Według eksperta, często goszczącego na łamach "WP", "cały fenomen Trumpa nie ma nic wspólnego ani z polityką, ani z ideologią", "ani z Partią Republikańską, z wyjątkiem jej najnowszej roli inkubatora tego osobliwego zagrożenie dla demokracji" amerykańskiej, jakim jest niemal pewny republikański kandydat do Białego Domu.

"Trump wykroczył poza partię, która go stworzyła. Jego rosnąca armia zwolenników już nie dba o partię. Ponieważ partia nie od razu poparła Trumpa, ponieważ kurcząca się liczba jej politycznych i intelektualnych przywódców wciąż mu się opiera, to jest traktowana z podejrzliwością, a nawet wrogością przez jego zwolenników. Deklarują oni swe oddanie jemu i tylko jemu" - uważa komentator.

Kagan zastanawia się, jakie jest źródło tego oddania. "Mamy wierzyć, że poparcie dla Trumpa bierze się ze stagnacji gospodarczej i delokalizacji. Być może część stąd się bierze. Ale to, co Trump proponuje swoim sympatykom, to nie są rozwiązania gospodarcze - jego propozycje zmieniają się bowiem codziennie. To, co on proponuje, to postawa, aura rubasznej siły i machizmu, chełpienie się brakiem szacunku dla subtelności kultury demokratycznej, która według niego i jego zwolenników, jest powodem narodowej słabości i nieudolności" - zauważa analityk.

Według Kagana "jego niespójne i sprzeczne wypowiedzi mają jedną cechę wspólną: prowokują i grają na uczuciach niechęci i pogardy, przemieszanych z odrobiną strachu, nienawiści i gniewu". "Jego dyskurs publiczny składa się z atakowania oraz ośmieszania szerokiego wachlarza +innych+ ludzi - muzułmanów, Latynosów, kobiet, Chińczyków, Meksykanów, Europejczyków, Arabów, imigrantów i uchodźców - których ukazuje jako zagrożenie albo jako przedmiot drwin" - zaznacza komentator.

"To, że postawa twardziela przydaje mu coraz większą i bardziej entuzjastycznie nastawioną liczbę sympatyków, najprawdopodobniej zaskoczyła tak samo Trumpa, jak i innych" - zauważa Kagan. "Ale zjawisko, które stworzył, (...) stało się czymś większym od niego i czymś o wiele bardziej niebezpiecznym" - zaznacza.

Kagan wskazuje, że politycy republikańscy dziwili się, jak Trump dotarł do grup wyborców, których preferencje dotąd nie były znane. Ale przy tym Trump dobrze wykorzystał to, czego najbardziej obawiali się założyciele republiki demokratycznej: uwolnienia populistycznych emocji, rządów tłumu (ang. mobocracy) - dodaje Kagan.

Przypomina, że konserwatyści od kilkudziesięciu lat ostrzegali przed duszeniem wolności przez rząd. "Ale tu mamy do czynienia z innym zagrożeniem dla wolności, przed czym ostrzegał Alexis de Tocqueville i inni filozofowie: że ludzie w demokracji, rozgorączkowani, wściekli i niepohamowani, mogą sponiewierać nawet instytucje stworzone dla zachowania ich wolności" - podkreśla Kagan. I przywołuje Alexandra Hamiltona, jednego z założycieli Stanów Zjednoczonych, który obawiał się, że w Ameryce, tak jak we Francji podczas rewolucji, uwolnienie populistycznych nastrojów nie doprowadzi do większej demokracji, lecz przyjścia tyrana, który dojdzie do władzy na barkach ludu.

Analityk przywołuje przykład faszyzmu we Włoszech, który był "antyliberalny, antydemokratyczny, antymarksistowski, antykapitalistyczny i antyklerykalny", ale który nie osiągnął sukcesu dzięki swojej polityce, lecz silnemu przywódcy, jak Duce, któremu "mógł zostać powierzony los narodu". "Jakikolwiek byłby problem, on (przywódca) może go rozwiązać. Jakiekolwiek byłoby zagrożenie, wewnętrze czy zewnętrze, on może je przezwyciężyć i nie musi tłumaczyć, jak to zrobi" - dodaje Kagan. I zwraca uwagę, że obecnie w Rosji panuje "putinizm, który również nie ma nic wspólnego z przekonaniami czy polityką, lecz opiera się na silnym człowieku, który bez niczyjej pomocy broni swych ludzi przez zagrożeniami z zewnątrz i wewnątrz".

Gdy Trump dojdzie już do władzy, nic nie będzie winien ani poszczególnym członkom Partii Republikańskiej, ani samej GOP - podsumowuje Kagan. "Zostanie wyniesiony do władzy wbrew swej partii (...), a przez masy zwolenników oddanych tylko niemu" - wskazuje. I ostrzega, że w jego rękach znajdzie się "olbrzymia władza": resort sprawiedliwości, FBI, wywiad, wojsko. "Kto wówczas się mu przeciwstawi?" - pyta.

"Tak właśnie faszyzm dociera do Ameryki, nie w oficerkach i przy salutach (...), ale w postaci telewizyjnego przekupa, fałszywego miliardera, podręcznikowego egomaniaka +dobrze wykorzystującego+ powszechne rozgoryczenie i poczucie zagrożenia" - ocenia komentator. Według niego faszyzm dociera również wraz z całą partią polityczną, która stanie za nim - albo z powodu "ambicji, albo ślepej lojalności partyjnej, albo po prostu ze strachu".