Przelewu w piątek wieczorem dokonał ukraiński koncern Naftohaz. Odsuwa to groźbę zakręcenia przez Rosjan kurka z gazem. 

Według strony rosyjskiej, to pierwsza transza spłaty zadłużenia, jakie Ukraina ma wobec Gazpromu. Moskwa twierdzi, że łączny dług wynosi 5 miliardów 200 milionów dolarów - przy założeniu, że tysiąc metrów sześciennych surowca kosztuje 485 dolarów. Kijów przekonuje natomiast, że dług jest mniejszy, bowiem realna cena, którą Ukraina powinna płacić, to 286 dolarów za tysiąc metrów sześciennych. 

Premier Rosji Dmitrij Miedwiediew groził, że jeśli do jutra do 10:00 czasu moskiewskiego na konto Gazpromu nie wpłynie zaliczka na poczet czerwcowych dostaw, to Rosja wstrzyma dostawy paliwa dla Ukrainy. Jednak w piątek Miedwiediew złagodził stanowisko, twierdząc, że stopniowa spłata zadłużenia może spowodować wycofanie się z tak drastycznych decyzji. I rzeczywiście - Gazprom poinformował dzisiaj, że co najmniej przez najbliższy tydzień gaz będzie płynął normalnie. 

W Brukseli po południu spotkają się przedstawiciele Komisji Europejskiej, Rosji i Ukrainy. Jeśli nie dojdzie do porozumienia w sprawie spłaty przez Kijów całości długu, który wynosi ponad 3 miliardy dolarów, Moskwa ostrzega, że zakręci kurek gazem - a to grozi wstrzymaniem dostaw do Europy przez Ukrainę.

Będzie to czwarta runda negocjacyjna. Pierwsza odbyła się na początku maja w Warszawie, ostatnia - w ubiegłym tygodniu w Berlinie. Komisarz do spraw energii Guenther Oettinger informował wówczas, że są postępy w rozmowach, choć ostatecznego porozumienia jeszcze nie ma.