Dzięki tej reformie młodszy z braci Castro chce usprawnić pogrążony w zapaści system transportu na wyspie. "Bez prywatnych taksówek to państwo praktycznie ugrzęźnie. Zwłaszcza Hawana, ale też miasta w innych prowincjach" - twierdzi Oskar Espinoza Chepe, kubański dysydent. Komunikacja miejska kuleje, a jeżdżące obecnie taksówki słyną raczej z tego, że prowadzą je informatorzy służb bezpieczeństwa reżimu, niż z dostępności. "Pojawienie się prywatnych taksówek pomogłoby wyspie i poprawiło sytuację wielu rodzin" - mówiła agencji AFP Barbara Costa, jedna z mieszkanek Hawany.

Ostatnie licencje na taksówki wydano na Kubie w październiku 1999 r. Fidel Castro zablokował wydawanie kolejnych, oskarżając "prywaciarzy", zarówno legalnych, jak i tych, którzy jeździli bez licencji - o poszukiwanie "szybkiego zysku" i wspieranie czarnego rynku benzyny.

Nie wiadomo jeszcze, jak wiele nowych licencji zostanie wydanych i ile trzeba będzie za nie zapłacić. Dotychczas opłata licencyjna wynosiła 600 pesos (czyli ok. 90 zł), co w warunkach komunistycznej Kuby jest fortuną. Dlatego wielu kierowców rezygnowało z przedłużania licencji i woziło pasażerów nielegalnie. Średnia cena podróży taksówką po wyspie to ok. 20 pesos (3 zł).

Kolejnym problemem na drodze do swobodnej działalności taksówek może być również brak odpowiednich aut. Większość dostępnych na Kubie samochodów to bowiem stare, zardzewiałe i ledwo nadające się do jazdy amerykańskie modele z lat 50., z czasów reżimu Fulgencio Batisty.