Ludzie po prostu się boją, że kiedyś sprowokujemy rosyjskiego niedźwiedzia i będzie niedobrze - tak Janusz Korwin-Mikke ocenia nastroje panujące w Polsce w rejonach przygranicznych w pobliżu Rosji. Jak przekonuje, polskie władze nie powinny dążyć do zaostrzenia stosunków z Rosją. - Ludzie są zaniepokojeni, że władza potrząsa szabelką. Służy raczej jako narzędzie Waszyngtonu lub Brukseli mimo, że nie ma żadnych realnych interesów polskich sprzecznych z rosyjskimi - tłumaczy kandydat na prezydenta Polski w rozmowie z radiem "Sputnik".

Jak podkreśla, jeśli zostanie prezydentem, stosunki polsko-rosyjskie się poprawią, przynajmniej w tym stopniu, na jaki będzie miał wpływ. Bo zdaniem Korwin-Mikkego, do wojny światowej dążą grupy kreujące układ sił w Waszyngtonie.

Bynajmniej nie jest to Obama. Istnieją trzy różne grupy, dążące do wojny. Po pierwsze, przemysł zbrojeniowy, który chce sprzedać swoje Tomahawki, między innymi Polsce. Są też ludzie, którzy chcą wojny, aby w ten sposób zatrzeć kompromitację gospodarczą - wylicza Janusz Korwin-Mikke. - Stany Zjednoczone są zadłużone chyba na 14 miliardów dolarów. Jeśli wywołać wojnę, to można byłoby zwalić winę na wojnę, a nie na klęskę polityki gospodarczej. A trzecia grupa, najbardziej wpływowa, acz mała,chce wojny z jednego powodu. Mianowicie, zbudowali najsilniejszą armię na świecie, między innymi kosztem tego ogromnego zadłużenia. Długo nie uda się tego utrzymać, a za 5-7 lat Chiny staną się potężniejsze od Stanów Zjednoczonych. A więc jeśli robić wojnę światową, to teraz - podkreśla europoseł.