Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektora Sanitarnego w rozmowie z dziennik.pl uspokaja jednak, że pacjent nie spełnia podstawowego kryterium, to jest nie przebywał w ostatnim czasie na terytorium zagrożonym epidemią wirusa eboli, zwanej też gorączką krwotoczną. Pacjent nie wyjeżdżał w ciągu ostatnich ośmiu lat poza Europę

- Poza tym mężczyzna, jak wynika z nieoficjalnych informacji, jest nietrzeźwy i trudno się z nim porozumieć - mówi nam Bodnar.

"Ebolofobia" czy realne zagrożenie?

Pacjent z podejrzeniem zarażenia wirusem eboli został dziś przewieziony do łódzkiego szpitala im. Biegańskiego. 31-letni chory z objawami eboli, które sam zdiagnozował, pochodzi z okolic Sieradza.

Mężczyzna zadzwonił na pogotowie twierdząc, że źle się czuje, a niedawno wrócił z zagranicy. Miał pracować w Niemczech z ludźmi pochodzącymi z Gwinei, gdzie szaleje wirus eboli.

Na terenie łódzkiego szpitala znajdują się dekontaminacyjne wozy strażackie. Całość obstawiają oddziały prewencji KWP w Łodzi.

CZYTAJ WIĘCEJ: Ebola w Polsce? Nasze szpitale nie są gotowe >>>>

CZYTAJ WIĘCEJ: Personel powinien wiać? Krajowy konsultant ostrzega: Nie jesteśmy gotowi na walkę z ebolą>>>

Trwają badania mężczyzny. Ale jak twierdzi Bodnar to na sto procent nie jest przypadek eboli.

To nie pierwszy przypadek...

Okazuje się, że to nie pierwszy przypadek, kiedy do warszawskiego Instytutu Zdrowia Publicznego trafiają próbki krwi, które trzeba było przebadać na obecność wirusa Eboli. Instytut jest jedynym w Polsce laboratorium do diagnozowania gorączki krwotocznej.

Pierwsza próbka krwi z podejrzeniem eboli trafiła tam pod koniec sierpnia. Przyjechała z Cieszyna, druga niespełna tydzień później z Gdańska.

Od sierpnia próbki trafiają do instytutu co jakiś czas i takie badania są prowadzone regularnie. Jak na razie żadne z nich nie wykazało obecności groźnego wirusa.