Lampedusa to pierwszy przystanek imigrantów w drodze do Europy. Jak wygląda ich dalsza trasa?

Ernesto Savona: Podążają wcześniej ustalonymi kanałami do Niemiec, Szwecji i innych krajów. Szukają członków rodziny, znajomych, miejsc, gdzie już kogoś znają i gdzie będą mogli zostać na dłużej. Bardzo niewielu zostaje we Włoszech. Dla tych ludzi Lampedusa to nie są Włochy, to już jest Europa.

Kogo przewozi się przez Morze Śródziemne?

W tej samej łódce możemy znaleźć nie tylko nielegalnych imigrantów, ale także szukających schronienia politycznego, uciekających przed konfliktami zbrojnymi. Też takich, którzy za 2 czy 3 lata będą chcieli wrócić. Problem polega na tym, że każdej z tych grup przysługują kompletnie różne prawa. Te różne grupy tworzą jednak popyt na jedną usługę – transport do Europy. Jest to eksploatowane przez organizacje przestępcze.

Skąd pochodzą imigranci?

Głównie z obszaru Sahary, Erytrei, na zatopionej łodzi było także dużo osób z Somalii. Przez Morze Śródziemne przerzuca się ich z Libii, gdzie dostają się drogą lądową. Podróż może trwać przez kilka tygodni, w trakcie których są eskortowani. Na poszczególnych etapach organizowane są punkty zbiorcze. W Libii czekają czasem nawet przez kilka tygodni, aż uda się zorganizować odpowiednią łódź.

Cały proces jest bardzo elastyczny, bo inni ludzie zajmują się transportem przez Afrykę do Libii, inni z Libii do Europy, a jeszcze inni odbierają ich na miejscu i np. załatwiają fałszywe dokumenty. Nie bez znaczenia jest także kooperacja lokalnych władz, które na proceder przymykają oko, a nierzadko dwa. Zmowa między przemytnikami a władzami umożliwia ten proceder.

Co wiemy o tych organizacjach?

W przypadku katastrofy w Lampedusie osoba, która przewoziła tych 500 pasażerów, była znana policji. Funkcjonariuszom zeznała, że zmuszono ją do przewiezienia tych ludzi.

Ile kosztuje taka "usługa"?

Generalnie koszt szacowany jest od 2 tys. dol. wzwyż. Tyle zapłacili pasażerowie nieszczęsnej łodzi z Lampedusy. Jeśli na takiej łodzi przewieziemy 500 osób, to łącznie za jeden kurs ci można zainkasować milion dolarów. To czysty zysk, bo koszty związane z organizacją przewozu są znikome. Najpierw trzeba nabyć odpowiednią łódź, a w Libii bardzo łatwo można kupić używaną za 2–4 tys. dol. Koszty osobowe są niskie, bo z tą masą ludzi płynie tylko jeden człowiek. W efekcie cały proceder jest bardzo dochodowy, bo mówimy o milionie dolarów za znikome ryzyko. Ktoś organizuje łódź po tamtej stronie, a ktoś inny nią płynie, zresztą najczęściej wraca od razu po zakończonym kursie.

Co się dzieje z tymi ludźmi po przewiezieniu do Europy?

Najczęściej trafiają do przejściowego obozu, gdzie doprowadza się ich do zdrowia. Tutaj są pytani o dane osobowe, ale to nie jest proste, bo bardzo często mają nawet po kilka pseudonimów. Szukający schronienia politycznego wchodzą na oficjalną ścieżkę ubiegania się o azyl. Teoretycznie w obozie muszą zostać, dopóki nie otrzymają odpowiednich papierów. W praktyce wielu ucieka, kupują sobie bilet na pociąg i znikają, bo przecież Włochy są w strefie Schengen. Czasami są deportowani, ale zdarzają się i tacy, którzy wracają, po tym jak ich odeślemy.

Jakie są szacunki odnośnie do liczby ludzi pokonujących w ten sposób morze?

Mówimy o dziesiątkach tysięcy. Jedno z opracowań szacowało roczną migrację przez Lampedusę na 30–40 tys. osób. Dostają się do Włoch także w inny sposób, np. od strony Morza Jońskiego. Tamtejszą drogą na Stary Kontynent przenika kilka tysięcy osób rocznie.

Jak uniknąć powtórki z Lampedusy?

Przede wszystkim harmonizując prawo imigracyjne w całej Europie, ale to byłoby bardzo trudne. Wiele lat temu problemem we Włoszech był przerzut ludzi z Albanii. Poradziliśmy sobie z nim, tworząc program zachęt dla lokalnych władz, aby w ten sposób wyperswadować im pomoc w tym procederze. Podobne rozwiązanie staramy się stosować w Libii. Ale Libijczycy są sprytni, jeśli mogę tak powiedzieć: z jednej strony przyjmują naszą pomoc, ale z drugiej dalej przewożą ludzi.