Podczas procesu, który toczył się od marca, odbyły się dwie rozprawy. Mateusz J. nie przyznał się do zarzucanego czynu. Odmówił też odpowiedzi na pytania prokuratora i sądu. Odpowiadał jedynie na pytania obrońcy. W trakcie ogłoszenia wyroku, który jest nieprawomocny, Mateusz J. był nieobecny. Obrona nie wyklucza złożenia apelacji.

Ogłaszając wyrok, sąd argumentował, że materiał dowodowy w sprawie, w tym zeznania świadków i nagranie wideo, dokumentujące przebieg spotkania, dają podstawę do uznania, iż Mateusz J. wypełnił znamiona zarzucanego mu czynu, to znaczy, rozproszył zebranie przy użyciu przemocy. - W ocenie sądu tylko oskarżony mógł dopuścić się tego czynu - powiedziała sędzia Monika Ponikiewska-Lisiak. Jak dodała, „użycie ładunku pirotechnicznego w postaci świecy dymnej było użyciem przemocy”.

Zaznaczyła przy tym, że uczestnicy spotkania, a obecne były tam m.in. osoby starsze i kobieta w ciąży, gwałtownie reagowali na pojawienie się dymu - byli przestraszeni, nie wiedzieli w tamtej chwili, jaki to ładunek, a część z nich upuszczała salę w pośpiechu. "Znaczenie ma to, że uczestnicy opuścili salę, że doszło nie tylko do przerwania, ale do rozproszenia zebrania" - podkreśliła sędzia Ponikiewska-Lisiak.

Sąd przyjął, że chociaż żaden z zeznających w sprawie świadków nie zauważył, kto odpalił i rzucił świecę dymną, to zachowanie Mateusza J., utrwalone na nagraniu wideo, pozwala ustalić, że sprawcą czynu jest właśnie on. - Jest to dosłownie moment, kiedy słychać odgłos huku i jednocześnie oskarżony i towarzysząca mu kobieta bardzo szybko podnoszą się i kierują się do wyjścia, przepychając się pomiędzy rzędami. Na nagraniu widać, że osobą dominującą, podejmującą decyzję o natychmiastowym opuszczeniu sali, jest właśnie oskarżony - uzasadniała sędzia Ponikiewska-Lisiak.

Sąd zwrócił uwagę na zeznania policjantów, w tym funkcjonariuszy, którzy po zatrzymaniu rozmawiali z Mateuszem J. - Oskarżony został zatrzymany tuż po wyjściu z sali i w rozmowie z policjantami wskazał, że zrobił to (odpalił świecę dymną - PAP), gdyż nie zgadza się z poglądami pana Michnika - podkreśliła sędzia Ponikiewska-Lisiak. Wyjaśniła, że wymierzając karę Mateuszowi J. sąd przyjął, że jego występek miał charakter chuligański. Za okoliczność łagodzącą sąd uznał "dotychczasowy sposób życia" oskarżonego, w tym to, iż nie był on dotąd karany.

Sąd, oprócz kary ograniczenia wolności w wymiarze 6 miesięcy w postaci 30 godzin prac społecznych na miesiąc, orzekł również wobec Mateusza J. nawiązkę w kwocie 1 tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej, a także obciążył go kosztami sądowymi w wysokości 190 zł. O karę ograniczenia wolności poprzez prace społeczne, nawiązki i obciążenia kosztami procesu, wnosił prokurator.

To jest kara, która wpłynie wychowawczo na oskarżonego, ale również uświadomi społeczeństwu, że popełnianie przestępstw nie popłaca. Sąd uznał, że kara ograniczenia wolności będzie karą wystarczającą, nie zaś kara pozbawienia wolności, która jest karą najsurowszą. Według sądu, w przypadku oskarżonego, kara grzywny nie spełniłaby celów wychowawczych i zapobiegawczych - oświadczyła sędzia Ponikiewska-Lisiak.

Wcześniej, przed zamknięciem przewodu sądowego, obrońca Mateusza J. wnioskował o jego uniewinnienie, zastrzegając, że "z ostrożności procesowej" wnosi jednocześnie o ewentualne wymierzenie kary grzywny "gdyby sąd stwierdził, że oskarżony dokonał czynu". W trakcie procesu obrona wskazywała, że materiał dowodowy w sprawie nie uprawnia do stwierdzenia, że spotkanie z Adamem Michnikiem zostało rozproszone, w tym z użyciem przemocy, a także nie daje podstaw do przypisania oskarżonemu winy.

Uważam, że wyrok sądu nie jest prawidłowy. Będę się oczywiście konsultował z moim klientem, ale nie wykluczam złożenia apelacji. W odpowiednim terminie złożymy wniosek o pisemne uzasadnienie wyroku - powiedział PAP aplikant Piotr Wojtewicz, obrońca Mateusza J.

Do odpalenia świecy dymnej w trakcie spotkania w Spółdzielczym Domu Kultury w Płocku mieszkańców tego miasta z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” Adamem Michnikiem doszło 14 marca 2017 r. Po przewietrzeniu sali spotkanie, w którym brało udział ok. 100 osób, kontynuowano. Jeszcze przed jego rozpoczęciem grupa - według relacji świadków - do 30 osób wznosiła okrzyki: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.

Tuż po incydencie z odpaleniem świecy dymnej policja zatrzymała 8 osób, w tym Mateusza J. W przypadku 7 zatrzymanych wszczęto postępowanie w związku z art. 51 Kodeksu wykroczeń, czyli dotyczącym zakłócenia porządku publicznego. Ostatecznie 5 osób ukarano mandatami, a wobec dwóch pozostałych zdecydowano o odstąpieniu od ukarania z uwagi na brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu.

W czerwcu 2017 r. płocka Prokuratura Rejonowa przedstawiła Mateuszowi J. zarzut czynu chuligańskiego z art. 260 Kodeksu karnego, który mówi, że kto przemocą lub groźbą bezprawną udaremnia przeprowadzenie odbywanego zebrania lub takie zebranie rozprasza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 2.