Personel nie udzielił pomocy umierającemu, bo ten miał zachowywać się agresywnie i dobijać się do drzwi szpitala w Wołowie.

Według relacji żony, mężczyzna był chory na serce i błagał o pomoc. Szpital wziął go za szaleńca i zadzwonił po policję. Gdy policja przyjechała, było za późno - pacjent zmarł pod oknami medyków.

Dyrekcja placówki w Wołowie nie komentuje sprawy. Marek Gajos, starosta powiatu wołowskiego, pod który podlega szpital, tłumaczy, że personel zadzwonił na policję, bo bał się mężczyzny. 

Szpital nie może być zamykany na noc - mówi Piotr Karniej z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Jak ktoś się boi pracować w tych warunkach, powinien zmienić zawód - mówi. 

Sprawę bada prokuratura. Wyjaśnień chce też NFZ, który płaci za nocną pomoc lekarską.