Jak mogło do tego dojść? Wczoraj Kijów i Moskwa wzajemnie obarczały się odpowiedzialnością za doprowadzenie do paraliżu gazociągów. Rano w trakcie transmitowanego przez rosyjską telewizję spotkania z szefem Gazpromu Aleksiejem Millerem premier Władimir Putin nakazał całkowicie wstrzymać pompowanie gazu przez Ukrainę. Chwilę wcześniej Miller wyjaśnił, że resztkę surowca, która była przesyłana tą drogą do Europy przez ostatnią dobę, w całości ukradli Ukraińcy, dodatkowo zamykając wyjścia rurociągów do Europy.

"To całkowita bzdura! Nie ma takiej możliwości. Przecież zawory pozwalające zamknąć gazociąg znajdują się na terenie Rosji, nie Ukrainy" - odparł szef ukraińskiego Naftohazu Oleh Dubyna.

Dziś Dubyna ma polecieć do Moskwy, aby wznowić przerwane tydzień temu rozmowy z Rosjanami. Ale napięte stosunki między Rosjanami i Ukraińcami nie wróżą szybkiego postępu. Dubyna zapowiedział, że nie zgodzi się na wyższą stawkę niż 201 dolarów za tysiąc metrów sześc. gazu, dwukrotnie mniej niż żąda Gazprom.

"Cóż to za pomysł rozpoczynać rozmowy w Boże Narodzenie (prawosławni obchodzą je 7 stycznia - red.)? Z Ukraińcami rozmawia się tak jak z Marsjanami" - szydził wczoraj wiceprezes Gazpromu Aleksandr Miedwiediew.

Do tej pory Unia starała się zachować neutralność w gazowym sporze. Ale wczoraj straciła cierpliwość. Mirek Topolanek, czeski premier, który stoi obecnie na czele Unii, dał Rosjanom i Ukraińcom jeden dzień na zażegnanie sporu i wznowienie dostaw. Jeśli tak się nie stanie, "Unia sięgnie po stanowcze środki" - ostrzegł. Jakie? Na razie nie wiadomo.

Więcej udało się ugrać przewodniczącemu Komisji Europejskiej Jose Manuelowi Barroso, który rozmawiał wczoraj z premierami Ukrainy i Rosji Julią Tymoszenko i Władimirem Putinem. Efektem jest zgoda Kijowa na "natychmiastowy" przyjazd unijnych obserwatorów. Mają ocenić, kto jest winny przerwaniu dostaw dla europejskich odbiorców: Gazprom czy ukraiński Naftogaz.

"Kiedy unijni obserwatorzy znajdą się na granicy rosyjsko-ukraińskiej, natychmiast wznowimy dostawy" - obiecał Topolankowi Putin.

Tylko czy Unia wytrzyma do tego czasu bez rosyjskiego gazu? Skutki trwającego już tydzień konfliktu najbardziej odczuwają kraje Europy Środkowej. Wiele z nich nie jest podłączonych do alternatywnych wobec Gazpromu dostawców. Do tej pory funkcjonują tu także odziedziczone po okresie komunistycznym centralne systemy ogrzewania oparte właśnie o gaz.

W dramatycznej sytuacji znalazła się Bułgaria. Władze przyznały, że rezerw pozostało tu już tylko na tydzień. A do kraju dociera tylko jeden gazociąg biegnący z Rosji właśnie przez Ukrainę. Dlatego zaczęto na gwałt oszczędzać energię. W Sofii wygaszono oświetlenie większości ulic, na trasy nie wyjechały napędzane gazem autobusy i taksówki - a to w stolicy Bułgarii przeszło połowa floty. Wstrzymano także dostawy gazu dla wszystkich odbiorców przemysłowych, którzy mają możliwość utrzymania produkcji w oparciu o inne źródła energii.

Dostawy gazu dla fabryk wstrzymano także na Węgrzech. Wśród zakładów, które musiały odesłać załogi na przymusowy urlop, jest m.in. koncern motoryzacyjny Suzuki. Z kolei międzynarodowe lotnisko w stolicy Rumunii Bukareszcie wstrzymało ogrzewanie gazowe, próbując podtrzymać znośną temperaturę dla pasażerów dzięki piecykom olejowym.

Szczególnie trudna jest sytuacja na Słowacji. Groźba wstrzymania produkcji przez większość dużych zakładów może zepchnąć kwitnącą dotąd gospodarkę w głęboki kryzys. Jeśli tak się stanie, rząd będzie domagał się odszkodowań od Moskwy i Kijowa.

Skutki konfliktu odczuły jednak także wczoraj największe kraje zachodniej Europy. Dostawy prawie całkowicie przerwano do Włoch i Francji, a częściowo do Niemiec. Ale ich sytuacja jest lepsza. "W zachodniej części Unii najbardziej uzależnione od Gazpromu są Niemcy" - mówi DZIENNIKOWI John Hall, ekspert londyńskiego Energy Institute. "Ale i tu nie ma powodu do paniki. Jeśli za kilka tygodni niemieckie rezerwy gazu się wyczerpią, Berlin zwróci się do Norwegii o dodatkową ilość surowca. A Oslo tak wielkiemu klientowi nie odmówi. Dlatego dostawy nie tylko dla indywidualnych odbiorców, lecz także dla przemysłu nie są zagrożone" - dodaje.

Na tej samej zasadzie Włosi i Francuzi mogą liczyć na uzupełnienie dostaw z Algierii. Dzięki rozwiniętej sieci elektrowni jądrowej zaledwie 4 proc. francuskich potrzeb energetycznych jest zaspokajanych przez rosyjski gaz. W stosunkowo dobrej pozycji jest też Polska, bo niemal całość elektryczności wytwarzamy dzięki spalaniu węgla.