Polityczną formą wolnej Polski była liberalna demokracja, stąd kolejne wady III RP zapisywano na konto nowego ustroju. Liberalizm był winien tego, że komuniści zachowali silną pozycję, że miliony ludzi straciły pracę, liberalizm stworzył konsumpcyjny styl życia, osłabił religię, rozmył patriotyzm. Ponieważ liberalna demokracja była jedynym oskarżonym, katalog zarzutów stawał się coraz mniej spójny. Liberalna demokracja okazywała się odpowiedzialna i za permisywizm obyczajów, i za ich konserwatyzm.

Coraz mniej spójny stawał się też rysowany w kontestacjach obraz rzeczywistości. Z czasem okazało się, że krytyków rzeczywistości jest więcej niż jej obrońców. Jak to pogodzić z tym, że kontestatorzy mieli dojmujące poczucie własnej słabości i potęgi oponentów? Wyjaśnienia poszły w stronę ukrytych za kulisami potężnych ośrodków władzy. Każdy wskazywał tego, kogo najbardziej nie lubił, zarządcą liberalnego "systemu" mogły być zatem salon, Kościół, układ, oligarchia lub media.

Jeśli poszukamy źródła tych wyobrażeń na temat potężnej i wrogiej społeczeństwu liberalnej demokracji, odnajdziemy leżące u jego podstaw poczucie, że władza znajduje się bezustannie w cudzych rękach. I prawica, i lewica, bez względu na to, jaka była aktualna konstelacja władzy, przeżywała liberalną demokrację jako rzeczywistość obcą, na którą nie ma żadnego wpływu. Andrzej Nowak, autor dzisiejszej "Europy", uważa, że cały pakiet prawicowych wyobrażeń na temat narodowego życia został przez liberalną demokrację odrzucony. Nawet kilkakrotne przejęcie władzy przez prawicę niczego nie zmieniało. Odbijała się ona bezsilnie od liberalno-demokratycznej rzeczywistości. To samo wrażenie pojawiło się po stronie lewicowych krytyków. Kinga Dunin, kolejna dzisiejsza autorka, uważa, że lewica w Polsce nie miała i nie ma istotnego znaczenia. Kościół, biznes, prawica - owszem. Lewica natomiast była zawsze jedynie instrumentem nie swoich celów.

Polityczna pretensja do III RP bierze się z wielkiej pomyłki, której Polacy ulegli w 1989 roku. Sądzili, że wolność oznacza dowolność, że zbudują sobie rzeczywistość wedle własnego uznania. Mając w ręku taki instrument jak suwerenne i demokratyczne państwo, zbudują sobie własne obyczaje, swój model społeczny, własne wzory konsumpcji. Chwilę potem Polacy boleśnie doświadczyli siły cywilizacyjnych procesów, ponadnarodowych sił, które zaczęły kształtować większość parametrów naszej rzeczywistości, nie będąc w najmniejszym stopniu owocem świadomego wyboru.

Tę inwazję norm przeżywano w formach zastępczych jako podjęte przez kogoś decyzje. Procesy społeczne wyobrażono sobie jako plan polityczny realizowany przez liberalną władzę. Ponieważ jednak żaden obóz nie podejmował tych decyzji, dla wszystkich były one cudze.

Trudno dziś rozstrzygnąć, czy gniewu na własną bezsilność można było uniknąć. Naród, który w 1989 roku uzyskał nietypową świadomość budowania swojego życia od nowa, być może musiał się poczuć bardziej skrępowany, dowiadując się, jak małą ma w istocie swobodę. Jednak podobne problemy mieli też inni. Francuzi po wojnie bardzo skarżyli się na to, że ich kraj coraz bardziej przypomina inne, mieli pretensję do polityków, że to przez nich Francja staje się kolejną amerykańską prowincją, w której serwuje się nie tylko kuchnię i filmy centrali, ale także cały styl życia. Włosi i Niemcy mieli ten sam problem.

Po dwudziestu latach wydaje się, że do III RP zniechęcała nie tylko jej polityka, ale przeżywane przez pryzmat polityki zmiany jej kulturowego oblicza. Po drodze zapomniano, że o to kiedyś chodziło, że przed 1989 rokiem marzono nie o tym, żeby wymyślić dla Polski nową cywilizacyjną ścieżkę, ale by podzielić los z resztą Zachodu.

Robert Krasowski