Jeśli kondycja Myszki Miki mówi coś o kondycji Ameryki, to przyszłość rysuje się w różowych barwach. Koncern Walta Disneya zarobił w I kw. tego roku rekordowe 1,5 mld dol., o 32 proc. więcej niż w porównywalnym okresie rok temu. Obroty podniosły się o 10 proc., do 10,55 mld dol., a wartość akcji wzrosła o 33 proc.

Dobra passa, znacząca koniec recesji w przemyśle rozrywkowym, zaczęła się dla Disneya już w roku ubiegłym. Dzięki hitowi „Avengers” Disney jako pierwsza w historii świata wytwórnia zarobił na filmie ponad miliard dolarów. Zwiększona sprzedaż licencjonowanych gadżetów przełożyła się na prawie 40 mld dol. obrotów, a sportowa stacja ESPN zgarnęła też rekordowe prawie 5 mld, głównie dzięki podniesionym stawkom za reklamy. Eksperci jednak zgodnie wskazują, że sukces nie byłby możliwy bez tłumów, które z powrotem przypuściły szturm na disnejowskie parki tematyczne. Zawitało tam w 2012 r. 54 mln gości, co było dla Disneya niemal 20-proc. wzrostem i stanowiło 7,3 proc. całkowitej liczby urlopowiczów odwiedzających parki rozrywki na świecie. Za sukcesem stoi kilka odważnych pomysłów, które firma wcieliła w życie w ostatnich latach.

Gdy w 2008 r. w Amerykę uderzyła recesja, przemysł rozrywkowy natychmiast poczuł nóż na gardle i zareagował tradycyjnie: redukując ofertę, etaty i wstrzymując inwestycje. Szef Disneya Bob Iger miał inną wizję. Właśnie wtedy postawił na rozwój, pompując pieniądze zwłaszcza w ośrodki turystyczno-rozrywkowe i parki. Wszystkie odpucowano i wyremontowano, a kilka rozbudowano. W California Adventures otwarto wzniesiony za 1,1 mld dol. kompleks Cars’ Land z bohaterami pixarowskiego hitu „Auta” w rolach głównych, zaś w Disney World na Florydzie znacznie powiększył się obszar Fantasyland. W 2012 r. do floty luksusowych statków oferujących rejsy wycieczkowe po Karaibach dołączył „Disney Dream” zakupiony za 900 mln dol.

Od kilku lat Disney agresywnie promuje też oferty skierowane do dorosłych, w tym zwłaszcza organizację i hosting bajkowych ślubów. Według Peggy Ornestein, autorki książki „Kopciuszek zjadł moją córkę”, jedna na pięć Amerykanek rozważa dziś ślub i wesele ze słynnym disnejowskim zamkiem w tle. Wreszcie, od 2009 r. Disney intensywnie „zieleni” markę. Wszystkie pociągi i kolejki górskie jeżdżą dziś wyłącznie na biopaliwie, zużycie prądu i emisja gazów cieplarnianych ośrodkach i parkach skurczyły się o 10 proc., a objętość śmieci aż o połowę. Wszystkie te pozytywne zmiany sprawiły, że gdy recesja zaczęła odpuszczać, Amerykanie poczuli do swej i tak już ukochanej marki jeszcze większą sympatię.

Sukces Disneya to efekt konsekwentnego wcielania w życie dwóch prostych zasad. Po pierwsze, Disney rozumie, że Amerykanie traktują rozrywkę terapeutycznie, dlatego atrakcyjna oferta pokona wszystko, nawet recesję. Po drugie, oferta musi być zawsze na czasie, bo Amerykanie żyją teraźniejszością i przyszłością, a do tego lubią w interesie ruch i zmiany. Disney nieustannie spełnia ich oczekiwania – wyjaśnia DGP Michael Bernacchi z Uniwersytetu Detroit Mercy, analityk biznesu i marki Disneya.

Nic nie zapowiada, by Disney miał zwolnić tempo. Przeciwnie – w planach są kolejne ambitne projekty. W styczniu 2014 r. ruszy niemieckojęzyczna wersja telewizji dziecięcej Disney Channel, która ma podgryźć europejski rynek reklamy, a jednocześnie bardziej spopularyzować markę. W 2015 i 2016 r. szykują się zakupy kolejnych luksusowych statków. W październiku 2012 r. Disney kupił studio filmowe Lucasfilm oraz prawa do nazwy i znaku towarowego „Gwiezdnych wojen”. Budowa nowego parku tematycznego jest kwestią czasu, a kolejny odcinek serii już jest w produkcji. O tym, że tegoroczne zyski mogą ustanowić kolejny rekord, świadczy zaś to, że miliard dolarów na sprzedaży biletów wytwórnia Disneya już w tym roku zarobiła, wpuszczając do kin hit „Iron Man 3”.

Choć nie wszyscy Amerykanie są miłośnikami disnejowskiej wizji świata, nikt nie zaprzeczy, że rozwój koncernu leży w ekonomicznym interesie kraju. – Disney ma talent przemieniać w złoto wszystko, czego tylko dotknie. Tworzone przez niego etaty pracy zostają w Ameryce, już dzisiaj parki dają sezonowo zatrudnienie 600 tys. ludzi. Disnejowskie fantazje nie są prawdziwe, ale jego obroty wstrzykujące twardą walutę prosto w żyły amerykańskiej gospodarki jak najbardziej – mówi Michael Bernacchi.