Dzisiejsze wybory do Kongresu zdecydują, czy ostatnie dwa lata prezydentury będą dla Baracka Obamy bardzo trudne, czy jedynie trudne. Jeśli republikanie będą mieli większość w obu izbach Kongresu – co jest zupełnie realnym scenariuszem – amerykański prezydent nie będzie miał szans, by odmienić słabe oceny swoich rządów.

Amerykanie wybierają, jak co dwa lata, całą Izbę Reprezentantów oraz jedną trzecią senatorów (w tym roku nawet więcej, co oprócz 33, którym kończy się kadencja, także trzech dodatkowo - z powodu wcześniejszej rezygnacji). Tak naprawdę jednak liczy się tylko wyścig do Senatu - w Izbie Reprezentantów republikanie i tak mają przewagę, a według sondaży raczej się ona powiększy, niż zmniejszy. W Senacie gra idzie natomiast o zmianę układu sił - aby do tego doszło, republikanie muszą odbić z rąk demokratów sześć mandatów. A ponieważ spośród 14 stanów, w których wynik jest trudny do przewidzenia, demokraci bronią 11, a republikanie tylko trzech, widać, że to partia prezydenta jest w defensywie. Szczególnie że zbiegło się to z najnowszym dnem sondażowym Obamy, którego działania aprobowało pod koniec października 38 proc. badanych, podczas gdy nie aprobowało ich - 58 proc. Na dodatek, jak pokazuje historia, partia rządząca w Białym Domu zwykle traci w wyborach w połowie kadencji (tzw. midterm elections), zaś elektorat republikanów jest bardziej zdyscyplinowany.

Przejęcie przez republikanów kontroli nad obydwoma izbami Kongresu = jeśli tak się stanie = nie pogorszy w sposób zasadniczy sytuacji Baracka Obamy, bo ona już stała się trudna w roku 2010, gdy republikanie zdobyli większość w Izbie Reprezentantów. Od tego czasu przyjęcie każdej ustawy wymaga wypracowywania kompromisu, co przeważnie okazywało się dość trudne. Teraz sytuacja się zmieni o tyle, że to republikanie będą musieli wychodzić z inicjatywami ustawodawczymi, a jedyną, ostatnią bronią demokratów pozostanie weto prezydenta. Do tej pory Obama używał go sporadycznie, ale też nie miał takiej potrzeby. Za to nowy układ sił realnie utrudni prezydentowi zatwierdzenie kluczowych zmian w administracji czy przeforsowanie własnych kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego. Podobnie jest z wpływem wyborów na politykę zagraniczną = jej priorytety ustala prezydent i tak pozostanie, a rola Kongresu jest tu ograniczona. Zgoda Senatu jest konieczna do ratyfikacji np. umów handlowych takich jak TPP (Partnerstwo Transpacyficzne), ale przystąpienie do niego akurat republikanie popierają. Ale mogą oni za to blokować nominacje Obamy dla ambasadorów.

Jeśli chodzi o republikanów w kontekście wyborów prezydenckich w 2016 r., to muszą oni przede wszystkim wypracować spójną strategię w kwestii polityki zagranicznej, a nawet szerzej  obecności Ameryki w świecie, bo na razie zbyt widoczne są wewnętrzne podziały. Po jednej stronie są ci, którzy opowiadają się za bardziej zdecydowanym zaangażowaniem; po drugie ci, którzy chcą większej powściągliwości i skupienia się na wewnętrznych sprawach kraju. W pozostałych kwestiach podział na umiarkowane skrzydło i związanych z Tea Party konserwatystów jest jednak mniej widoczny, bo republikanie generalnie popierają ograniczenia wydatków budżetowych, niższe podatki, mniej regulacji i pod tym względem są dość spójni.

CZYTAJ WIĘCEJ O SYTUACJI MIĘDZYNARODOWEJ>>>