urzędnicy z kancelarii premiera, kancelarii prezydenta, funkcjonariusze BOR-u, wywiad, kontrwywiad i wszyscy inni odpowiedzialni za przygotowanie zagranicznej wizyty głowy państwa nie dopełniali służbowych obowiązków. Podobnie olano wszelkie procedury, pomimo wiedzy, jaki jest stan lotniska oraz pogoda. Gdyby ich przestrzegano, Tu-154 nawet nie podchodziłby do lądowania. Załoga rządowego samolotu nigdy niż przeszła porządnych szkoleń, została dobrana przypadkiem i w ostatnich chwili. Po rosyjsku potrafił trochę mówić tylko kpt. Protasiuk. Ale nie wiedział, że czerwony guzik na wolancie tupolewa nie zadziała, jeśli na lotnisku nie funkcjonuje skorelowany z systemami samolotu Instrument Landing System. Po prostu szkolenie, organizowane pilotowi przez państwo polskie, nie obejmowało takich niuansów. Kiedy więc w ostatniej chwili kpt. Protasiuk nacisnął ów guzik, by samolot pełną mocą silników zaczął się wznosić, nic się nie zadziało. Zrozumienie, że za kilka sekund się umrze, bo czerwony guzik nie działa, musi być fatalnym uczuciem.

Wszyscy zginęli, a groteskowo-koszmarny spektakl trwał. Rząd Tuska bez walki oddał śledztwo de facto w ręce Rosjan, pozwalając, aby całą winą obciążyli stronę polską. Zwykli obywatele naparzali lub zohydzali się wzajemnie na Krakowskim Przedmieściu, a „poległych” pod Smoleńskiem wziął na swe sztandary PiS. Gdy wygrał wybory, kluczową rolę w wyjaśnieniu katastrofy Jarosław Kaczyński oddał w ręce człowieka, szczerze wierzącego, że Egipt sprzedał dwa francuskie okręty typu Mistral, warte 950 mln euro, Rosji za dolara. Seryjna mitomania Antoniego Macierewicza w przypadku śledztwa smoleńskiego sprowadziła się do takiego doboru ludzi i faktów, aby koniecznie znaleźć eksplozję na pokładzie tupolewa. Jedyny sukces, jaki osiągnięto, to wybuch Wojciecha Czuchnowskiego na konferencji prasowej podkomisji smoleńskiej. I to jest III RP właśnie.

Dlatego jeśli jakiś Hiszpan zachodzi w głowę, dlaczego nawet niepozorny Woody Allen w filmie „Tajemnica morderstwa na Manhattanie” tłumaczy Diane Keaton po koncercie, że „po takiej dawce Wagnera ma ochotę najechać na Polskę”, należy powiedzieć prawdę. Zawsze, kiedy Polacy się czegokolwiek dorobili, trzeba było być skończonym idiotą, aby z tego nie skorzystać. A przy okazji też trochę ich przetrzebić, żeby nie znalazł się jakiś poseł Mularczyk, zawracający potem głowę potomkom najeźdźców groźbami ciągania ich po międzynarodowych sądach.

Natomiast gdyby ów Hiszpan upierał się przy pytaniu, czemu z tego stanu rzeczy społeczność zamieszkująca tereny Rzeczpospolitej nigdy nie wyciągnęła wniosków, odpowiedź nie przedstawia się łatwo. No bo każda inna nacja jakiś wnioski jednak by wysnuła, a nawet przedsięwzięła środki zaradcze. Być może kluczem do rozumienia tego zagadnienia pozostają miejscowe przekonania. Najwyraźniej przytłaczająca większość Polaków, a zwłaszcza elit, jest pewna, że wszystko poza granicami ojczyzny jest jedynie produktem zbiorowej imaginacji. Cały świat jest wielką nierzeczywistością, zaś realna jest tylko Polska i Polacy. Dlatego też oni stanowią dla siebie jedyny punkt odniesienia oraz tylko wobec siebie czują, iż zagrażają sobie na wzajem. Cała reszta jest bez znaczenia. Bo przecież nie warto bać się tworów własnej wyobraźni.